Single Blog Title

This is a single blog caption
26 Sierpień 2016

Czasówka jest mega, ale kocham szosę!

W sumie jeszcze się dla mnie sezon triathlonowy nie skończył, ale już mogę powiedzieć o nim jedno. Był przełomowy jeśli chodzi o rower. PRZE-ŁO-MO-WY! I nie chodzi tylko o to, że zaopatrzyłam się w nowy wypasiony sprzęt, choć aspekt ten jest niewątpliwie szalenie ważny. I że potrafię już kręcić ze średnią ponad 37 km/h. Bardziej o to, że ja po prostu pokochałam rower! Miłością czystą i bezwarunkową. Uwielbiam! Zarówno długie, wielogodzinne wypady w Bieszczady, jak i krótsze przejażdżki po górkach w okolicy. Interwały na trenażerze czy podjazdy na czas na Przylasek. Ściganie się na zawodach, gdzie wyprawiam rzeczy, o których nie śniło się filozofom i w które sama wciąż nie do końca wierzę. Normalnie wszystko, co jeździ na dwóch kółkach i co jest napędzane siłą moich nóg uwielbiam. No i czapeczki mocy rzecz jasna też.

Aaa, i jeszcze zajebiste jest to, że widzę efekty kolarskich treningów oraz postępy, co fajnie nakręca mnie do dalszej pracy.

FullSizeRender (16)

Jak dla mnie kwintesencja kolarstwa – kilkugodzinna wycieczka po górach

Jakbym tak miała sięgnąć pamięcią, by zobaczyć gdzie zaczął się mój rowerowy flow to… nie, nie byłoby to studio Veloart, gdzie wybierałam i kupowałam czasówkę, choć moment ten był równie ważny. Trafiłabym bowiem na lutowy obóz Fuercie. Tak, to właśnie wtedy coś zaskoczyło. Dzięki Mikołajowi i chłopakom z Luft Tri Team uwierzyłam, że MOGĘ i potrafię i że CHCĘ jeździć lepiej. To tam po raz pierwszy sprawdziłam jak ujeżdżać karbon na dobrym osprzęcie, jak płoną uda na podjeździe, jak dzikie i szalone potrafią być (nawet w moim wykonaniu) zjazdy i jak fajnie jest równać do lepszych i starać się utrzymać ich koło. Do końca życia nie zapomnę tego 100-kilometrowego treningu, po którym po prostu padłam, a na kolacji (ja!) nie miałam siły jeść i wciąż trzęsły mi się nogi ze zmęczenia. I jak mnie wtedy chłopaki pochwalili, że całkiem całkiem Bo, ujdzie :)

FullSizeRender (18)

W Bieszczadach

Po powrocie z Fuerty zasiadłam na trenażer z wielką motywacją i mocnym postanowieniem, że będę jeszcze lepsza. A także… kupiłam karbonową szosę (no name, włoska manufaktura Prestigio Design na Ultegrze) (nazwałam go Messi), która to wciąż jest dla mnie niewyczerpanym źródłem szczęścia. Tak, można mówić, że sprzęt nie jeździ, że najważniejszy jest wytop i łyda, że blablabla. Ale przysięgam, jazda karbonowej szosie i na dobrej grupie osprzętu po przesiadce z aluminiowego Cube’a na Sorze – to gra w innej lidze. W ekstraklasie.

Więc co dopiero rower triathlonowy? Czesław (czyli moje Cervelop3 na kołach DT Swiss Spline RC55 i Dura-Ace) (wiem, troszkę na wyrost ta maszyna, ale obiecuję, że dorosnę!) to już taki prawie środek tabeli Premier League.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

W sumie na zakrętach Czesław tez daje radę. Susz Triathlon. fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Z jednej strony to zajebiste, że czasówka daje mi na zawodach znaczną przewagę i że dzięki niej osiągam już całkiem niegłupie prędkości. Ale z drugiej strony… to trochę przykre i niesprawiedliwie, że te wyniki po prostu można sobie tak „kupić” inwestując w sprzęt. Naprawdę, czasem czuję się dość nieswojo, gdy umieszczając rower w strefie zmian, wieszam go na stojaku pomiędzy zwykłymi rowerami… Że w głowie ci się Bo poprzewracało myślę wtedy i że to przecież jak doping.

Ale potem, już na etapie kolarskim – powiedzmy to sobie jasno – absolutnie nie czuję już żadnego psychicznego dyskomfortu! I nie żałuję totalnie nic!

Czesław jest śliczny, jest szybki i idealnie dopasowany. Ojtam, że ten biały mat czyści się gorzej niż mycie uciuranej smarem prawej łydki po treningu i że nie ma gdzie przyczepić garmina. Najlepszy jest. Ale – uwaga – ma jedną wadę… Nie jest szosą.

13775887_1053660778081920_1954824297212038593_n

I tu również z Messim w Bieszczadach

Jest w psychologii zjawisko zwane dysonansem pozakupowym. Gdy człowiek na wszystkie możliwe sposoby tłumaczy i racjonalizuje (zazwyczaj te drogie i nie do końca przemyślane) zakupy. I znajduje same argumenty „za”. Oj, przerabialiśmy to z Czesławem nie raz… Z tymże w tym przypadku, wszystkie cechy (że szybki, triathlonowy i jedyny taki na zawody) są całkowicie prawdziwe i nie do podważenia. Ale nie zmieniają faktu, że… Czesław nie jest rowerem szosowym :)

Tak! Uwaga, TABUM TABUM! otwarcie przyznaję to, co pewnie dla wielu triathlonistów jest nie do zrozumienia. Wolę jeździć i trenować na szosie! Po prostu. Nie lubię dolnego oreo chwytu w Czesławie, gdy dookoła pełno samochodów i najzwyczajniej w świecie boję się wypadku. Czasówka nie jest też zbyt wygodna do podjazdów, nie posiada również takiej zwrotności i lekkości co kolarka (ponoć w Warszawie mówicie „kolarzówka” buuuahaahaaa). I jeszcze ludzie się gapią co to za kosmiczny rower. Ponadto nie daje mi swobody i poczucia wolności, które mam kręcąc z Messim. Coś jak bieganie po asfalcie (płasko, szybko, w równym tempie) vs bieganie po górach, gdzie tyle się dzieje i dopiero wtedy można rozwinąć skrzydła. Podsumowując. W moim kolarskim świecie podział jest jasny: Czesław na zawody i do jazdy na trenażerze, Messi do treningów, długich wycieczek, górek oraz dla tej najważniejszej, bez której ciężko byłoby o całą resztę czyli dla frajdy z kręcenia.

A tak w ogóle, z racji iż prawidłowa liczba rowerów równa się n+1 (gdzie n oznacza liczbę aktualnie posiadanych rowerów) to marzy mi się przełajka… I osobny pokój tylko na rowery.