To nie są tanie rzeczy! Chciałoby się powiedzieć przed wyjazdem do Kopenhagi, a przed wyjazdem na Ironmana do Kopenhagi to można nawet stwierdzić dwukrotnie. Co nie zmienia faktu, że naprawdę warto. A przy odrobinie sprytu oraz garści sensownych informacji, które zamieszczam poniżej, można to całkiem sprawnie ogarnąć oraz domknąć cały wyjazd w akceptowalnym budżecie.
Bo że w samych zawodach wystartować warto, to chyba przekonałam już niedowiarków w relacji. Szybka (choć wcale nie taka prosta) trasa, stosunkowo krótkie dobiegi do strefy zmian, przewidywalna i sprzyjająca ściganiu pogoda, świetna organizacja i niepowtarzalny klimat podczas etapu biegowego. Do tego towarzyszące pełnemu dystansowi zawody 4:18:4 (400 m swim, 18 km bike, 4 km run) odbywające się dwa dni wcześniej, w których może wystartować ktoś z rodziny lub kibiców. Czy jeszcze coś powinnam pisać? Nic więc dziwnego, że zawody wyprzedają się bardzo szybko, a namiot organizatora na expo – z możliwością zapisu już na przyszły rok (jeszcze przed oficjalnym uruchomieniem rejestracji internetowej) – cieszy się dużym zainteresowaniem i bynajmniej nie stoi pusty.

Po raz pierwszy ironmana w Kopenhadze rozegrano w 2014 roku. Od tego czasu trasę nieco modyfikowano (np. miejsce pływania czy kierunek jazdy na pętlach rowerowych), ale od zawsze wyścig ten uchodzi za dobrze zorganizowany i szybki. Warto jednak pamiętać, że – jak większość zawodów odbywających się w dużych miastach – IM Copenhagen ma dwie strefy zmian, co wiąże się z dodatkowym wyzwaniem logistycznym dla zawodników i ich supportu.
Dojazd i zakwaterowanie
Najszybciej i najwygodniej dostać się do Kopenhagi samolotem. Z Krakowa lot trwa 1 godzinę i 15 minut, więc jest naprawdę ekspresowo. Z lotniska do centrum stolicy bez problemu dojeżdża się metrem lub pociągiem. Wybierając tę opcję, warto od razu zainstalować aplikację do zakupu biletów komunikacji publicznej (np. DOT). Oczywiście można też do Danii pojechać samochodem, ale wówczas lepiej rozłożyć podróż na dwa dni (tak jechali znajomi i dobrze im się to sprawdziło).
Miejsc noclegowych w Kopenhadze jest cała masa, ale tańszych opcji, zwłaszcza w dogodnej lokalizacji, już zdecydowanie mniej. Dlatego warto wcześniej poszukać i zarezerwować. Polecam sprawdzić ofertę hosteli, które są w stolicy Danii bardzo popularne i mają z reguły spoko standard. Z wiadomych względów odradzam hostele kapsułowe (byłam w szoku jak zaczęłam sprawdzać, że coś takiego w ogóle istnieje). Najlepiej upolować w hostelu pokój 2-osobowy, koniecznie sprawdzając metraż, bo zdarzają się też lokale naprawdę mikroskopijne i może dojść do trudnych decyzji kto ostatecznie zostaje w pokoju: osoba towarzysząca czy rower :) My zatrzymaliśmy się w Steel House Copenhagen: o wyborze zadecydowała bliskość stacji metra i mety (ok. 1 km), stosunkowo dobra cena, a także dostęp do kuchni (dodatkowo płatny). To ostatnie jest dla mnie szczególnie ważne przed startem, a przy okazji pozwala trochę zaoszczędzić w CPH. Oczywiście wybór apartamentów i hoteli jest ogromny, jednak nie było to w kręgu naszego zainteresowania.

Przyznam jednak, że z perspektywy przygotowań do samego wyścigu zaczęłam się zastanawiać, czy spanie w centrum było najlepszą opcją. Miasteczko zawodów na IM Copenhagen zlokalizowane jest przy starcie (poza centrum), więc przynajmniej 2–3 razy trzeba się tam udać metrem: odebrać pakiet, zrobić zakupy w eMshopie i rozpływanie to raz, wstawić rower w sobotę do T1 to dwa, no i niedziela – też wypadałoby się pojawić na starcie. Warto również wiedzieć, że od samej stacji metra (zarówno Amager jak i Femorem) do T1 też jest kawałek (ok. 1,5 km) do pokonania pieszo. Aha, i dzień przed zawodami cały szpej tj. zarówno rower, jak i worki do T1 i T2 zostawia się w T1 (a więc rano przed wyścigiem nie ma już dostępu do czerwonego worka na bieg, który organizator sam przewozi do T2).
I jeszcze uwaga praktyczna odnośnie metra w dniu zawodów. Metro w Kopenhadze działa bardzo sprawnie, ale rano kursuje rzadko (co 15 minut), a składy są krótkie. O ile nam udało się bez problemu wsiąść do wagonu w centrum, o tyle wiele osób na kolejnych stacjach po prostu się nie mieściło i zostawało na peronie. Pro tip – trzeba się pchać, widziałam osoby rezygnujące z wejścia do metra, mimo że w środku było jeszcze miejsce i wystarczyło „wywrzeć odrobinę presji” na współpasażerach :) Na dzień zawodów IM są specjalne zniżki na bilety komunikacji publicznej, ale warto to sobie sprawdzić i przeliczyć bo bardziej opłacić się może bilet weekendowy.

Alternatywnym sposobem dotarcia na start może być też wypożyczony rower miejski. My skorzystaliśmy z tej opcji dopiero po zawodach, ale to naprawdę genialne i wygodne rozwiązanie! Wykupiliśmy pakiet na 5 godzin jazdy w rowerach Donkey Republic (ważny przez 5 dni) za 99 koron, czyli ok. 57 zł. Rowery można zostawiać na specjalnych stacjach – tych w Kopenhadze są setki, praktycznie przy każdym skrzyżowaniu czy przystanku. BTW, na zwiedzanie miasta po zawodach opcja z takim rowerkiem to najlepszy pomysł!
Jeśli chodzi o ceny jedzenia na miejscu, to trzeba się liczyć raczej z większymi wydatkami. Zwykła wizyta w Lidlu czy innym supermarkecie to koszt mniej więcej dwa razy większy niż w Polsce. Najtańsza margharitta w lokalnym fastfoodzie (och, w niedzielę wieczorem po zawodach smakowała wybornie!) kosztowała w przeliczeniu ok. 70 zł, podobnie jak dwie kawy na wynos z budki na mieście. To te dolne widełki – górnych nawet nie sprawdzaliśmy :)
Trasa pływacka
Pływanie podczas IM Copenhagen odbywa się w zatoczce, w słonej (ale nie bardzo słonej) i spokojnej wodzie cieśniny Öresund, łączącej Morze Bałtyckie z Morzem Północnym. Trasa jest prosta, dobrze oznakowana, wytyczona na planie prostokąta, prowadzi pod dwoma mostkami, na których, oprócz tłumu kibiców, znajdują się także banery z oznaczeniami dystansu. Raczej nie ma ryzyka, że start odbędzie się bez pianek: woda jest rześka, zwykle ma temperaturę ok. 18–19 stopni (u nas było 20). Jedynym utrudnieniem może być płytkość akwenu (ponoć w niektórych miejscach da się iść, choć sama nie sprawdzałam), a także obfita roślinność podwodna, którą podczas płynięcia można wręcz dotykać rękami albo twarzą. Trasa jest raczej domierzona i – moim zdaniem – zdecydowanie można ją zaliczyć do szybkich.

Start w formule rolling odbywa się z brzegu, według zadeklarowanego wcześniej czasu (podaje się go przy odbiorze pakietu i dostaje odpowiedni kolor czepka). Warto dodać, że dla kibiców ta trasa jest wyjątkowo przyjazna: można ustawić się wzdłuż brzegu, na mostkach albo na samym finiszu.

Ponieważ w zawodach bierze udział ponad 2,5 tys. zawodników, strefa zmian jest naprawdę spora i podzielona na segmenty. Ja, dzięki statusowi AWA, miałam miejsce zaraz przy wyjściu na rower, tuż za zawodnikami PRO. Jakież było moje zdziwienie, gdy wstawiając rower zobaczyłam, że niektóre maszyny (a dokładniej siodła) przyczepione są do wieszaków… silvertejpem. Niestety bardzo wiało i prawdopodobnie w ten sposób niektórzy zawodnicy zabezpieczali swoje rowery przed przewróceniem. Bo chyba nie przed kradzieżą? Zapewne słyszeliście, że w nocy przed zawodami zajumano ze strefy 6 rowerów. Szok! Akurat te rowery znajdowały się w oddalonej od mojego BOLesława części strefy. Jednak warto być tą ĄWĄ – mam nadzieję, że rowery PROsów (a wraz z nimi również nasze) są lepiej strzeżone. Ale patent z silvertejpem sobie zapamiętam, zarówno w kwestii wiatru, jak i potencjalnych złodziei.
Trasa kolarska
Na papierze etap rowerowy wygląda na prosty i szybki, ale rzeczywistość nieco weryfikuje te oczekiwania. Najpierw trzeba wydostać się z miasta, a że pływanie odbywa się na południu Kopenhagi, a trasa kolarska usytuowana jest na północy Zelandii, to trzeba przejechać przez całe centrum. Co – o ile na rowerach miejskich jest całkiem sprawne i przyjemne – na czasówce podczas wyścigu raczej do łatwych nie należy.

Przez ponad 10 km do pokonania jest mnóstwo zakrętów, zwężeń, rond, torów i krawężników. Do tego miejscami bardzo nierówny asfalt, na którym bidony wypadają z koszyków jak szalone. Dopiero po tym etapie zaczyna się fajna jazda, choć i tutaj miejscami – warto powiedzieć to głośno – jakość asfaltu pozostawia wiele do życzenia. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że dobrze, że zgubiłam ten bidon na początku, bo teraz i tak by mi wyleciał jeszcze wiele razy. Do tego w kilku miejscowościach jest sporo szerokich na ok. 2 metry progów zwalniających (na początku brałam je wszystkie w górnym chwycie, potem już na leżaku). Oraz dużo zawijasków – takich, że nie widać co za zakrętem.
Co więcej, nie ma o tym w relacji, bo wyszło to dopiero po fakcie, ale ja jeszcze przebiłam oponę w przednim kole (dziurę zatkało mleko) prawdopodobnie na tych wertepach, więc serio trzeba mieć sporo pokory przed tą trasą. Ale poza tym to jest bardzo spoko! :)
Cała trasa ma kształt balonika, a pętlę przejeżdża się dwa razy. Na każdej z nich są dwa odczuwalne podjazdy (z fajnym dopingiem kibiców), poza tym to przyjemny rolling, który jedzie się cały czas w pozycji i na twardo.

Jeśli miałabym dać jakąś radę na ten etap zawodów – to przede wszystkim mocno przyczepić bidony (bo w kwestii: mleko vs dętka nie będę się wypowiadać). Oraz przygotować się mentalnie na końcówkę każdej pętli, gdzie przez kilkanaście kilometrów jedzie się po szerokim, aksamitnym asfalcie, z lekkim wiatrem w plecy, generalnie „chwilo trwaj”! Ten fragment wynagradza absolutnie wszystko, łącznie z końcowym etapem dojazdu do T2, gdzie znowu czekają zwężenia, zakręty i dziury…
Trasa kolarska jest krótsza, czego nie ma w oficjalnych informacjach, ale na udostępnionym przez organizatora tracku gpx już tak. Mierzy 177,7 km i ma ok. 1000 m przewyższenia. Aha, i trzeba mieć, jak chyba na wszystkich skandynawskich wyścigach, obowiązkowo numerek przy pasie na rowerze.

W T2 nie odwiesza się samemu roweru na wieszak. Maszynę odbiera wolontariusz i odstawia w odpowiednie miejsce. Po zawodach dostaje się SMS z informacją (sygnaturą hehe), w którym dokładnie sektorze rower się znajduje (BOlesław był w H-216), aby go odnaleźć i zabrać. Świetny pomysł, wszystko działało naprawdę sprawnie! We Frankfurcie również wolo odbierali rowery od zawodników i odstawiali na wieszaki, ale tam o umiejscowieniu decydowała zegarowa godzina ukończenia etapu. I weź tu sobie człowieku, sponiewierany po 11 godzinach wysiłku, przypomnij, czy rower skończyłeś o godz. 14.30 czy może o 15.45. Pamiętam, że roweru tam szukałam ponad pół godziny…
Trasa biegowa
Bieg w Kopenhadze jest fenomenalny. Maraton rozłożony jest na cztery pętle, na których nudy nie ma! Biegnie się zarówno szeroką główną ulicą w centrum, jak i mniejszymi brukowanymi uliczkami, parkową alejką, a także wzdłuż wybrzeża. Na każdym okrążeniu są dwa (a może trzy?) wyraźne, choć krótkie podbiegi, dużo słońca oraz kilka fragmentów zacienionych, przynoszących sporą ulgę. No ale przede wszystkim są kibice i wszędzie unosi się atmosfera wielkiego triathlonowego święta. Na naszych zawodach był nawet koleś, który przez kilka godzin non stop śpiewał kawałki AC/DC, a także sam Magnus Ditlev przybijający piątki zawodnikom. True story!

Punkty odżywcze – jak to na IM – liczne, dobrze zaopatrzone i sensownie rozmieszczone (choć momentami miałam wrażenie, że odstępy między nimi są zbyt duże). Oczywiście wraz z upływem czasu i coraz większą liczbą zawodników na trasie, wolontariuszom zdarzało się nie nadążać ze sprawną obsługą. Ale i tak byli bardzo oddani i zaangażowani.
Trasa jest poprowadzona tak, że po drodze można zobaczyć większość turystycznych atrakcji miasta, m.in. królewski zamek, budynek parlamentu, nowoczesną bibliotekę publiczną czy sławny pomnik syrenki. Przyznam jednak, że ja to zapamiętałam głównie kibiców, słońce i podbiegi :) Ale bez wątpienia ta trasa jest atrakcyjna zarówno dla zawodników, jak i towarzyszących im osób.

Jednym z symboli Danii jest „hygge”. To ichniejsza koncepcja szczęścia i dobrostanu, którą osiąga się m. in. poprzez docenianie chwili obecnej, tworzenie ciepłej atmosfery oraz budowanie więzi z bliskimi. I myślę, że IM CPH może być po części uosobieniem tego stanu. Na trasie zawodów naprawdę żyje się chwilą oraz docenia każdy moment. Zwłaszcza ten na mecie :)
Zresztą, zobaczcie ten filmik (wnikliwe oko dostrzeże również mnie).
Plusy:
- szybka trasa idealna na debiut lub życiówkę
- dogodny termin
- raczej sprzyjające warunki atmosferyczne
- atrakcyjna lokalizacja świetna na city break dla rodziny (CPH jest cudowna!)
- energetyczny bieg
- świetna organizacja
- możliwość wzięcia slota zarówno na tegoroczne, jak i przyszłe MŚ IM (przynajmniej tak było w 2024 i 2025)
Minusy:
- dwie strefy zmian
- trawska na pływaniu
- kiepski asfalt na części trasy rowerowej + utrudnienia przy wyjeździe z miasta
- wysokie koszty pobytu w CPH
Koszty (bez jedzenia)
3700 zł – wpisowe
3700 zł – zakwaterowanie w hostelu (2 osoby, 5 nocy)
1200 zł – bilety lotnicze (2 osoby, bez roweru)
100 zł – metro w CPH (2 osoby)
300 zł – wizyta w eMShopie
110 zł – ubezpieczenie
80 zł – licencja PZTri
Razem: 9190 zł
Zachęcam do poczytania innych postów przybliżających organizację i trasy na zawodach IM, które piszę w ramach BOradnika. Ech, że też IM mi za to nie płaci…
