IM 70.3 World Championship Marbella – nie tak miało być

Chyba po raz pierwszy w „karierze” czułam się gotowa na zawody. Sumiennie przepracowałam okres przygotowawczy, po drodze pobiegłam solidną życiówkę w Półmaratonie Królewskim w Krakowie (1:31:01). Parametry szły w górę, zdrowie dopisywało, motywację miałam cały czas ponad wszelkimi poziomami — normalnie byłam w triathlonowym raju!

I tak bardzo byłam gotowa, że ta „gotowość” zaczęła mnie… przerażać. Absurdalne to jest (widzę to teraz, ale wtedy też miałam tego świadomość), ale ja się po prostu bałam, że nie udźwignę tego wszystkiego. Zamiast spokoju, że mam podstawy, by wierzyć w siebie i po prostu zrobić swoją robotę, był strach przed… no właśnie, sama nie wiem przed czym. Przed porażką? Przed ośmieszeniem się (przed sobą i innymi)? Przed konfrontacją: wyobrażenia swoje – życie swoje? To było bardzo niekomfortowe, uwierające uczucie. I niedorzeczne, gdy patrzysz na to z boku. Ale wtedy zupełnie nie potrafiłam sobie tego w głowie odpowiednio ułożyć, zracjonalizować i przyjąć.

I w sumie teraz też nie umiem :)

Chyba jednak nie potrafię czuć się pewna i gotowa. Nie jestem gotowa na bycie gotową XD Wolę niedopowiedzenia, znaki zapytania i odrobinę niepewności. Od tych „stanów” zdecydowanie bliżej do moich ulubionych przedstartowych emocji: ekscytacji, ciekawości i takiego wewnętrznego spokoju. No nie dogodzisz!

No ale przechodząc już do startu. BO! A co tam wydarzyło? Co się takiego stało? Że nie wyszło? No sama nie wiem. Choć w trakcie zawodów miałam zgoła odmienne zdanie, zresztą poczytajcie sami.

Swim – mnie śmieszy

Pisząc o gotowości na zawody, oczywiście nie miałam na myśli pływania XD Tutaj mówimy o dwóch zupełnie odmiennych czasoprzestrzeniach i absolutnie nie należy ich ze sobą łączyć. Pływanie to ja miałam po prostu przeżyć, przeżyć bez wychłodzenia. A temperatura wody w okolicach 17 stopni (w dniu startu według organizatora 17,6 st. C) niosła ryzyko konkretnego przemarznięcia i klasycznych telepawek. Które, nawet na połówce (vide: Walencja), potrafią mi mocno popsuć start i rozwalić dalszy bieg wydarzeń.

W tej sytuacji fakt, że moja kategoria wiekowa startowała z ostatniej fali (półtorej godziny po pierwszym rzucie dziewczyn) był całkiem sprzyjający. Zawsze to kilka temperaturowych oczek do góry i więcej pomocnego słońca przy wyjściu z wody. Ale to jedyna zaleta startowania na samym końcu :(

2025 IRONMAN 70.3 World Championship, Marbella. Fot. IM

Brak wejścia do wody przed startem, bluza i kurtka na siebie, dwa czepki na głowę i gorąca woda pod piankę – te patenty miały mnie choć trochę uchronić przed zimnem. (Uchroniły). Które to zimno – jak się chwilę później okazało – wcale nie było moim największym zmartwieniem w wodzie.

W strefie startu spotykam dziewczyny: Ewę i dwie Joasie – dzięki za megamotywacyjną atmosferę, śmiechy i uściski na szczęście – ale potem już się wylogowuję ze świata zewnętrznego. Idę do siebie, do środka. Czekam.

No i wystartowałyśmy. Zimno – ale do wytrzymania. Poza tym na początku to zawsze jest bitwa o miejsce, a nie jakieś dywagacje, czy marznę i czy bardziej w twarz, czy w stopy. Starałam się płynąć mocno, odważnie i aktywnie.

BOziuniu kochana, jakie się nagle fale zrobiły! Chyba tylko raz płynęłam w takich warunkach (maraton pływacki w Wilkasach). Dosłownie rzucało nami na prawo i lewo, góra- dół. Na szczęście nie przerażało mnie to, rzekłabym, że było nawet wręcz przeciwnie. Napędzało do roboty: mocniejszego pociągnięcia, wypatrywania bojek, gdy akurat wynosiło mnie na górę, i po prostu do nakurwiania się z tymi falami. Miejscami to był serio rollercoaster. Taka jazda: góra-dół, wystrzał w niebo i zaraz powrót z grawitacją na niziny. I znowu góra, i znowu dół. W pewnym momencie pomyślałam nawet: ale zabawa! Normalnie mnie śmieszy.

2025 IRONMAN 70.3 World Championship, Marbella. Fot. IM

Niestety nie wszystkie radziłyśmy sobie z tak wymagającymi warunkami. Powoli zaczęłyśmy dopływać do poprzedniej fali dziewczyn, a potem jeszcze do kolejnej. Aż przykro było patrzeć, jak niektóre zawodniczki dosłownie walczyły o życie albo z totalną rezygnacją próbowały jedynie dotrzeć do brzegu. Dobrze, że nie wydarzyło się żadne nieszczęście… Niby mistrzostwa świata, ale (co potwierdziło się potem na etapie kolarskim) widać było, że wiele osób znalazło się tutaj trochę z przypadku…

Tak czy inaczej – swoją walkę z tym etapem zawodów oceniam na dostateczny plus. Czas: 38:21, 74. miejsce w AG. Nie zmarzłam, walczyłam dzielnie, a biorąc pod uwagę, że każda z nas popłynęła średnio 2–3 minuty dłużej niż zazwyczaj, wynik 38 minut uznaję za akceptowalny.

Bike – mnie smuci

Trasa 90 km z przewyższeniem 1550 m robiła wrażenie, ale nie przerażała mnie jakoś specjalnie. Nie po takich górach człowiek już jeździł, nie na takie wzniesienia przepychał na blacie. A fakt, że nie było trudnych zjazdów, a nawet takie, na których trzeba mocno dokręcać, tylko mnie intrygował i ciekawił. Ze sporym optymizmem przystępowałam więc do tego etapu zawodów, zwłaszcza że treningi wskazywały, że może być naprawdę spoczko.

Po krótkiej rozgrzewkowej prostej czekał nas pierwszy podjazd, który ciągnął się do ok. 15 km. Jechało mi się całkiem dobrze, trzymałam założenia i choć delikatnie doskwierał mi ból brzucha (ciągnący się jeszcze od wyjazdu na GC, gdzie skończyło się atakiem, karetką i SORem), starałam się tym nie przejmować oraz nie dopuszczać do głowy żadnych scenariuszy, że cokolwiek złego może się wydarzyć. Pilnowałam mocy oraz dbałam o picie i jedzenie – wiedziałam, że mimo iż to tylko połówka, to właśnie te rzeczy mogą mieć ogromne znaczenie w końcowym rozrachunku.

2025 IRONMAN 70.3 World Championship, Marbella. Fot. IM

Czasem zerknęłam na widoczki, ale bez przesady – nie przyjechałam tu po zachwyty nad pięknem przyrody, tylko zrobić konkretną robotę. Wyprzedzałam. W końcu jazda pod górę to moja bajka, zwłaszcza ze zrobioną wagą startową.

I nagle jakiś dziwny dźwięk słyszę. Coś jak stereofoniczne cykanie świerszczy. Oho – myślę – jakiejś lasce coś chyba obciera w rowerze. Mijam jedną dziewczynę – dźwięczy. Wyprzedzam następną – nadal coś dźwięczy i to coraz głośniej. I tak jeszcze kilkanaście razy. No i wtedy dotarło do główki: to nie komuś coś obciera i dźwięczy, tylko mi. Psia jego mać.

A tu cały czas pod górę, więc ani zsiąść, by to sprawdzić, ani przegrzać hamulce, by ewentualnie puściły. Podejrzewam obcierającą tarczę hamulca, pękniętą szprychę (totalnie nie wiem skąd akurat ten domysł), albo może coś z przerzutką? Z każdą minutą było coraz głośniej – do tego stopnia, że dziewczyny obok zaczynały pytać, czy wszystko u mnie okej.

Miałam w głowie tysiąc myśli: zatrzymać się i sprawdzić? Jechać dalej i ryzykować? W końcu to mistrzostwa świata! Ale z drugiej strony – lepiej ukończyć, nawet w gorszym czasie, niż w ogóle nie dotrzeć na metę. Lub niedajborze rozjebać się gdzieś na zjeździe jeśli to popsuty hamulec.

Wygrał rozsądek. Na szczycie był serwis techniczny, któremu nawet nie musiałam nic mówić – wszyscy słyszeli ten donośny koncert świerszczy. Pan Mechanik od razu zabrał się za majstrowanie przy przedniej tarczy, a ja, odwrócona tyłem do nadjeżdżających zawodniczek (psychologiczny patent, żeby się nie dołować, że wszyscy mnie mijają), próbowałam złapać oddech i czarować, by wszystko udało się szybko naprawić. Nawet jakieśtam narzędzia i klucze trzymałam oraz podawałam („mi świecisz czy sobie?”), a po kilku chwilach przestałam się już nawet tym upływającym czasem przejmować i martwić. Oby tylko z BOLesławem wszystko było ok!

2025 IRONMAN 70.3 World Championship, Marbella. Fot. IM

Na tym technicznym pit stopie zeszło ok. 4–5 minut. Dużo i niedużo – ale najważniejsze, że w miarę sprawnie defekt został ogarnięty, nic już nie rzęziło i nie obcierało. Można było jechać dalej. Mucios gracias, dziękuję bardzo za pomoc!

Kiedy ponownie wsiadłam na rower, rzekłabym, że zyskałam nową moc. Ruszyłam dalej z przekonaniem, że może trochę nadrobię straty i że nadal jestem w grze. Wyprzedzałam (co, jak się potem okazało, dawało złudne poczucie, że jadę dobrze). Brzuch przestał boleć. Złapałam rytm – serio, z mojej perspektywy wyglądało to całkiem nieźle!

Niestety, dużo było manewrowania między zawodniczkami, które jechały lewą stroną i środkiem, bez wyobraźni, wykonując jakieś dziwne ruchy bez uprzedzenia. LEEEEEEFT! – całe gardło zdarłam, prosząc o odrobinę miejsca, żeby móc bezpiecznie wyprzedzać. Kurde no, serio naprawdę niektóre osoby nie powinny startować w tego typu zawodach, bo po prostu stwarzają zagrożenie dla innych. Już wolę jazdę w otwartym ruchu z samochodami, które przynajmniej są przewidywalne.

Wydawało mi się, że dobrze jadę – i tym zdaniu kluczowe jest słowo „wydawało mi się”. Zaczęłam jechać na RPE, nie na waty. Co – jak potem wyszło z analizy – było totalnie błędną decyzją i w sumie niczym uzasadnioną. Nie wiem, chyba mam jakieś RPE wgrane i zaprogramowane pod pełen dystans, nie pod połówkę, i po prostu… jechałam za wolno! Za lekko. Bez ognia. Nie czułam zapieku, nie było płonących ud. Widziałam jedynie wyprzedzane dziewczyny, co stworzyło miłą i przyjemną chmurkę zadowolenia, którą otuliłam się, nie wychylając spoza niej nosa na jakikolwiek dyskomfort i ból. Nie wiem, co sobie wtedy wyobrażałam i dlaczego nie próbowałam tego zmienić. Do dzisiaj nie rozumiem tej sytuacji…

2025 IRONMAN 70.3 World Championship, Marbella. Fot. IM

Jechałam z dyskiem – i to była dobra decyzja. Mimo wiatru, który miejscami dosłownie przestawiał nas w poprzek szosy, i mimo podjazdów, gdzie zapewne te kilkaset gramów różnicy (u mnie dokładnie 182:)) między dyskiem a stożkiem też mogło mieć jakieś znaczenie. Było gdzie dokręcać, a u mnie dysk dociąża też tył oraz daje stabilność na wietrze – serio, gdyby nie on, kilka razy pewnie skończyłabym na barierkach.

O kolarskim etapie z zawodów to z jednej strony chciałabym szybko zapomnieć (łączny czas: 3:22, 62 miejsce w AG). Wykasować, zrobić twardy reset, nie było tego i już. A z drugiej strony to jednak dużo nad tym myślę, analizuję, pytam. Co tam się takiego stało? Z rowerem, z głową, z ciałem? Konkretnie co się stało, BO wiem, że potrafię jeździć lepiej i mocniej! A już zwłaszcza po takich fajnych przygotowaniach…

Staram się wyciągnąć wnioski i naukę. Na pewno już wiem, że muszę odważniej wejść w strefę połówkowego dyskomfortu i zaprzyjaźnić się z tym innym, niż calakowy, rodzajem bólu na rowerze. Zaryzykować. Do tego mieć większe skupienie i fokus na sobie, nie innych. Zwiększyć kadencję. Poprawić jedzenie. Hmm, w sumie to jest tego trochę i chyba to nawet dobrze, nie? Będzie co robić NA ZA ROK – na MŚ IM 70.3 w Nicei.

Run – mnie cieszy

Etap biegowy w Marbelli też nie należał do łatwych: zmienna nawierzchnia, odcinki pod wiatr, kilka konkretnych podbiegów plus spory tłum na trasie. Ale szczerze? Jakoś wybitnie się tym nie martwiłam. Plan na triathlonowe bieganie w tym sezonie mam z reguły ten sam: zacząć ambitnie swoje, potem to utrzymać, a na koniec przyspieszyć. I tak też postanowiłam uczynić tym razem, wierząc, że treningi oddadzą, a dodatkowe wsparcie w postaci energetycznego dopingu, nowych miętowych alfaflajów na nogach i diamentów na głowie również zrobi swoje.

Tylko nie zacznij pierwszej piątki w 4:15, pls – napisał wcześniej trener Jacek. Więc biegnę te początkowe kilometry, jest w miarę lekko, wszystko pod kontrolą, patrzę na zegarek, a tam… 4:15. No nie mogę z nim, prorok jaki czy co?

Fot. Magda

Potem już jednak nie było tak łatwo i lekko. Ten bieg sporo mnie kosztował i jestem mega dumna, że akurat to udało się dźwignąć i dowieźć do końca. Kontrolowałam tempo, choć pokusa, żeby biec na RPE bez patrzenia na zegarek (czyli wolniej) była naprawdę duża. Zero odpuszczania: pełen fokus, skupienie na piciu, schładzaniu i odżywianiu na punktach. Wolniejsze podbiegi nadrabiałam długim, odważnym krokiem na zbiegach, niech się te parówki wreszcie do czegoś przydadzą – i jakoś to leciało.

Po 12–13 km zaczęłam już czuć ciężar w udach, zwiastujący (z reguły) lekką bombę i nadchodzący kryzys. Wcisnęłam w siebie kolejny żel, licząc, że coś tu przehandluję z moim organizmem i dostanę jeszcze chwilę odroczenia wyroku. Odczuciowo – to był moment, gdy planowo miałam „jedynie” utrzymać tempo, a w praktyce musiałam już przyspieszać, żeby zmieścić się w limicie, który umownie ustaliłam ze sobą na sub 4:30. Tak BTW i rany BOskie – gdyby ktoś mi wiosną powiedział, że to będzie moje realne tempo w triathlonowym bieganiu na połówce, przysięgam, nie uwierzyłabym! A jednak to się działo. Może bez tego fajnego flow jak w Krakowie, ale kurde, no działo się i już!

Fot. Magda

Pierwotny plan, żeby zacząć finisz od 16. km, musiałam skorygować. Nie uciągnęłabym tego, bez szans. Ale pomysł, żeby przyspieszyć od ok. 18. km, tak jakby jutra miało nie być, wydawał się już całkiem sensowny. No to zaryzykowałam. 4:27, 4:20, 4:16 i 4:02 – powiedzmy, że wyszło to całkiem nieźle. Na całym półmaratonie odnotowałam wiceżyciówkę ever – 1:33:48 (9. czas w AG, średnie tempo 4:26), biegnąc o ponad minutę szybciej niż na wiosennej połówce na sucho.

Całe zawody skończyłam z czasem 5:43, zajmując 32 miejsce w swojej kategorii wiekowej. Trudne zawody, piękna trasa – dokładnie tak, jak powinno być na Mistrzostwach Świata. Tylko mój wykon trochę niepasujący do tej układanki :(

No i tak to właśnie było. Bałam się, że nie udźwignę własnej presji i oczekiwań. I… nie udźwignęłam. Miała być radość i piękne zwieńczenie zajebistego sezonu. Jest sporo goryczy i nauki na przyszłość.

I choć wiem, że moim dystansem wciąż i bezdyskusyjnie jest dystans ironman. Tak tej połówce też wcale nie zamierzam łatwo odpuścić. Będzie rewanż, baby! Oj będzie.

About the author

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.