Nie będę się już rozpisywać o tych rozkminkach, emocjach i wewnętrznych stanach dziejących się u mnie przed startem. Bo to blog sportowy, a nie jakiś terapeutyczny (choć hehe terapeutyczny w sumie trochę też). Ale wspomnę, że dwa dni przed zawodami pomyślałam sobie, że jeśli będę tak przeżywać każdy wyścig w tym roku, to nie wiem, jak ja kurwa dotrwam do końca tego sezonu XD Sezonu, gdzie dwa razy mistrzostwa świata, dwa pełne dystanse, no i obrona tytułu Królowej Osiedla u siebie na dzielni, w Krakowie. Po cichu zrzucam to jednak na karb pierwszych zawodów w sezonie i generalnie dużej liczby ważnych rzeczy dziejących się teraz dookoła. Z biegiem czasu powinno być już spokojniej. Będzie spokojniej, prawda?
Maj i Majorka – czy to nie mogłaby być para prezydencka? Słońce, palmy, górki, niebieskie niebo i turkusowa woda. Zawody w takim miejscu i w takiej scenerii będą epickim otwarciem sezonu! Taaa.
Na kilka dni przed startem było szaro, wietrznie, padał deszcz i wisiały ciemne, ogromne chmury, które tylko potęgowały nastrój niepewności i obaw. A na dzień zawodów nie zapowiadało się nic lepszego. Od godziny 11.00, zatem mniej więcej wtedy, gdy powinniśmy zacząć zjazd na etapie kolarskim, a potem szybko po płaskim gnać do T2, prognozowano ulewę i porywisty wiatr. Tak więc Maj i Majorka to jednak bardziej skomplikowany związek, niż by się mogło wydawać. A że jestem raczej z tych, którzy średnio znoszą taper i ograniczanie obciążeń, to totalnie mnie to wszystko rozregulowało. I nie, nie chcę się tutaj żalić i płakać, nie szukam też dobrych rad, jak sobie z tymi szalejącymi neuronami poradzić. BO w teorii to ja wszystko wiem! Po prostu tak było i z blogowego obowiązku dokładnie teraz wszystko raportuję.

Zawody IM 70.3 Mallorca to ponoć największa połówka w Europie, a może nawet i na świecie. Przed etapem pływackim konferansjer Paul Kaye, którego sama obecność jest potwierdzeniem rangi imprezy, mówił, że startuje tu ponad 3 tysiące zawodników. Według trackera wyścig ukończyły 2704 osoby, z czego 480 kobiet. Nic dziwnego: dogodny termin, idealnie wpisujący się w rozpoczęcie sezonu, stosunkowo prosta logistyka dotarcia na wyspę oraz sama epickość Majorki sprawiają, że zawody cieszą się dużą popularnością, a miejsca wyprzedają się dosłownie w kilka dni. A czy faktycznie jest tak genialnie i super? To już – sorunia – musicie doczytać do końca i być może znajdziecie odpowiedź na to pytanie.
Swim – cieszmy się tym, co jest
Ta woda zasługiwała na więcej. Więcej, niż ja mogłam jej dać w ten rześki sobotni poranek. Warun do pływania był wręcz IDEALNY – płasko i totalnie bez fal, słono, prosto (tam, zakręt, zawijka, i dzida do T1), bojki widoczne nawet dla ślepca i temperaturowo jak na połówkę również dosyć ok (wg komunikatów 18,2 st. C). Nic, tylko płynąć i otworzyć te zawody w najlepszy możliwy sposób.

No niestety nie wszystkim było to dane, do czego już chyba trochę przywykłam… Oczywiście to nie tak, że ja przegrana i zrezygnowana wchodzę do wody. Nic z tych rzeczy. Zawsze chcę jak najszybciej i jak najlepiej. Ale do tego, że może być różnie, i że to „różnie” potrafię zamknąć zarówno w tempie 1:40, jak i 2:02/100 m, to przez tę ponad dekadę startów już się przyzwyczaiłam. Tylko potem kwestia na brzegu, czy będę zadowolona bardzo, zadowolona trochę czy też stwierdzę: no trudno, nie tym razem, trzeba gonić na rowerze. Na Majorce zadowolona byłam trochę.
Startowaliśmy falami według zadeklarowanego czasu, w rollingu na 4 osoby puszczane co 5 sekund. Długo trwał ten start, a że chyba ustawiłam się za bardzo z tyłu (myślałam, że dobrze, tj. w połowie grupy szacującej się na 30–35 minut), to naprawdę mi się dłużyło, a przelana wcześniej pianka zaczęła się już wyraźnie przyklejać do ciała. No ale wreszcie dotarłam na kreskę i mogłam rozpocząć swoje pierwsze zawody w sezonie.

Dobrze mi się płynęło. Był spory luz i brak pralki, dobra widoczność, rześko. Tylko bąbelków tak niespecjalnie dużo, a w zasadzie wcale. Zaskoczona byłam tym, że nikt mnie nie wyprzedza. Co więcej, to ja brałam ludzi i uskrzydlona tym faktem napędzałam się jeszcze bardziej do aktywnej pracy i pilnowania techniki. Mam za sobą spory kilometraż przepłynięty na basenie (średnio tygodniowo zaliczam 9–10 km w wodzie), więc nie dłużyło się i generalnie było to bardzo fajne pływanie. Żadnych dram, fackupów i innych klikających się historii. Wbiegłam do wody, popłynęłam, wybiegłam. That’s all.
Gdy na brzegu zobaczyłam na zegarku 34 minuty z groszami (34:49, tempo 1:50/100 m), byłam nawet zadowolona. Bardzo dobrze, siadaj BO, dostatecznie plus. Na tyle obecnie mnie stać i dobrze, że nic się tutaj nie spierdoliło. Acz gdyby było tak z minutkę szybciej, byłabym przeszczęśliwa.
Bike – jak na to wpadłaś geniuszko
Jakież było moje zdziwienie, gdy po wyjściu z wody nie miałam telepawek i było stosunkowo ciepło. Miałam przygotowany ortalion w T1 (nie sądzę, bym go założyła, ale miałam), co też mnie trochę uspokajało, że w razie czego nie zamarznę. Ale w obliczu zaistniałej sytuacji ta dodatkowa warstwa była totalnie zbędna. Zatem zabieram BOlesława, pokonuję długą chyba na kilometr strefę zmian, wpinam się w pedały, kulę na kokpicie, by bardziej się samoogrzać. No to let’s go BO! Let’s go!
A plan na rower był prosty. Zapierdalać. Tak, by jak najwięcej przejechać suchą szosą i aby ten prognozowany deszcz złapał mnie najpóźniej, jak tylko to możliwe.

Trasa kolarska na IM 70.3 Mallorca to pętla z 950 metrami przewyższenia, które robi się na jednym podjeździe w środku trasy, z kilkoma małymi dzyndzkami. I jest to bezdyskusyjnie trasa na rower czasowy. Czasowy, ale taki z szerokimi oponami i mocnymi trzymadełkami, o czym opowiem za moment. Czytajcie dalej.
Omatulu, ten początek trasy na TT jest zajebisty! Dziękowałam sobie w myślach, że wzięłam dysk, bo cięłam tam jak zła. Mama powiedziałaby, że dostałam małpiego rozumu. Ależ było fajnie – pilnowałam pozycji, mocy, jedzenia i picia. Byłam w triathlonowym raju. Na podjeździe zresztą też. Pamiętając o trenerskich zaleceniach, że bez zamulania, żeby na kadencji jechać, odważnie i aktywnie, patrzyłam a to pod koła, a to na licznik i mijanych zawodników, albo dookoła. Gdzie z niepokojem zaczęłam dostrzegać coraz większą szarość i mgłę, a także odczuwać, że temperaturowo robi się coraz chłodniej. Nooo, dalej może być ciekawie, oby jak najwięcej przejechać na sucho.

Wyprzedzałam jakieś dziewczyny, wyciągałam szyję i starałam się dostrzec kątem oka joka, co to za kategoria wiekowa (numerki na rowerze były obowiązkowe). Niespecjalnie mi się to jednak udawało, szybko zaczęły mi się już mylić te kategorie, więc odpuściłam. A jak któraś wyprzedzała mnie, to w myślach mówiłam sobie tylko: „siju na biegu”. Ach, jak zajebiście mieć w głowie taką poduszkę ulgi i nadziei, że zawsze mogę jeszcze coś nadrobić na tym ostatnim etapie zawodów. Przynajmniej teoretycznie.
Minęło 60 minut wyścigu, minęło 70 i 80, a tu dalej nie pada! Co ta pogoda! Chyba nawet zjechać uda się na sucho, zajebista sprawa! A zjazd był zróżnicowany, miejscami było dość ciasno i technicznie, ale były też fragmenty, na których szło się puścić, sprawdzając swoje skille i granice ryzykanctwa. Tymczasem ja zjeżdżałam jak (prawie) wszyscy triathloniści. Czyli jak pizda XD Nie były to zawrotne prędkości, ale w sumie też nie wyprzedzali mnie inni zawodnicy, więc może jednak wielkiego wstydu nie było? Tylko taki tyci.
Zapytacie, ale po co szerokie opony do czasówki? Ano na drugą część trasy kolarskiej, która z powodzeniem mogłaby miejscami wyścigowi gravelowemu służyć, a nie być etapem poważnej rywalizacji szacownych triathlonistów. Jezzu! Ile tam było dziur, nierówności, kanałów, progów zwalniających oraz łat różnorodnej maści i kolorów! Serio nie przesadzam, był tego ogrom, a na jednym fragmencie to chyba nawet szutr! Do tego zawijaski, hopki, przejazdy przez miasteczka i między polami. No mówię: Mallorca Gravel Race, tylko taki poprzedzony pływaniem, a kończący się bieganiem w centrum miasteczka.

I gdy tak wystrzeliło mnie z kolejnej dziury, stwierdziłam, że o-oł. Jakoś tak dziwnie płasko kokpit mam, że nawet jakby w dół XD Zatrzymałam się, stwierdziłam, że faktycznie coś jest nie halo, między batami ujrzałam jeszcze jakiś kawałek śrubki i oceniłam, że coś się chyba tutaj urwało (spojler – nic się nie urwało). Potrząsnęłam tą kierownicą, trzymała się mocno – tylko kuźwa nie pod właściwym kątem XD I zdecydowałam, że próbuję tak jechać dalej. Blumi pojechał z urwanym kokpitem, to ja nie pojadę? Wszystkie inne założenia i cele zeszły teraz na plan dalszy i pojawiła się tylko jedna wizja: dojechać do T2, tak bardzo chciałam pobiec i ukończyć te zawody.
Teraz wiem, że to nie była mądra decyzja. Powinnam na spokojnie ocenić sytuację, spróbować to dokręcić samej lub wrócić do serwisu rowerowego, który był prawdopodobnie kilka kilometrów wcześniej. No niestety coś nie stykło w mózgu, emocje wzięły górę nad rozumem i ogromna chęć sprawdzenia siebie na biegu przysłoniły zdrowy rozsądek. Tak więc te gratulacje, że szacun za walkę i że brawo Bo, że mimo przeciwności losu ukończyłaś wyścig, to niespecjalnie mi się należą (chyba że dotyczą biegu, to są w pełni uzasadnione XD). To było głupie i wpisuję do dzienniczka jako cenną lekcję, z której mam zamiar się wiele nauczyć. Co i Wam, również zalecam.
No i jechałam 40 km w górnym chwycie, po płaskim, trzymając mocno kierownicę, że pod koniec tak mnie ręce napierdalały, że nie sądziłam, że można tak na rowerze. A różnorodne pozycje kulenia się pomiędzy ramionami i robienia kociego grzbietu trochę, bardzo i najbardziej, dopracowałam niemalże do perfekcji. Na początku trochę się bałam. Potem, gdy stwierdziłam, że jest stabilnie i raczej bezpiecznie, coraz mocniej cisnęłam w pedały. Skoro nie ma prędkości, niech będzie chociaż moc, powtarzałam sobie i odliczałam kilometry do końca.

Oprócz dziur i wertepów dużym rozczarowaniem były też dla mnie jeżdżące jak na centralnym pociągi. Nie było sędziów, a ludzie nawet nie próbowali zachowywać żadnych pozorów. Grupki od kilku do kilkunastu osób w centymetrowych odstępach od siebie. Serio, gajs? Z kilku takich pociągów udało mi się wydostać, ale kosztowało mnie to naprawdę dużo, zwłaszcza z tą „urwaną” kierownicą. Po czym znowu mnie dojeżdżali i zabawa zaczynała się od nowa. Na ostatnim fragmencie trasy już jednak odpuściłam. Odezwała się złość połączona z rezygnacją oraz strachem o kokpit – duża mieszanka emocji i myśli plus jeszcze nieporadność. Ja naprawdę już kurwa nie wiedziałam, co mam robić w takiej sytuacji i jak. Płakać mi się chciało! I jak na prawdziwą parówę przystało, jechałam tak w górnym chwycie, otoczona innymi zawodnikami, odliczając metry do T2. Brawo Bo.
Trasę kolarską o długości 90 km i przewyższeniu 950 m przejechałam w 2:56, ze średnią prędkością 30,4 km/h (NP 2,9 W/kg), był to pierwszy (!) czas roweru w AG. Myślę, że bez postojów (jeszcze dwa razy spadł mi łańcuch) i defektu byłoby kilka minut szybciej. Szkoda, że nie mogłam się tutaj sprawdzić na 100% oraz pokazać, na co mnie stać. Oprócz głupiej decyzji o kontynuowaniu jazdy z obluzowanym kokpitem, zawaliłam również jedzenie w drugiej części trasy. Totalnie o tym zapomniałam, skupiając się na trzymaniu tej jebanej kierownicy. Taka doświadczona zawodniczka – a tyle błędów! Dóbrze, że to nie pełen dystans…
Wydawało mi się, że wszystko mam ogarnięte i że jestem przygotowana na naprawdę różne scenariusze. Otóż nie. Teraz do swojej listy działań „co może pójść nie tak na zawodach i jak na to zareagować” dopisuję kolejną pozycję. Jeśli zdarzy się coś niespodziewanego, przede wszystkim zachowaj Bo spokój. SPO-KÓJ!
Run – ekspertka ds. zarządzania dyskomfortem
Plan na półmaraton w IM 70.3 mam z reguły prosty. Bez względu na liczbę kółek dzielę trasę na trzy etapy. W pierwszym mam zacząć mocno i ambitnie, w drugim to utrzymać, a w trzecim przyspieszyć. Plus nie zapomnieć o żelach i piciu. BO najlepszy plan to prosty plan, nieprawdaż?
I tak też zaczęłam. Skoro trener powiedział wcześniej, że stać mnie na dobre bieganie, nawet po mocnym rowerze, to muszą być do tego jakieś podstawy, nie? Nie miałam innego wyjścia, jak tylko zaufać trenerowi i wykonanej wcześniej robocie oraz z tą wiarą dzielnie zmierzać do mety.
Pierwsze kilometry oczywiście za darmo – tempo w okolicach 4:20 było bardzo komfortowe, aż musiałam się hamować, pamiętając, ile można stracić przez przepalony początek (marcowy Półmaraton Marzanny kłania się). Następnie fajnie się to wszystko ustabilizowało w okolicach 4:25–4:28 i postanowiłam jak najdłużej trzymać tempo sub 4:30. Wypatrywałam Miłosza, który był już na trasie biegowej, by na nawijce usłyszeć ulubione i magiczne „hej rybeczko” <3 Skupiona, ale też chłonąca całą atmosferę zawodów, pokonywałam kolejne kilometry.

Tak. Dopiero na trasie biegowej mogłam w pełni cieszyć się tym wyścigiem, zbijać piątki z dzieciaczkami, uśmiechać się do kibiców i odklaskiwać tym najbardziej zaangażowanym. A wzdłuż trasy, która składała się z dwóch pętli, było naprawdę mnóstwo ludzi! W zasadzie nie było fragmentu bez kibiców i głośnego zagrzewania nas do walki.
Kiedy przed zawodami pisałam z takim Jednym Sławnym Podkasterem o triathlonowych głupotkach, to według niego te różne emocje, które siedzą w nas przed startem, wynikają m.in. z tego, że organizm boi się dyskomfortu czekającego go na wyścigu. Po czym ja stwierdziłam, że u mnie to chyba jednak nie działa, bo ja na swój sposób lubię ten stan. I gdy tak biegłam uliczkami Alcudii, gdzieś w połowie trasy, tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Uwielbiam ten trans i dyskomfort, nad którym mam kontrolę. Lubię nim zarządzać, sprawdzając, jak bardzo mogę przesuwać granicę w jedną lub drugą stronę.
I zarządzałam. Pierwotny plan został prawie zrealizowany, wprawdzie tempo na 15. i 16. km nieco spadło, ale potem udało się dźwignąć i zaczęłam wykładać resztę kart na stół. Dodam, że cały czas nie padało (choć ja od polewania wodą standardowo mokrusieńka), chyba deszcz wymienił się ze słońcem rolami bo lampa miejscami była naprawdę spora. Przyspieszyłam dopiero po 18. km, ojtam, że zaledwie o kilka sekund na kilometr, ale jednak przyspieszyłam. Niesiona dopingiem kibiców i swoją wewnętrzną mocą, której o dziwo było jeszcze całkiem dużo (znowu, podobnie jak w Krakowie, upiekły się błędy żywieniowe z roweru), gnałam do mety.

Przez cały wyścig nie wiedziałam, która jestem – wszyscy moi kibice w liczbie sztuk jedna byli na trasie, zatem biegłam ze świadomością, że może jest dobrze, ale może też źle, zwłaszcza że wydawało mi się, że sporo straciłam na etapie kolarskim. Ale wbiegając na metę, byłam przede wszystkim zadowolona z biegu i z tego, że jakoś się wybroniłam i ostatecznie w jednym kawałku, bez bomby, dotarłam do celu. Półmaraton pobiegłam w 1:33 (tempo 4:27/km) (jupi!) – szybciej niż dwa miesiące temu Marzannę na sucho, i chyba najszybciej ze wszystkich dotychczasowych połówek. A całe zawody ukończyłam w 5:15 zajmując 1-sze miejsce w kategorii wiekowej i 19-te wśród wszystkich kobiet (oraz 5-te wg silver rankingu).
No dobra, tyle o mnie bo ileż można nawijać, co czułam i (nie) myślałam oraz jak mi się startowało. I tak szacun, że dotrwaliście do tego miejsca. Teraz kilka słów o samych zawodach, choć trochę już napisałam.
Wyścig duży i zorganizowany z wielką pompą. Spory MShop i towarzyszące mu expo, mnóstwo zawodników, z czego prawie wszyscy to przyjezdni, więc atmosfera bardzo międzynarodowa. Organizacyjnie całość dopięta na tip top (to była 15-ta edycja zawodów), może poza sędziami na trasie kolarskiej, którzy – zwłaszcza na płaskich odcinkach – niechybnie by się przydali. Pływanie piękne i bardzo proste. Etap rowerowy widokowy i miejscami naprawdę cudny, ale kuźwa tych dziur i nierówności w drugiej części to im nie wybaczę! Wszystkie przewyższenia na bajku zbiera się na podjeździe Coll de la Batalla, który trwa mniej więcej od 21 km do 35 km trasy. Zjazdy tylko w niektórych miejscach są techniczne i wymagające, poza tym nic spektakularnego się tam nie wydarza. Bieganie rozgrywa się przy nabrzeżu Alcudii – trasa płaska i prosta, dzięki świetnym kibicom bardzo energetyczna, ale na drugim (ostatnim) okrążeniu niestety już dość ciasna. Jak się chciało biec szybciej, to trzeba było przepychać się między wolniejszymi zawodnikami, podobnie na punktach. Strefa finishera bogata jak na niejednym calaku, a wieczorem zorganizowano także imprezę w miasteczku zawodów (nie byłam, ale następnego dnia widziałam „ślady” – chyba było grubo XD).
Czyli mamy plusy dodanie i plusy ujemne, ale mimo wszystko polecam te zawody i uważam, że mogą być świetnym pomysłem na europejskie rozpoczęcie sezonu. Oczywiście ze świadomością, że pogoda na Majorce bywa kapryśna i warto być przygotowanym na różne scenariusze.

Dla mnie start w IM 70.3 Mallorca był przystankiem w drodze do pełnego dystansu w Hamburgu. W sumie dość udanym, a już na pewno wartościowym, jeśli chodzi o wnioski z popełnionych błędów i zaliczonych głupotek. Dżiz, czy ja kiedyś z tego wyrosnę?
Do IM Hamburg zostało 20 dni!
