Single Blog Title

This is a single blog caption
20 Kwiecień 2017

Co mi zostało

Obiecałam napisać co mi jeszcze, oprócz maszynki do golenia z pakietu startowego z Półmaratonu Rzeszowskiego zostało. Otóż została mi kontuzja. Czyli usiądźcie wygodnie, przygotujcie popcorn, sezon drugi, cieszącego niezwykłą popularnością serialu „Jaknoga” właśnie się rozpoczął. Nakręciliśmy już prawie trzy odcinki.

Odcinek 1

Półmaraton Rzeszowski kończę zadowolona i uśmiechnięta. Czuję wprawdzie nogi, gdy spacerkiem wracam sobie do domu, jedną szczególnie, TĘ NOGĘ, ale to przecież normalne, gdy się mocno pobiegnie połówkę. Nawet na rower chciałam jeszcze iść, bo pogoda przepiękna, ale Trener zabronił i zamiast na rower kazał mi iść na piwo. Trener mówi, zawodnik wykonuje, rzecz święta, było więc i piwko, a nawet siedem (żartuję) wieczorem. To był zajebisty weekend myślę sobie zasypiając i już się nie mogę doczekać treningowych wyzwań, które czekają mnie w przyszłym tygodniu.

kelly-sikkema-189822

Fot. K. Sikkema

Następnego dnia nie mogę stanąć na prawą nogę, tę prawą nogę. Boli mnie cała łydka, dookoła normalnie, nie potrafię zlokalizować żadnego punktu, w którym boli najbardziej, nakurwia całe podudzie. Kuśtykam, choć gdy rozchodzę jest znacznie lepiej. Odpuszczam pierwszy trening od października (dramat) i czekam na wiadomość od mojego fizjoterapeuty, który, jak się okazuje jest dwa dni na szkoleniu i może mnie przyjąć dopiero w środę, a w zasadzie w czwartek, gdyż w środę, to tym razem mnie nie ma na miejscu. Zajebiście. We wtorek rano zaliczam basen pływając na samych rękach z 8, gdyż kończyna, niespodzianka, cały czas boli. Po południu wsiadam na rower sprawdzić czy mogę kręcić. Teoretycznie mogę, nie boli, ale z każdym obrotem korby mam coraz większą obawę, czy aby nie robię sobie krzywdy. Pojeździłam godzinkę.

W środę spotykam się z Trenerem Kubą w Wwie. Tyle ja miałam pytań o moje dalsze trenowanie, tyle różnych scenariuszy do obgadania, tyle zagadek do rozwiązania, a tymczasem jedynie co potrafię powiedzieć, że jakie to kurwa niesamowite, że pstryk, w jednej chwili, wszystko potrafi się zmienić o 180 stopni i tak koncertowo spierdolić. Zniknęło „wszystko” czym żyłam do tej pory i co nakręcało mnie do działania, zostało nic. Z jednej strony chciałam wierzyć, że to tylko małe przeciążenie, z drugiej jednak, już widziałam ponownie ortezę na jaknodze i 6-miesięczną przerwą od biegania. Widziałam, jak sprzedaję swoje pakiety startowe, widziałam Krasusa odbierającego za mnie pakiet w Roth „na pamiątkę” i widziałam siebie. Wściekłą, smutną, fukającą na wszystkich dookoła, a już najbardziej na tych, co mogą trenować. I na dodatek jeszcze grubą :) Kuba jednak mówi, że będzie dobrze. Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak Trenerowi uwierzyć.

Odcinek 2

Noga nie boli już tak bardzo jak w poniedziałek, ale cały czas z trudem na nią staję. Fizjoterapeuta diagnozuje uraz/przeciążenie mięśnia strzałkowatego, trochę uspokaja, zaleca odpoczynek oraz na wszelki wypadek USG. Ortopeda na USG potwierdza rozpoznanie fizjo. Panowie są też zgodni co do tego, że to nie jest zmęczeniowe złamanie! Czy już teraz mogę otwierać szampana czy poczekać jeszcze trochę? Z pokorą przyjmuję też informację o odpoczynku, który jest niezbędny. Tydzień, 10 dni, może dwa tygodnie…

Dużą jestem dziewczynką i wiem, że w takich przypadkach trzeba się po prostu posłuchać. Zwłaszcza, że ta cholerna noga cały czas boli, a trenowanie z bólem to już istny idiotyzm. Poza tym, czymże jest 10 dni odpoczynku w zestawieniu z wizją 6-miesięcznej przerwy? Do tego stopnia się posłuchałam, że sama zrezygnowałam z dwóch treningów pływackich (ja! treningów pływackich!) kalkulując, że lepiej choć jedno zrobić perfekcyjnie, tj. odpocząć w 100%. Trening na 50% i odpoczynek na pół gwizdka, ani nie poprawią formy, ani głowie też nie pomogą specjalnie, a wiele można popsuć, bez sensu.

Święta, jak każdy szanujący się człowiek spędzam przy stole. Naprawdę będę gruba jak już z tego wyjdę :) Już nawet nie rozpamiętuję faktu, że właśnie na te święta mieliśmy jechać w Bieszczady na rowery porobić kilometry przewyższeń… Na szczęście (sorrunia wszyscy) skiepściła się pogoda, więc wielkiego żalu nie ma, ale normalnie czuję, jak z godziny na godzinę ulatują ze mnie wypracowane zimą waty :( Odciążanie nogi i brak treningów wydaje się trochę pomagać, nie chodzę to nie boli, prosta sprawa, ale do cudownego ozdrowienia niestety brakuje bardzo wiele.

Odcinek 3

Po świętach wracam do normalnego trybu życia i znowu jaknoga boli. Inaczej i mniej intensywnie niż tydzień temu, ale jednak boli i bardzo utrudnia funkcjonowanie. Nie wspominając już o treningach… których odpuściłam chyba z miliard.

Teraz możecie przewinąć ten odcinek, bo przez długi czas, oprócz mnie leżącej i płaczącej w poduszkę nie dzieje się nic ciekawego. Jeden wielki szloch i czarne scenariusze. Do fizjo wbijam dopiero w środę. Skoro jest jakaś poprawa, ale jednak idzie to ciut opornie i skoro mam być na chodzie ASAP, a już na pewno na zbliżającą się Neonową Majówkę, wdrażamy plan B: codzienne masaże + ultradźwięki i terapuls. I rower też można, ale tylko do granicy bólu. Nie powiem, że ten masaż należy do najprzyjemniejszych doznań cielesnych, ale chyba działa. Jestem po dwóch sesjach i jakby wreszcie coś drgnęło.

CDN?

Zakładając, że się wykaraskam (a tak będzie) (wiem to), straciłam dwa zajebiście ważne tygodnie w przygotowaniach. I pewnie dwa następne, w których stopniowo wracać będę do objętości. No dramat. Serio. Jestem nie tylko smutna, bardzo smutna, że się popsuło – i to tak nagle, bez żadnych sygnałów ostrzegawczych, bez zabiegiwania bólu, bez jakiejś sportowej głupoty itp. Jestem też wkurzona, że wymyśliłam sobie tę rzeszowską połówkę, gdy pierwotny plan zakładał tylko Poznań. I jeszcze bardziej zła na siebie że straciłam czujność. Że uwierzyłam, że skoro jest tak fajnie i że mam frajdę z treningów, to nic złego się nie przytrafi, a wszystko co przykre, przytrafia się innym nie mi. O nie moja droga, wake up! Wszystko co przykre przytrafia się Bo właśnie tobie i ani na chwilę nie możesz o tym zapomnieć.

A nawiązując do tytularnego „Co mi zostało”. No nie za wiele, zwłaszcza czasu… Ale zostało mi też jeszcze troszkę nadziei. I uporu. Oraz determinacji, że nie wszystko stracone. Trzymajcie kciuki!

16 Responses

  1. Bo! Pamiętaj , że jestem jeszcze ja! W blogosferze biegowej (triathlonowej) dzielimy się kontuzjami i urazami po połowie ;) Będzie dobrze, wdech wydech tak jak piszesz – lepsze te kilkanaście dni niż pół roku !

  2. Michał

    Nie dam się nabrać… Pewnie zasuwasz jak motorek, aby przegonić Krasusa, a na blogu zwyczajnie mydlisz oczy! Nie ze mną te numery ;)

  3. Poco Ci ten triathlon? Po co się tak męczyć? Po co biegać? Rozumiem, nasi przodkowie musieli biegać, żeby jakieś żarcie upolować albo spierdalali, aby samemu tym żarciem nie zostać… Ale dziś?
    Albo pływanie. Patrz tacy Inuici, nie potrafią pływać i żyją! O, albo jakieś tam kręcenie korbą. Rower służy do przemieszczania (bez żadnej filozofii) , ale mając taki garaż jak Twój, potrzebny jest rower? W aucie na gębę nie pada, nie wieje i się człowiek nie zmęczy. Po co się żyłować? I to żyłowanie. Chudzinka taka jesteś. Poleżałabyś, zjadła coś, nabrała ciałka, a nie taki suchy patyk…
    No i te kontuzje, ból, wyrzeczenia. No przecież to na przekór naszej naturze… Nie łam praw natury ;) . Bądź eko :) !

  4. Pingback : Run! Bo! » Wielki finał Roth – 2 miesiące wcześniej

  5. Pingback : Run! Bo! » Jaknoga 02e04

Zostaw komentarz