2xIM w 2022 – lipiec

Noo, któż by przypuszczał, że będzie ciąg dalszy cyklu „2xIM w 2022”, prawda? A tu proszę! Z drobnymi problemami, korektami planu, szczyptą ryzyka i dużą dawką YOLO, udało mi się nagle znaleźć w połowie drogi. Czyli jeden ironman za, a drugi przede mną. Oczywiście mam świadomość, że w bańce, w której żyjemy, to żaden wyczyn, są ludzie, którzy co roku robią dwa, trzy, siedem ironmanów, lub – jeszcze lepiej – śmigają na krótkich dystansach, z czego wszystkie robią w trupa. Ale dla mnie, mojej głowy i mojego ciała, jest to wyzwanie spore i tego się trzymam.

Jak zapewne wszyscy wiedzą, bo przecież przeczytali relację, na początku lipca z powodzeniem ukończyłam Ironman Klagenfurt :) Było tam wiele frajdy, dużo fajnej roboty w wodzie i na rowerze oraz mnóstwo rzeźbienia podczas biegu. Po zawodach byłam bardzo zadowolona, wycisnęłam z tej niedzieli tyle, ile na gruncie fizycznym i emocjonalnym się dało, a przy tym zdrowie dopisało i jakkolano też dzielnie się spisało, czego chcieć więcej? Ano jednak można chcieć więcej… Więcej sportu, mniej improwizacji. Więcej starania, mniej odpuszczania. Więcej zaciskania zębów, a nie ich szczerzenia :) Chcę więcej i mogę więcej.

I jeśli tylko zdrowie łaskawie pozwoli grać mi w tę grę wg moich zasad i standardów – to zamierzam tak właśnie działać. Do kolejnego IM zostały dwa miesiące z hakiem. Treningowych cudów w tym czasie nie zrobię, ale liczę, że mimo wszystko, kawałek konkretnej roboty uda się jeszcze wykonać.

Po zawodach w Klagen mięśniowo bardzo szybko doszłam do siebie. Ból i sztywność mięśni przeszły w zasadzie już następnego dnia, apetyt i sen dopisywały, a szybki powrót do pracy i zderzenie z ciągnącym się od kilku tygodni remontem w domu sprawiły, że nawet nie miałam czasu i głowy na takie świadome i uczciwe odpoczywanie. Co nie zmienia faktu, że „zmęczenie od środka”, trzymało mnie jeszcze ok. 3 tygodnie po zawodach. No nic nie zrobisz. Ten czas po prostu musi minąć.

Tak więc treningowo lipiec nie był jakimś wielkim przełomem, po prostu odpoczywałam, ruszałam się dla fanu i regeneracji oraz… rozpoczęłam treningi siłowe. Nie, nie będę startować w zawodach bikini fitness ;) – chodzi o to, aby skupić się na ćwiczeniach, które pomogą mi na zawsze pożegnać się z tendinopatią kolana. Bo niestety, mimo iż dolegliwości bólowych w zasadzie już nie odczuwam, tak wciąż pod USG to kolano nie wygląda arcyzdrowo i być może specjalistyczne treningi siłowe, których de facto nigdy jeszcze nie wykonywałam, pozwolą nadbudować się temu ścięgnu i je ostatecznie naprawić (w dużym uproszczeniu ofc). Tak przynajmniej zadecydowali mądrzejsi, a mnie nie pozostaje nic innego, jak się ich grzecznie posłuchać i ćwiczyć.

Trochę to przewrotne, bo do tej pory dość lekceważąco odnosiłam się do tzw. treningów personalnych, w których człowiek wykonuje ćwiczenia zlecone przez stojącego obok trenera. Jakby samemu nie można było wziąć tego odważnika czy sztangi, pomachać kilka razy i policzyć powtórzenia. Albo jeszcze łatwiej, włączyć komputer, odpalić Chodakowską i trening zrobiony. A tu wielka sala z lustrami, inni sportowcy z podobnymi problemami/ułomnościami zdrowotnymi oraz własnymi trenerami, powaga, dziwne maszyny oraz przerwy liczone co do sekundy (czy tylko mi podczas tych przerw bardzo się nudzi i nie wiem, co ze sobą zrobić?) Paanie, wyższa szkoła jazdy! Ale jednak widzę, że to całkiem inny trening jest. Człowiek się jakby bardziej stara i przykłada oraz ma pewność, że te ćwiczenia skrojone są totalnie pod niego – nie ma opcji, to musi pomóc! Tak więc ćwiczę z trenerem na sali raz w tygodniu (o ile nie wyjedzie on na zgrupowanie z kadrą koszykarek), a w domu co drugi dzień wykonuję zadane ćwiczenia eksternistyczne z obciążeniem. I po trzech tygodniach regularnych ćwiczeń – odpukać w niemalowany karbon – widzę poprawę.

Swim

Pływacki lipiec rozpoczęłam mega przyjemnym pływaniem bez pianki podczas Ironman Klagenfurt, i zakończyłam już nieco mniej miluśnym, ale również bez pianki, pływaniem na maratonie w Olecku na dystansie ok. 4600 m. I jeśli czasem wątpię w stwierdzenie, że granica pomiędzy miłością a nienawiścią jest bardzo cienka, to wystarczy, że sobie przypomnę moje pływackie przygody i już wiem, że to święta prawda! To niesamowite, że ten sam człowiek raz może być w pływackim niebie, a kilkanaście dni później, szarpać się, wkurwiać, czuć niemoc i złość na całe to „głupie pływanie”. Ach ta moja pływacka sinusoida! Myślę jednak, że właśnie takie doły oraz niepowodzenia jeszcze bardziej ciągną mnie do wody i nie pozwalają odpuścić. No nie zrozumiesz.

Maratony pływackie mają swój niepowtarzalny urok. To nie tylko specyficzna oprawa i organizacja: mała liczba uczestników, „działacze” z brzuszkiem, eskorta każdego (lub przynajmniej każdego z drugiej części stawki) zawodnika przez ratownika w kajaku, żadnych kategorii wiekowych, oryginalne nagrody dla zwycięzców (np. łódka lub żelazko). Dla mnie to całkiem inne zawody niż biegowe czy triathlonowe. Wiem, że nie mam szans na rywalizację z pływakami, tym bardziej na żadne sukcesy, pudła czy puchary. To dla mnie prawdziwa i czysta rywalizacja JA VS JA. Zajebiste to jest.

W lipcu przepłynęłam 26 km, co zajęło mi 9 godzin i 48 minut.

Bike

Trudno nazwać treningami moją aktywność rowerową przez pierwsze dwa tygodnie po Klagenfurcie. „Zmęczenie od środka” nie pozwalało ani na nic dłuższego, ani intensywniejszego. Oboziu, ale to jest frustrujące, gdy człowiek nie może po swojemu podjechać pod górę! Na szczęście pod koniec miesiąca wszystko już zaczęło powoli przypominać normalność. Wróciłam do trybu 3 treningów rowerowych w tygodniu, w planie pojawiły się pierwsze zadania, a nie zwykłe rozjazdy. Po samopoczuciu i wykresie mocy widzę, że jest nad czym pracować i szczerze pisząc, to nie mogę się już tego ómierania doczekać.

W lipcu na rowerze (wliczając IM oraz rower miejski) przejechałam 614 km, co zajęło mi 25 godzin i 30 minut.

Run

Z pewną taką nieśmiałością stawiałam pierwszy krok biegowy po IM. Każdy, kto kiedyś wychodził z kontuzji, zna to uczucie, prawda? Strach pomieszany z ekscytacją, nadzieją i ciekawością. Zaboli czy nie zaboli? Na początku, w trakcie, czy po treningu? Nie zabolało! Oczywiście, przed zawodami, też już coś truchtałam i było nawet ok, ale teraz po pokonaniu 226 km sytuacja mogła być zgoła odmienna.

A więc zaczynam zabawę od nowa. W lipcu biegałam tylko spokojne rozbiegania na samopoczucie, z radością obserwując, jak z tygodnia na tydzień biega mi się z większym luzem i flow. Ale nie ma się co oszukiwać, biegowego szaleństwa przed IM Cascais nie będzie – pozostaje tylko systematyczna praca nad kilometrażem i wytrzymałością. Oraz delektowanie się bieganiem bez bólu.

W lipcu, wliczając w to maraton na IM, przebiegłam 138 km w ok. 13 godzin.

Cała reszta

Trochę jogi, trochę ćwiczeń siłowych, nie wszystko wbijałam do garmina (czy to się jeszcze liczy?) – i cały swój aktywny lipiec zamknęłam w 54 godzinach.

Co jeszcze się wydarzyło w tym miesiącu? Przede wszystkim, odpaliłyśmy z Olą Góralską zapisy na trzeci damski TRICAMP w Pluskach, który odbędzie się w dniach 21-25 września 2022 (więcej szczegółów TUTAJ). Szalony dziewczyński czas spędzony na treningach, SUPie, jedzeniu, odpoczywaniu i gadaniu. A wszystko w przepięknej scenerii warmińskich lasów i jezior. Mamy jeszcze kilka miejsc, zatem serdecznie zapraszamy!

O mnie

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.