Ironman Hamburg – kapcie, sztywniutko i walka do końca

Chyba jeszcze nie miałam Ironmana, podczas którego działo się tak wiele. Starałam się oczywiście być przygotowana na wszystko, no ale jednak nie przewidzisz! Nie przewidzisz pewnych akcji i już.

Przygotowania do mojego 13. pełnego dystansu przebiegały całkiem nieźle. Byłam zdrowa i odpowiednio zorganizowana, co pozwalało robić objętości, do których wcześniej nie zbliżałam się aż tak bardzo. Nie było wprawdzie wielkiego wow i fajerwerków na każdym treningu – jeśli ktokolwiek oczekuje tego od przygotowań do calaka, od razu może zmienić dyscyplinę – ale była to solidna i przede wszystkim systematyczna robota, która cały czas dawała mi dużo funu i satysfakcji.

Jedynie jazdy outdoor w TT było mało (pogoda) oraz opływania open water (też pogoda), ale przecież wszyscy wiemy, że idealne przygotowania nigdy nie powinny być idealne, więc nie zawracałam sobie tym specjalnie głowy.

W przeciwieństwie do prognozowanej pogody, która na tydzień przed startem zmieniała się jak w kalejdoskopie. Tu już się troszkę denerwowałam. Wybrał sobie człowiek europejskie, kontynentalne miasto do startu, gdzie na obrazkach słońce i niebieskie niebo. A tymczasem rzeczywistość mocno zaskakiwała… Prognozy zmieniały się z dnia na dzień, a na miejscu, w Hamburgu, w ciągu kilku godzin potrafiła być ulewa z porywistym wiatrem, po czym wychodziło piękne słońce, by potem znowu zaczęło kropić.

No i niestety, na dzień startu nie zapowiadało się to dobrze. Miało być chłodno, wietrznie i deszczowo – synoptycy przewidywali spory deszcz mniej więcej na połowę roweru, a potem również podczas biegania. Nie pomylili się…

Swim

Jeśli na IM Hamburg jest etap, który można nazwać epickim, to jest nim pływanie. Płynie się w centrum, w sporym jeziorze Außenalster otoczonym parkiem, pod dwoma mostami, z widokiem na kamienice oraz charakterystyczne dla miasta strzeliste wieże ratusza i kościołów. Serio, ten widok i cała sceneria naprawdę robią wrażenie.

Fot. IM Germany

Podobne wrażenie, ale już w drugą stronę, zrobiła – przynajmniej na mnie – temperatura wody. W przeddzień wyścigu było według organizatora 18,7 st. C. W dniu zawodów na pewno nie więcej (w nocy było zimno i padało). Obiektywnie więc bez dramatu, acz ja zdecydowanie wolałabym jedno-dwa oczka więcej. No ale trzeba było sobie jakoś radzić – dwa czepki na głowę i ciepła woda pod piankę wydawały się załatwiać sprawę (zrezygnowałam z eksperymentalnego wykorzystania rozgrzewającego balsamu na ciało), oczywiście bez wchodzenia do wody przed startem. Niestety sam rolling start trwał dość długo, więc już w oczekiwaniu na wejście (wskok) do wody trochę zmarzłam.

Ustawiłam się w połowie grupy szacującej się na 1:05–1:10. I niestety źle się ustawiłam. Generalnie wszyscyśmy się źle ustawili. Bo na ten wspaniały pomysł, by wystartować z szybszymi, wpadło chyba kilkaset innych osób wokół mnie. Gratulacje dla nas! I kiedy wydawało nam się, że płyniemy szybko – bo wszyscy dookoła płynęli w podobnym tempie – okazało się, że było to jednak wolno i zdecydowanie nie na czas sub 1:10. Następnym razem (taki żarcik) idę do pierwszej strefy!

Tak więc można się już domyślić, że płynęło mi się w miarę spoko. Wyprzedzałam, łapałam bąbelki, było aktywnie, dynamicznie i z zaangażowaniem. Tylko nie we właściwym tempie XD.

Fot. IM Germany

Woda była chłodna, ale bez dramatu. Trochę mnie wprawdzie usztywniło już po ok. 1,5 km, ale wszystko mieściło się w akceptowalnych granicach dyskomfortu. Dla mnie w takich sytuacjach, gdy czuję, że zaczyna być zimno, najważniejsze jest nie poddać się myślom, że marznę. Tak więc cały czas powtarzałam sobie, że jest w porządku, że jest ciepło i że muszę trzymać ruch i dobry rytm, by nie zesztywnieć.

Tak jak wspomniałam – pod tymi mostami było naprawdę kozacko. Kilka razy rzuciłam też okiem na brzeg i scenerię dookoła. Całkiem ładnie, naprawdę może być! Wiem, że wyścig, że każda sekunda cenna, no ale ja muszę pozwolić sobie choć na chwilę wdzięczności, że jestem, że mogę, że robię SWOJE RZECZY. Niestety widok zachmurzonego nieba oraz fal, które za sprawą nasilającego się wiatru pojawiły się za nawrotką, nie napawał wielkim optymizmem.

Analiza tracka pokazuje, że całkiem dobrze płynęłam przez pierwszą połowę dystansu. Potem masakrycznie spada prędkość i kadencja. Potęgujące się poczucie zimna? Fale? Brak nóg do złapania? No pewnie można byłoby szukać przyczyn właście w tych czynnikach, tak jednak – nie czarujmy się – po prostu kiepsko to popłynęłam. Bardzo źle. I to jest mega ważna lekcja z tego etapu zawodów.

IM HAMBURG, GERMANY. Photo by Alexander Koerner/Getty Images for IRONMAN.

Ostatnie 500 metrów byłam już dobrze zmarznięta. Oby do mostu, oby do brzegu! Jestem. Na szczęście nie popatrzyłam na zegarek, w ile popłynęłam (1:18!!!), bo wtedy to bym dopiero zesztywniała XD. A tak, nieświadoma i zadowolona, że już koniec, mogłam przełączyć się w tryb rowerowania.

Miałam przygotowaną folię NRC w dwóch wyciętych prostokątach, które umieściłam na klacie oraz na plecach (niestety tylko w okolicach karku, bo trzęsące się ręce oraz mokry strój nie chciały współpracować), do tego noski na buty i można jechać. Miss zawodów w pełnej krasie!

Bike

Pierwsze kilometry tak średnio. Byłam jeszcze trochę usztywniona po pływaniu, ale z upływem minut, folia NRC przyjemnie oddawała ciepło, a ja starałam się pracować mocno, by rozgrzać ciało. Szeleszczało! Niestety trasa nie sprzyjała jakiejś wybitnie szybkiej i dynamicznej jeździe – było wąsko, kręto, dziurawo, ciasno. Pierwsze 20-30 km wiodą przez miasto, więc nic dziwnego.

Generalnie te początkowe kilometry na calaku to ja jadę marnie :( Potrzebuję czasu, by zalogować się do jazdy, wyschnąć, oswoić rower i pozycję, przyzwyczaić do tych wszystkich ludzi dookoła. Mam sporo rzeczy do dopracowania na rowerze i myślę, że ten pierwszy fragment etapu kolarskiego też powinien znaleźć się na liście. Jedyny plus – nie przepalam początku :)

Fot. IM Germany

Na szczęście z każdym kilometrem czułam się pewniej i mocniej. W zasadzie cały czas wyprzedzałam (hehe, pewnie znowu nie ta strefa szybkościowa, co myślałam), skulona pozycja TT sprzyjała utrzymaniu ciepła i złapałam idealny komfort temperaturowy. No nic tylko jechać! Zauważyłam przy okazji, że utrzymanie temperatury ciała będzie mnie kosztować więcej niż zazwyczaj, więc miałam jeszcze większą motywację, by pilnować jedzenia i nic tutaj nie zaniedbać.

Wyjechaliśmy za miasto, gdzie trasa była w miarę prosta i płaska (choć dziury, progi zwalniające i kostka bauma też się zdarzały). Było bardzo ok. Trochę wprawdzie zaczęła mnie dziwić spora liczba zawodników na poboczu, dłubiących coś przy swoich rowerach, zwłaszcza że akurat na tym fragmencie nie było wielkich dziur i łat na trasie. No ale skupiałam się na sobie i jechałam dalej. I chyba było za dobrze…

Na końcówce pierwszego kółka – zaraz po tym, gdy zerknęłam na zegarek i stwierdziłam, że mam świetny jak na ten moment międzyczas (2:33!) – zaczęło padać. Potem zmieniło się to w ulewę. Taką ulewę, że bolały krople uderzające o przedramiona, a mokra szybka na kasku niespecjalnie pozwalała widzieć, co przede mną. Bardzo się ochłodziło i generalnie, aż chciałoby się rzec „tak dobrze żarło, a zdechło”. Bo niestety zwolniłam bojąc się wyjebki (minęłam dwie) – ta droga w mieście naprawdę nie pozwalała, przynajmniej mi, na wielkie prędkościowe szaleństwa w takich warunkach.

Fot. IM Germany

Miałam w głowie fakt, że przede mną zaraz po zawodach ważne wydarzenia zawodowe, na których muszę być w jednym kawałku i skupiłam się bardziej na bezpieczeństwie oraz na… jedzeniu. Teraz to naprawdę muszę żreć, aby przetrwać ten armagedon!

I tak deszcz pojawiał się i znikał jeszcze chyba dwa lub trzy razy podczas tego etapu. Wystarczyło, że człowiek wyschnął i ponownie złapał flow, by znowu się rozpadało. No ale jechałam. Do ok. 130 km, kiedy poczułam, że obniża mi się siodło. Kurza twarz. Tak co jakiś czas jakby opadało o kilka mikrometrów. Pomyślałam jednak, że może wymyślam, a nawet jeśli, to dopóki nie spadnie wybitnie nisko – jadę dalej. No ale cały czas coś tam zgrzyta i nie daje mi spokoju. Wyciągam szyję, patrzę. No i to chyba jednak nie siodło. Ale brak powietrza w dysku.

Dodam, że w międzyczasie liczyłam zawodników naprawiających swe rowery na poboczu. Było ich, pamiętam dokładnie na ten moment: 73 osoby. Dobrze, że mam tubeless zalane mlekiem – pomyślałam. Nawet jak jest dziura powinno się to zakleić i wystarczy tylko popompować. Jak się wkrótce okazało: i tak, i nie.

Zatrzymałam się. Odwróciłam plecami do trasy z zawodnikami, na spokojnie wyciągnęłam klucz i kompresorek, ściągnęłam zaślepkę, założyłam fajkę i dopompowałam koło. Wszystko ogarnęłam bez emocji i trzęsących się rąk, z czego jestem mega dumna, nawet dość szybko (ok. 6 minut), a przede wszystkim skutecznie!

Wpięłam się i jechałam dalej. Wprawdzie już delikatniej i mniej dynamicznie – znowu pozmieniały się priorytety! Najważniejsze to dojechać do T2. A wzdłuż trasy kolejne dramaty – ludzie prowadzący rowery, naprawiający dętki wspólnie z lokalsami czy próbujący wspólnie ogarnąć problem z innymi zawodnikami. Namiot serwisowy jak kram z warzywami w sobotę: tyle ludu, hałasu, zamieszania i wiszących nad wszystkimi emocji, nigdy na trasie IM nie widziałam…* A ja jakoś – na szczęście – nadal jadę.

Niestety nie za daleko… Po ok. 10-15 minutach znowu czuję to obniżające się siodełko, które już wiedziałam, co oznacza. Na szczęście stało się to niedaleko namiotu serwisowego, do którego delikatnie dojechałam i ustawiłam się w kolejce. W międzyczasie próbowałam jeszcze raz pompować koło, ktoś okrył mnie kocem, a mechanik, który właśnie przyjechał samochodem (chyba przysłali posiłki) przejął mnie i zaczął ogarniać sytuację.

Doskonale wiedział czego szukać w oponie i szybko znalazł dwa (albo nawet trzy) milimetrowe opiłki z metalu, które zgrabnie wyjął pincetą i umieścił w kopercie (była już w połowie pełna). Dolał mleka, sprawdził, czy zadziałało (pojawiły się białe plamki) i dopompował. U mnie smutek przeplatał się z wdzięcznością. Było mi bardzo przykro, że tak się stało i równocześnie czułam ulgę i radość, że defekt udało się naprawić i że – w przeciwieństwie do wielu innych zawodników – po prostu mogę kontynuować wyścig.

Fot. IM Germany

I zabawa od nowa. Na początku bardzo ostrożnie i lekko. Z każdym kilometrem jednak nabierałam pewności, że wszystko jest ok i że mogę ponownie jechać swoje. A miałam z czego! Albo te postoje tak mnie wyświeżyły, albo jedzenie zaskoczyło, albo odezwał się wkurw i wola walki lub po prostu byłam dobrze przygotowana do tych zawodów. Więc znowu lewa moja i wyprzedzanie, wyprzedzanie, wyprzedzanie.

W pewnym momencie pomyślałam wprawdzie, czy jednak nie za mocno jadę, wszak przede mną jeszcze maraton. No ale postanowiłam nie kalkulować, tylko brać co mam i po prostu jechać swoje.

I wtedy znowu moment zawahania. Utknęłam w procesie decyzyjnym – wyprzedzać czy nie wyprzedzać, tych emocji miałam w sobie jednak zbyt dużo. I nagle usłyszałam gwizdek. Kurwa mać. Tak bardzo byłam w swoim tunelu, że ja nawet nie słyszałam, że zbliża się motocykl! Sędzia coś tam do mnie po niemiecku, potem po angielsku krzyczy, że tu-kląs. I 3-minutowa kara za drafting.

Czujecie? Ja! Cesarzowa uczciwości. Szeryf porządku na trasie, ukarana za jazdę na kole. No trochę wstyd. Trochę wkurw. Trochę smutek. Trochę poczucie niesprawiedliwości bo jechałam bardzo, bardzo uczciwie. Po tym gwizdku (mogłam dostać tę karę, ale mogłam też nie dostać – było naprawdę na styk, zawsze pilnuję tej „połowy basenu”), to już się jednak załamałam.

Tu macz emocji jak na jednego człowieka. Tu macz…

Potem jeszcze widok karetki i leżących dwóch zawodników pod folią NRC, i miałam naprawdę dość tego pierdolonego ironmana.

Jedyne na czym się skupiłam, to na wypatrywaniu żółtego namiotu kar, bo oprócz wyjebki tylko przeoczenia kary brakowałoby mi w tym wszystkim… A historia zna przypadki ;) O trzymaniu watów, pilnowaniu picia i jedzenia nie było nawet mowy. No mówię – tu macz dla jednej, zmartwionej i zziębniętej triathlonistki…

Sam namiot znajdował się tuż przed T2. Zatrzymałam się i próbowałam doprowadzić do emocjonalnego porządku. Z sukcesem. Zjadłam, co tam jeszcze miałam (w sumie nawet nie wiedziałam, czy można jeść w namiocie kar) (można?), wzięłam kilkanaście głębokich oddechów i postanowiłam co dalej. Że odcinam grubą kreską ten rower. Doceniam fakt, że dotarłam do T2. I że powalczę o życiówkę na maratonie. A co! Niech coś mam z tego wyścigu.

Rower przejechał w łączym czasie 5:36, z czego 25 minut spędziłam na postojach (22 minuty w serwisie, 3 minuty kary). Zjadłam 8 żeli 226ers, batona z ziarenkami, bułkę z żółtym serem i garść Haribo. Wypiłam tylko dwa (!) bidony izo… Razem wyszło nawet spoko – ok. 105 gramów węgli na godzinę. Mocy i prędkości nie liczę, są mocno zakłamane, nie tylko postojami, ale też fragmentami ostrożnego rozruchu i jazdy na kapciu.

Run

Ten maratoński cel PB szybko jednak zweryfikowałam, to znaczy życie go zweryfikowało. No ale nie spojleruję, czytajcie dalej!

W T2 wyciągam spod stroju folię NRC, ufff jak przyjemnie, że nic mi już nie szeleści za uchem. Wkładam oksy na nos i podwójnie sznuruję buty (diamenty zostają w worku i była to dobra decyzja). Czy ja coś jeszcze miałam tu zrobić? Chyba nie, mogę lecieć dalej! (choć naprawdę to tak).

Fot. IM Germany

Pierwsze kilometry nawet spoko. Jak miło z tych twardych kolarskich butów wskoczyć w dynamiczny i lekki karbon. Jak przyjemnie zmienić perspektywę i obrać inny fokus! Mieć nowy cel. I ile tu ludzi dookoła! Trochę jakbym z jednego mrocznego świata teleportowała się do innego, kolorowego, znacznie fajniejszego.

O ile można mówić o fajności, gdy w perspektywie do przebiegnięcia ponad 40 kafli. I te oznaczenia na trasie… Biegnie człowiek trzeci kilometr, a tam zaraz znaki, że 16, 24, 36 km… (były cztery okrążenia). Ja pierdolę, jak ja tyle ubiegnę? Jak już bym chciała być na tym odcinku trasy!

Niestety nie biegło mi się szczególnie fajnie i lekko. W zasadzie darmowych kilometrów było zaledwie kilka i już od 8. km zaczęło się naginanie, pertraktacje i walka… Jedyny flow złapałam gdzieś pomiędzy 10. a 18. kilometrem, gdzie był rytm, skupienie i po prostu dobra robota. Poza tym? Cały czas rzeźba.

Fot. IM Germany

Na dodatek zauważyłam, że w T2 nie wyciągnęłam z kieszonki stroju kompresora do pompowania kół (wrzuciłam go za pazuchę podczas tej patokacji na rowerze), więc ubzdurałam sobie, że to on mi tak ciąży i utrudnia bieg. Cały czas wypatruję więc swoich ludzi przy trasie, aby oddać im ten metalowy balast, a tu nic! Jest masa kibiców, większość mega zaangażowana w motywowanie nas do walki, ale moich nie ma…

Tak w połowie dystansu przestałam już patrzeć na zegarek. Co u mnie oznacza w zasadzie jedno: not gut. I faktycznie tak się czułam. Pamiętam, że byłam po prostu mega zdziwiona tym, jak bardzo mi źle podczas tego biegania! Bez jaj, co to kurwa jest? Jak głęboko już jestem w strefie dyskomfortu i jak – sądząc po dystansie – długo będę tu jeszcze przebywać…

Ale znowu włączył mi się jedzeniowy tryb przetrwania. Jeśli mam na coś wpływ i w jakiś sposób mogę sobie pomóc w tym cierpieniu, to tylko żarciem. Jadłam co 5 km (zazwyczaj jem co 7, i tak do 30 km), a ostatni żel wcisnęłam w siebie jeszcze na 35. kilometrze. I myślę, że to właśnie jedzenie, plus ta moja chora nieustępliwość, uratowały ten bieg.

Oraz kibice. Jeśli były gdzie darmowe waty i odrobina dodatkowej motywacji, to właśnie od nich. Stali i darli gęby w zasadzie na 80% trasy. W słońcu stali, i w deszczu stali, oraz w ulewie. Bardzo to było dobre i potrzebne. Dziękuję!

Fot. IM Germany

Pierwsze kółko – nie ma moich ludzi. Drugi lap – nadal ich nie widzę. Trzecie okrążenie – pojawiają się czarne myśli, że na pewno coś się stało i jak ja się do hotelu po zawodach dostanę i że przecież potrzebuję czapkę z mojego plecaka! (nieodgadnione są ścieżki połączeń nerwowych w mojej głowie podczas dużego wysiłku). No i dodatkowo cały czas z tym jebanym kompresorem biegnę! XD Jezu, jak mi było źle.

Ale nie poddawałam się. Cel „życiówka w maratonie” zmienił się w cel: biegnij BO najszybciej jak potrafisz w tym konkretnym momencie, a o resztę pomartwisz się później. Więc dużo było szarpania, odpuszczania i dźwigania się na nowo. Odżywałam przy kibicach i punktach z wodą, którą do pewnego momentu obficie się polewałam. A potem starałam się jak najdłużej trzymać ten rytm. Aż znowu przychodził gorszy moment, czarne myśli i obawa, że bez szans, nie udźwignę tego do końca.

Na 28. km wreszcie widzę Miłosza i Mirka. Coś tam chyba nawet fuknęłam pod nosem, zamiast radośnie rzucać się im na szyję. Nie wnikajmy hehe. Ooo, ale jaki luz bez tego kompresora!

A czy wspominałam, że zaczął padać deszcz? Tak, lało kilka razy. I że twierdzenie, że jeśli ma padać na zawodach to najlepiej na bieganiu, wcale nie jest słuszne? No to piszę.

Ostatnia godzina biegu to dla mnie walka nie tylko ze zmęczeniem, ale też z zimnem. Niby czerwiec, niby Europa, niby człowiek cały czas w ruchu, najedzony nawet i jeszcze w podkolanówkach. Ale jednak wychłodzić też się można. Sprawdzone info! Sztywna cała góra, nogi na granicy kurczów, zmarznięte dłonie, że na zmianę zaciskam pięści i puszczam oraz pocieram je o siebie. Żel puchnie mi w ustach, cola myli z wodą, krawężniki stają się wyzwaniem…

Ciśnij Bo. Jeszcze tylko 5 km. Jeszcze 4 km. Dwa kilometry i będziemy w domu. Słyszę głośną zabawę z oddali, widzę czerwony dywan, odżywam. Jezzzu, jaka to jest zajebista sprawa, że już koniec. KO-NIEC. Radośnie wbiegam na metę, wyłączam garmina, opieram się o barierkę.

KO-NIEC. I nagle jestem w poziomie. Mam nad sobą ten (śmieszny) filmowy kadr, gdzie pochylają się nade mną obce twarze i coś do mnie mówią. Leżanka, koce, latareczki w źrenice, ciśnienie, bezowocne szukanie żył do wkłucia, kroplówka. Oraz przemiły starszy pan – wolontariusz, który ogarnął mi medal, koszulkę finishera, zadzwonił do bliskich, przyniósł plecak (i czapkę) oraz generalnie nie odstępował na krok, dopóki nie upewnił się, że wszystko jest w porządku. Wolontariuszom, serwisantom i opiece medycznej z Hamburga daję piękną i wielką okejkę. Dziękuję.

Maraton ukończyłam w 3:22, w średnim tempie 4:50 min/km. Ooo, to jest dla mnie kosmos, jaram się tym niemożebnie! Życiówka życiówek, bo nawet suche maratony biegałam znacznie wolniej.

Gdybym ja w trakcie biegu miała inny fokus, gdybym wiedziała, że nie jest źle (a pod wpływem tego cierpienia i bólu myślałam, że jest marnie), gdybym czuła, że to ja prowadzę ten bieg, nie on mnie… Jezzu, to ten etap mógłby się ułożyć w całkiem inny sposób! Zdecydowanie lepiej.

Dziś wiem, że jeśli w takim „stanie” potrafię wybiegać taki wynik, to strach myśleć, co będzie, gdy przyjdzie dzień klaczy oraz to upragnione i magiczne flow. Hehe. W sumie to już się nie mogę doczekać, by zrealizować swój kolejny mały wielki cel tj. 3:1X na ironmanowym maratonie. Trenerze Jacku, damy radę?

Czapka!

Cały wyścig ukończyłam w 10:34 zajmując 5-te miejsce w kategorii. Do pierwszego miejsca zabrakło 22 minut…

Trudno mi ocenić ten hamburski wykon. Popłynęłam fatalnie, myśląc, że jest dobrze. Pobiegłam zajebiście mając przeświadczenie, że nie idzie ta robota. Bezpośrednio po wyścigu z roweru byłam niezadowolona, ale oparta na danych analiza wskazuje, że naprawdę nie było źle! I gdyby gdyby… to mogłoby być całkiem spoczko. Z jednej strony – niepotrzebne, i kosztujące mnie zbyt dużo, emocje oraz uporczywe czepianie się jednej myśli. Z drugiej – budująca walka do końca, niepoddawanie się i napieranie mimo wszystko do przodu. Tak – nie. Dobrze – źle. Kocham – nienawidzę. I chyba właśnie to – plus cała ulubiona robota, którą trzeba zrobić przed – sprawia, że Ironman to mój dystans <3 

A na następnym calaku (ALOHA!) z pewnością już nie zmarznę.

* Okazało się, że ktoś celowo rozsypał metalowe opiłki na trasie, a sam jej przebieg już od dłuższego czasu był krytykowany przez część mieszkańców. Według różnych informacji ucierpiało nawet 800 osób, z czego ponad jedna trzecia nie ukończyła zawodów. Organizator przeprosił, zaproponował niektórym zawodnikom możliwość startu w wybranych imprezach IM jeszcze w tym roku lub pakiet na IM Hamburg w 2027, a niemiecka policja wszczęła postępowanie (wysłano do nas e-maile z prośbą o szczegółowe informacje, zdjęcia itp). Bardzo smutna i przykra sytuacja. Oby jedyna.

About the author

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.