Single Blog Title

This is a single blog caption
06 Kwiecień 2017

Wielki finał Roth – 3 miesiące wcześniej

W marcu jak w garncu. Również i w moim triathlonowym garze kotłowało się w tym miesiącu trochę. Były kryzysy, przełamania, wkurwy, wiatr we włosach i rzyg w gardle. Nawet też sporo wolnego było. Nie lubię za dużo wolnego. Nie. Źle to znoszę. No ileż można odpoczywać, zwłaszcza, że zegar tyka cyk-cyk, studniówka za nami, rower tęskni, oczywiście z wzajemnością, a tu wolne lub tylko jeden trening i to jakiś lajtowy. No nie lubię i już. Na szczęście marcowy start w połówce już za mną i teraz spokojnie można wziąć się znowu do prawdziwej roboty.

patrick-hendry-141290a

Fot. Patrick Hendrey

Coś drgnęło

W pływaniu nie jestem jeszcze prawdziwym Phelpsem, ale jestem już nim bardziej niż byłam w lutym! :) Odetkało się! Wreszcie! Psiajegomać. Już nawet nie chodzi o to, czy urywam jakieś sekundy czy nie (no troszeczkę zdarza się urwać), ale o to, że wrócił ten filing! Po prostu fajnie mi się pływa. Mniej walczę z tą wodą, mniej szarpię. Były takie treningi, że płynąc uśmiechałam się pod nosem szelmowsko tak było zajebiście. Oczywiście wiem, że pływanie to jedna wielka sinusoida, choć dla mnie to raczej jakiś rollercoaster – jest dobrze, a potem znowu coś, bez żadnej przyczyny i znaków ostrzegawczych, pierdolnie z wielkim hukiem. A im bardziej starasz się to naprawiać i szukać błędów, tym wychodzi jeszcze gorzej. Wiem to, przerabiałam nieraz! Teraz jestem jednak „na górze” i wcale nie zamierzam tak łatwo znowu zjechać w dół. Pływanie zostań już tak, proszę. Co najwyżej możesz być jeszcze lepsze, umowa?

Swim: 12h 21′ i 34,6 km

img_8064

Kiedyś znienawidzony, dziś jeden z ulubionych przyrządów pływackich. Rureczka działa cuda!

Jak dzik

Może trenażerowego szału na rowerze w marcu nie było (niestety nie kręciłam zbyt dużo na rzecz biegania), ale najważniejsze jednak, że wreszcie znowu wyjechałam na zewnątrz. Jak dzik! Nie spodziewałam się, że aż tak wielką frajdę będę mieć z tych przejażdżek. Każda inną trasą, z inną górą i widoczkami. Oraz w innej czapeczce mocy, wiadomix i z inną muszką między zębami tak mi się ryjek cieszył. Już to pisałam nieraz i zapewne powtórzę jeszcze kilkanaście – trenażer jest spoko, czasówka jest spoko, seriale na Netflixie są spoko, ale szosy szosuni nie zastąpi mi nic innego! Big Love. Aż sobie z tej radości pomiar mocy do szosy kupiłam :) Ciekawość, ile watów jadę właśnie na tym podjeździe była silniejsza. Teraz tylko znaleźć odpowiedni kompromis pomiędzy treningami zadaniowymi na Czesławie i szosowaniem z Messim – to będzie wspaniały kwiecień przeczuwam! Czy to jest normalne, że ja tak bardzo uwielbiam moje rowery?

Bike: 16h i 52′ oraz 426 km

img_8610

Bo! A twoja matka, wie że ćpiesz rower?

Coś z tego będzie

Narzekałam trochę na ten start w Półmaratonie Poznańskim, narzekałam, ale obiektywnie rzecz ujmując, to jest bardzo dobrze. Wreszcie zaczęłam biegać! Na poziomie porównywalnym do mojego najlepszego okresu biegowego, z taką małą różnicą jednak, że wtedy wyniki te osiągałam biegając 5-6 razy w tygodniu podczas, gdy obecnie robię to 3-4 razy. Po co przepłacać chciałoby się zapytać. Aż normalnie żal, że teraz nie będzie już tak intensywnie jak dotychczas, bo rozpocznie się tylko tlen i tlen. Nuda. Chyba będę po cichu wieczorami i na paluszkach wymykać się na jakieś tysiączki na stadionie (psst), bo jak to tak bez ómierania trenować dalej, no jak. I tak sobie myślę, że fajnie jest, gdy człowiek tak „szybciej” potrafi biegać i gdy widzi efekty swej pracy. Wraca wiara w siebie, postępy nakręcają chęci do kolejnych, może jeszcze coś z tego będzie babciu BO pojawia się nadzieja. No, fajne to, Poznań był ok, a sport wciąż jest niesamowity.

Run: 19h 23′ i 216 km

img_8720

Dramat triathlonistki. Nie ma już parszywej pogody na trening

Marzec był więc luźniejszy od swego poprzednika i wyraźnie wygłodził mnie w kwestii kilometrażu i watów. No ale jakoś przeżyłam :) Oprócz tygodnia przedstartowego, kiedy znacznie odpuściliśmy, a ja sama nie czułam się jakoś specjalnie, w marcu na treningach spędzam tygodniowo ok. 12-13 godzin + troszkę ćwiczeń (zaokrąglmy może do godziny tygodniowo) (mryg). Szału objętościowego nie ma, ale jest regularność, bezkontuzyjność, frajda (czy mi to kiedyś przejdzie?) oraz (niespodzianka!) stuprocentowa frekwencja na zajęciach. Zawsze obecna! Teraz to już nawet taki mały własny czelendż mam, czy zaliczę sezon przygotowawczy bez żadnego odpuszczonego treningu. Jak myślicie?

Razem: 48h 36′ + 3h ćwiczeń

W minioną niedzielę śledziłam poczynania naszych na zawodach IM w RPA (Radek! chylę czoła). I jednak trochę przeraziłam się tego ajrona. Obudziłam się, oni ruszyli, pojechałam na basen, popływałam, wróciłam, oni na rowerze. Zjadłam śniadanie, oni wciąż na trasie, pozmywałam, ogarnęłam siebie i dom, wciąż kręcą. Poszłam pobiegać, oni nadal jadą, wróciłam, zaczęli bieg. Przygotowałam i wsadziłam do piekarnika ciasto marchewkowe, oni biegną, wyciągnęłam, wciąż biegną. Cały czas się ścigają! Prawie wystygło, ukroiłam sobie kawałek, mhmhm, bardzo smaczne wyszło, a oni wciąż biegną! W wietrze, w upale, w kryzysach i zwątpieniu. How? Jak? Trudno było mi sobie wyobrazić skalę tego wysiłku, bólu i poświęcenia… Oraz uzmysłowić, że za trzy miesiące czeka mnie to samo.

Ale potem popatrzyłam na suszący się ręcznik i rurkę wystającą z pływackiej torby. Na jeden rower. I drugi. Na stertę butów biegowych, których nie mam serca wyrzucić oraz rozpiskę treningową co tam ciekawego zaplanowane mam na ten tydzień. I pomyślałam sobie, że Wielki finał Roth finałem, ajron ajronem. A wynik na mecie wynikiem. Najważniejsze przecież, że cały czas jara mnie gonienie króliczka oraz własny rozwój. A czy ja go złapię. I kiedy. To już naprawdę sprawa drugorzędna. Gonienie – to jest w tym wszystkim najlepsze! Oraz wizja celu, tych mam już dłuuugą kolejkę do realizacji :)

2 Responses

Zostaw komentarz