Ironman Hamburg – co gdzie jak?

To chyba jeden z brzydszych, a już na pewno mniej epickich Ironmanów, w jakich brałam udział. Choć sam Hamburg bardzo spoko – podobało mi się to miasto! Tak jednak same zawody bez jakichś większych zachwytów.

Może dlatego, że pogoda nie dopisała? Było zimno, szaro, wietrznie i deszczowo. Może przez ten incydent opiłkowy? Przypomnę, że podczas etapu kolarskiego miała miejsce nieprzyjemna akcja – jakiś idiota rozrzucił na trasie metalowe drobinki, w efekcie czego prawie 800 osób (w tym ja, dwukrotnie) złapało kapcia. A może dlatego, że popłynęłam jak cegła? Albo dlatego, że ostatecznie nie potrafię ocenić swojego wykonu (relacja tu), który raz wydaje mi się całkiem fajnym osiągnięciem, a potem przychodzi refleksja, że było co najwyżej średnio…

Fot. IM Hamburg

Tak czy siak. Kilka słów o trasie, logistyce i całej organizacji można, a nawet trzeba tu napisać.

Zacznę od miejscówki. Do Hamburga najlepiej przyjechać samochodem. Jasne, że można też samolotem (bezpośrednio z Warszawy lata m. in. LOT), na upartego pociągiem również, ale jednak odległość od Polski jest na tyle dogodna, że na spokojnie w jeden dzień można tu dotrzeć autem.

Miasteczko zawodów zlokalizowane jest w samym centrum Hamburga i trzeba przyznać, że robi to wrażenie. Zabytkowe kamienice, ratusz, strzeliste wieżyczki, szerokie deptaki i wąskie, klimatyczne uliczki, kanały oraz jezioro Außenalster w środku tego wszystkiego – jest naprawdę przyjemnie. Expo nie za duże, nie za małe, za to strefa zmian oooogromna i długa. W sobotę, przy wstawianiu roweru, ustawiła się kolejka na co najmniej dwie godziny czekania. Protip: jeśli jest się AWĄ GOLD, trzeba iść od razu do bramy i można wejść bez kolejki. Dziękuję panu, który mnie o tym poinformował, kiedy spędziłam już w tym ogonku ponad 40 minut. Aha, i respektowana jest nasza krajowa roczna licencja PZTri, mała rzecz, a cieszy.

Na miejsce startu najlepiej dotrzeć metrem, stacja Jungfernstieg znajduje się zaraz przy miasteczku IM oraz T1. Jeśli natomiast do samego Hamburga przyjedzie się samochodem, warto zaparkować na którymś z bezpłatnych parkingów poza ścisłym centrum i po mieście poruszać się pieszo albo właśnie komunikacją publiczną, która jest zorganizowana naprawdę świetnie. Organizator wielokrotnie przed tym przestrzega, żeby nie pchać się do centrum własnym samochodem.

Fot. IM Hamburg

Noclegów do wyboru do koloru. Ale chcąc mieć coś w sensownej cenie i w miarę blisko startu warto zarezerwować bazę dobrych kilka miesięcy wcześniej. Ja z reguły szukam i wybieram miejsca z dostępem do kuchni, maksymalnie 2-3 km od miasteczka zawodów, i nie za miliony złotych. W Hamburgu zatrzymaliśmy się tutaj – polecam tę miejscówkę (choć parkingu brak), na start można pieszo, można też metrem, nie ma wielkich fajerwerków, ale spełnia swe zadanie w należytym stopniu.

Pływanie

Jak wspomniałam, jezioro Außenalster usytuowane jest w samym centrum miasta. Co ciekawe, to sztuczny zbiornik, który powstał kilkaset lat temu poprzez przedzielenie tamą rzeki Alster. I jeśli miałabym któryś z etapów IM w Hamburgu określić jako fascynujący, to pewnie byłoby to właśnie pływanie.

Trasa jest prosta, po prostokącie. Płyniemy pod dwoma kamiennymi mostami (to jest mega!), z widokiem na okoliczne parki i kamienice. Woda jest spokojna, choć u nas w połowie dystansu pojawiły się lekkie fale, ale nie grzeszy ani przesadną widocznością, ani temperaturą. Ta ostatnia była dla mnie ciut za niska (w dniu startu miała 18,5 st. C, a jej średnia temperatura w czerwcu to 20 st. C), choć wiem, że dla niektórych wręcz idealna do triathlonowego ścigania.

Fot. IM Hamburg

Bojki dobrze widoczne, trasa domierzona (nawet z naddatkiem), rolling start według zadeklarowanego czasu, skok do wody z pomostu – na bombę albo na główkę, jak kto woli.

Przed startem nie można pływać w tym akwenie, gdyż normalnie kursują tam wycieczkowe statki i inne podobne żaglówki. Ale w sobotę jest specjalnie zorganizowany trening, który – uwaga – odbywa się w nieco innym miejscu niż same zawody (ok. 500 metrów „wyżej”). I jest to trening mocno strzeżony oraz dostępny tylko dla zawodników IM: dokładna kontrola według opasek, kto wchodzi do wody, notowanie, kiedy wychodzi, ścisłe trzymanie się wyznaczonych godzin itp. Porządek musi być! Ja niestety spóźniłam się 3 minuty i już nie dane było mi wejść do wody.

Rower

Trudno powiedzieć, czy trasa, którą pokonywaliśmy w 2026 roku, zostanie utrzymana w takim kształcie. Co roku coś się w niej zmieniają, a biorąc pod uwagę fakt tegorocznego sabotażu spowodowanego (prawdopodobnie) niezadowoleniem części mieszkańców, można przypuszczać, że będą kolejne modyfikacje. A jeśli nie będą, to po takim doświadczeniu organizatorzy z pewnością zadbają o dokładne sprawdzenie drogi przed startem i odpowiednie bezpieczeństwo. To będzie najczystsza trasa kolarska w całym cyklu!

IM HAMBURG, GERMANY. Photo by Joern Pollex/Getty Images for Ironman.

BTW, ponoć rok wcześniej również była jakaś akcja z dużą liczbą przebitych opon na nieco innej trasie kolarskiej. Wtedy organizator winą obarczył poranną burzę z wiatrem, która pozostawiła na drodze sporo bałaganu. W świetle tegorocznych wydarzeń można mieć jednak też inne przypuszczenia…

No ale wróćmy do samej trasy. Dwa kółka, z których każde przez pierwsze 15–20 km prowadzi po mieście. I ten fragment zdecydowanie nie jest fragmentem marzeń… Zwężenia, zakręty, tory, dziury, studzienki i łaty, a do tego stosunkowo duża liczba zawodników – wszystko to naprawdę utrudnia jazdę. Potem wyjeżdża się za miasto, gdzie jest już płasko i prosto. Nuda, Panie. Wprawdzie są też atrakcje – m. in. kostka Bauma, wjazd na mostek ze strefą neutralizacji i zakazem wyprzedzania czy dość wąski odcinek prowadzący wałem wzdłuż Łaby, ale znacząco nie wpływa to na komfort jazdy. Pod warunkiem, że nikt nic nie rozsypie pod koła. No idzie tam miejscami ciąć jak zły.

IM HAMBURG, GERMANY. (Photo by Jurij Kodrun/Getty Images for IRONMAN.

Wracając z pierwszego kółka, przejeżdża się jeszcze przez tunel, co jest baaaardzo fajnym doświadczeniem, bo z reguły przecież rowerem do takich miejsc nie możemy wjeżdżać. Kibiców w mieście było całkiem sporo, choć przyznam, że akurat niespecjalnie miałam ochotę na interakcję z powodu potężnej ulewy, która dopadła nas właśnie na tym fragmencie trasy.

Ponad 2000 zawodników, dwa kółka i płaski profil – to czynniki, które raczej sprzyjają draftingowi. I faktycznie widziałam kilka przypadków bezczelnej jazdy na kole, ale żeby jeździły jakieś ogromne pociągi, to nie. W sumie byłam tym nawet zaskoczona. Sędziowie jeździli regularnie i byli raczej rygorystyczni oraz zdecydowani w swoich decyzjach. Sprawdzone info!

Tak więc jest to szybka i stosunkowo łatwa trasa, ale jeśli na IM szukasz dodatkowo ładnych widoczków albo energetycznych miejsc z kibicującymi mieszkańcami, to w Hamburgu raczej tego nie znajdziesz.

Bieg

W przeciwieństwie do trasy biegowej. Oj, tutaj to już było naprawdę głośno! A pogoda, dodam, niespecjalnie sprzyjała. Kibice, bez względu na to, co aktualnie serwowało nam niebo – promienie słońca, wiatr czy rzęsisty deszcz – cały czas darli mordy i zagrzewali nas do walki. Nie wiem, co niektórzy brali, ale chyba kopało. Dzięki ludziska!

Do pokonania są cztery, w sumie dość zakręcone okrążenia. Biegnie się wzdłuż brzegu jeziora i przez park, gdzie pojawia się szuter i taka bardziej miękka nawierzchnia, a także ulicami, chodnikami oraz urokliwymi alejkami rynku, gdzie z kolei mamy pod butami kocie łby. Przebiega się przez dwa place: mniejszy Gänsemarkt i większy Rathausmarkt, gdzie znowu czeka mnóstwo kibiców i od razu robi się kilka sekund na kilometr szybciej.

Fot. IM Hamburg

Punkty odżywcze, jak to na imprezach IM, rozstawione są dość gęsto i raczej obficie wyposażone. Naprawdę, gdyby nie fakt, że to cholerne 42 km, byłby to całkiem przyjemny bieg!

O strefie finiszera się nie wypowiem bo za kreską od razu wylądowałam w namiocie medycznym. I tutaj opieka oraz serwowane z kroplówki dania były naprawdę wyborne!

Generalnie organizacyjnie te zawody dowiezione są na piątkę z plusem. W sumie nic dziwnego skoro mają rangę Mistrzostw Europy i są w cyklu ProSeries. Dużo wolontariuszy, jasne informacje, sędziowie na trasie i brak chaosu (może jedynie tę sobotnią kolejkę do T1 można byłoby sprawniej rozbroić i standardowo dać więcej tojków przy starcie). Gdy na trasie kolarskiej zaczęliśmy łapać gumy, w namiotach serwisowych pojawili się dodatkowi mechanicy, którzy pomagali opanować sytuację. Reakcja na całą tę patoakcję też była szybka – już przy wyjściu ze strefy finishera pytano nas o liczbę kapci i numer startowy, co skrzętnie notowano. Naprawdę dużo zaangażowania i profesjonalizmu. Aż przykro, że spotkał ich ten incydent, który musieli potem wyjaśniać i zadośćuczyniać (co ostatecznie zrobili dość skutecznie i sprawnie).

Czy warto wystartować w IM Hamburg? Nie są to zawody, które poleciłabym w pierwszej kolejności (sprawdź BOradnik, by poczytać o innych ironmanach w Europie). Niepewna pogoda i ryzyko deszczu, stosunkowo zimna woda w jeziorze oraz mało ciekawa trasa kolarska, której początek jest pełen dziur i nierówności – to argumenty, które zapisuję po stronie minusów. Na plus z pewnością można zaliczyć dobrą organizację, mnóstwo kibiców, energetyczny bieg oraz szansę na fajny wynik na mecie.

I gdy tak to wszystko kalkuluję, to jak nic wychodzi mi… że kurczę muszę tu wystartować raz jeszcze! Po prostu nie lubię niedomkniętych spraw, a z tymi zawodami pewne sprawy MUSIMY SOBIE JEDNAK WYJAŚNIĆ. Więc zapewne do zobaczenia za rok!

About the author

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.