IM Klagenfurt – górki, upał i YOLO

W jodze jest coś takiego, żeby zawsze do każdej pozycji przystępować tak, jakby to była pierwsza asana w życiu. Z pełną uważnością, skupieniem i starannością. I tak sobie myślę, że do każdego IM ja też właśnie tak podchodzę. Bez względu na to jak jestem przygotowana, jak bardzo lub wcale pewna siebie, bez względu na oczekiwania wynikowe oraz pogodowe obawy. Zawsze jest pokora, zawsze jest radość i ekscytacja oraz ta niepewność nieznanego. I taka wewnętrzna duma i wdzięczność za całą drogę, która już za mną. Polecam to podejście! Wtedy IM zawsze jest świętem. Na które sobie człowiek po prostu zasłużył.

Nie inaczej było w Klagenfurcie, aczkolwiek stres czy obawy miałam zdecydowanie mniejsze niż chociażby rok temu w Finlandii. W przedstartowy piątek siedziałam sobie przy basenie w naszym apartamencie, patrzyłam w góry, oddychałam i po prostu cieszyłam się, że mogę tu być, mieć wsparcie najbliższej mi osoby i po raz kolejny udać się w tę podróż w nieznane. W tym roku – trzeba przyznać – podróż wybitnie szaloną, gdyż tak naprawdę jeszcze miesiąc temu wcale miało mnie tu nie być…

Już nawet tym upałem się nie martwiłam tak bardzo – a było gorąco totalnie – bo w sumie co mi z tej troski, oprócz straty czasu i energii, przyjdzie. Dbałam jedynie o cień i nawadnianie oraz dumałam, czy zabronią nam pianek czy nie. Oraz przyznam, że po cichu to ja nawet pewną ulgę czułam… Bo kurde nieźle bym się wkurzyła, gdybym była fajnie i solidnie przygotowana, a tutaj ta pogoda miałaby mi wszystko spierdolić! A tak to luzik, grzej sobie słoneczko, ile tylko zapragniesz!

Jakkolano spytacie, bo to przecież największy sprawca całego zamieszania czy jechać do Klagen czy nie. Ano dobrze, odpowiem, bardzo dobrze nawet, aczkolwiek są jeszcze sytuacje, w których czuję lekki dyskomfort… Ale że na rowerze i bieganiu jest luks, to decyzja o starcie mogła być tylko jedna.

I zabronili nam tych pianek. To była jedyna słuszna decyzja! Woda była mega ciepła, normalnie jak w wannie, albo na Hawajach (tylko niesłona) lub w sanatoryjnym kąpielisku w Ciechocinku. A więc kolejny czelendż oraz doświadczenie do ironmeńskiego dzienniczka – po początkowym lekkim stresie, oraz pytaniach czy dam radę bez wielkiego opływania OW w tym roku, to nawet się ucieszyłam, że będzie bez pianek. YOLO na grubo i bogato! 

Pływackie flow

Pływanie na IM Klagenfurt odbywa się w jeziorze Wörthersee – trasa jest prosta, prawie 3 km po prostokącie z dobrze widocznymi bojami i potem kilometr w płytkim jak intelekt Janusza Kowalskiego kanale, w towarzystwie kibiców na jednym i na drugim brzegu.

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Tak średnio się ustawiłam na starcie (rolling wg zadeklarowanego czasu). Zagadałam się z dziewczynami Mają (Sugar Women), Anią (Skrzynia Biegów) i Magdą o szybkim nazwisku (Fast), tak więc nagle musiałam nerwowo przedzierać się w tłumie na swoje miejsce, bo wszyscy już stali w blokach startowych. Ponoć były tam oznaczone strefy czasowe na które się płynie, nie wiem, sorunia, nie widziałam :)

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Stanęłam tak na początku środka licząc, że ustrzelę deklarowany czas 1:00-1:10. I chyba jednak zbyt bardzo z przodu się ustawiłam. Uciekały mi te bąbelki psiaichmać! Ale dzielnie walczyłam i albo przeskakiwałam z jednych na drugie, albo po prostu płynęłam sama nie robiąc dramatu, że nie ma się pod kogo podczepić. Ale przede wszystkim delektowałam się tym pływaniem. Boziu! Jakie to było przyjemne pływanie! Oczywiście trudniejsze i wolniejsze, gdyż bez pianki, ale ono było takie… (szukam właściwego słowa) sensualne! Pianka to jednak zamyka nas mocno i ogranicza. A tutaj człowiek całym ciałem mógł obcować z tą lazurową wodą, czuć jej pęd oraz przemiłe mizianie podczas pociągnięcia. Być otulony ze wszystkich stron ciepłą wodną kołderką w kolorze blue oraz bąbelkami. Tak, niewątpliwie – w Klagenfurcie byłam na totalnym pływackim haju!

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

I ani się nie spostrzegłam i już wpłynęliśmy do tego kanału. I jasne, że fajnie, że kibice na wyciągnięcie ręki, świetnie, że atmosfera wielkiego triathlonowego święta oraz wizja zbliżającego się końca. Ale co mi się osobiście kiepsko w tym kanale płynęło, to wiem tylko ja. Złapał mnie jakiś dziwny przykurcz w lewym udzie i pachwinie, tak więc ciągnęłam tę sztywną parówkę niczym drewnianą kłodę za sobą. Na dodatek coś sobie wkręciłam, że kibice śmieją się z mojego kraula (który w rzeczywistości faktycznie hihi odbiega od normy) i że wstyd, a tu ani się schować przed nimi, ani odpyskować czy przejść do żabki, na dodatek znowu nie potrafiłam utrzymać bąbelków, normalnie dramat – ja już chcę do T1, plis plis plis!

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Na szczęście zobaczyłam Miłosza na brzegu, pomachałam i już było troszkę lepiej. Jak niewiele trzeba człowiekowi do szczęścia. Ale jednak tę końcówkę to już siłą woli płynęłam – zdecydowanie muszę popracować nad ostatnim kilometrem podczas pływania na IM (to samo hihi mówiłam po IM w Finlandii).

Choć z wyniku jestem bardzo zadowolona! 1:15 bez pianki i słonej wody, w średnim tempie 1:57/100m. Siódmy czas pływania w AG. I like it! Dziękuję trenerom i całej ekipie TriWise, że – może i powoli, ale nadal – rozwijam się w tej przedziwnej dyscyplinie sportu.

Klagenfurckiego dobiegu do T1 to chyba żaden escape room by się nie powstydził. Ile tam było zakrętów i zawijasków, biegnięcia tunelem i jakimś długim podjazdem dla wózków. Ponad kilometr biegu – oczywiście wśród kibiców i po czerwonym dywanie – przepraszam, czy daleko jeszcze do mojego rowerka?

Rolling +++

Chyba nie przesadzę mówiąc, że z moich dotychczasowych startów na IM, ta trasa kolarska była najbardziej wymagająca. I chyba też najpiękniejsza. Zapowiadali ją jako trasę „rolling”, ale w moim odczuciu to takie „rolling+” lub po prostu trasa górska. Trasa ma kształt ósemki i składa się z dwóch różnych pętli. Fajne to, można kawałek świata zwiedzić, a nie kręcić się w kółko powtarzając kolejne okrążenia. Byłam pod wrażeniem organizacji i zabezpieczenia tej trasy. Żadne tam mijanki i ciasnota – przez większość etapu mieliśmy na własność całą dwupasmówkę! Nic tylko jechać, podziwiać widoczki, uśmiechać się do siebie, zawodników i sędziów oraz machać do kibiców. Co też niniejszym przez bite pięć godzin z hakiem radośnie czyniłam.

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Chciałam pojechać rower poprawnie i mocno. Wiedziałam, że bieg będzie rzeźbieniem (zwłaszcza w tej temperaturze), więc bez specjalnych rozkmin jechałam bez oszczędzania się i kalkulacji, najwyżej osłabnę – pomartwię się tym później. Było sporo podjazdów – niektóre bardzo sztywne – kilka fajnych prostych w dół, gdzie cięłam niczym zła oraz przejazdy przez miasteczka, gdzie oprócz kostki brukowej i licznych zawijasków, czekał nas doping kibiców i dużo fajnego hałasu. Oczywiście były też dziwne fragmenty, gdzie człowiekowi wydaje się, że jest w dół lub przynajmniej płasko, więc ciśnie swoje, a tu 26 km/h bo jednak – akuku – jest pod górkę, były i trudniejsze zjazdy z licznymi zakrętami, nierówną nawierzchnią oraz studzienkami kanalizacyjnymi oraz długie kilometry z naprawdę kiepskim asfaltem. Oraz siodła, których człowiek, mimo usilnych starań, nie dojeżdżał do końca i trzeba było stawać w pedały, by wtarabanić się na szczyt. Ale to właśnie dzięki temu ta trasa zasługuje na miano pięknej i fajowej – o ile lubi się takie klimaty.

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN
Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Czy ćpałam triathlon również podczas etapu kolarskiego? A owszem. Zwłaszcza do ok. 140 km, gdzie oprócz tego, że skończyła mi się woda i musiałam ssać warkoczyk, dopadł mnie także drobny kryzys i chyba trochę też przegrzanie. Jechałam to tak jak lubię! Mocno, na blacie (trzy razy zrzuciłam, bo inaczej przewróciłabym się chyba na plecy), w większości sama – gdy dojeżdżałam do kogoś, mimo iż rozsądek nakazywałby przycupnąć mu na plecach i w regulaminowym odstępie pojechać choć chwilę, to wyprzedzałam sobie YOLO – bez wielkiego strachu, ale też przesadnego ryzyka na zjazdach. Kurde no, piękna to była trasa i fantastyczna kolarska przygoda (choć spodziewałam się, że będzie łatwiejsza).

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Może żeby nie było tutaj tak słodko i cukierkowo, napiszę coś więcej o tym kryzysie, który mnie dopadł w czwartej godzinie etapu kolarskiego. Otóż dostaliśmy od organizatora naklejkę na rower, gdzie były rozpisane wszystkie stacje żywieniowe oraz punkty serwisowe. I los chciał, że skrzyżowany śrubokręt z młotkiem symbolizujący serwis kolarski pomylił mi się ze skrzyżowanym widelcem z nożem… I już resztę możecie sobie dopowiedzieć :) Tam, gdzie myślałam, że będzie punkt odżywczy, stał namiot (nie TEN namiot) oraz zero wody!  A że ja bardzo dużo piłam podczas tego wyścigu i jeszcze więcej wody na siebie wylewałam – z każdą godziną upał coraz bardziej dawał się we znaki, zwłaszcza na podjazdach – to, gdy nagle zabrakło mi tego koksiwa i jeszcze nastał fragment lekko pod górkę i pod wiatr, to aż musiałam sobie pokrętło w kasku poluzować, tak mnie zaczęła nagle boleć głowa i generalnie robić się niefajnie. W tym momencie zluzowałam konkretnie, jechałam w górnym chwycie ssąc warkoczyk i chciwie spoglądając na bidony z wodą innych zawodników (a gdyby się tak spytać, czy mogę łyka, albo wyciągnąć mu butelkę z tylnego uchwytu niepostrzeżenie?). Na dodatek czekał nas też tutaj ostatni konkretny podjazd, który wjechałam już naprawdę siłą woli – oby na szczyt, oby do cienia, oby do wody! Myślę, że z 5 minut odjechało mi właśnie w tym fragmencie wyścigu, troszkę się potem odbudowałam, woda jest naprawdę najcudowniejszym wytworem natury, ale jednak jechałam już znacznie wolniej i spokojniej. Zmęczenie i upał zaczynały mocno dawać o sobie znać, jedzenie już nie smakowało tak, jak wcześniej – znowu musiałam przejść w tryb napędzania silną wolą, dobrze, że cały czas mam to niezawodne źródło zasilania :)

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Czy jest to szybka trasa? Dla bardzo dobrych kolarzy pewnie tak, dla średniaków jest to po prostu trasa wymagająca, dla mniej zaawansowanych sportowców będzie to trasa trudna. Na pewno nie sprzyja ona oszustom, choć przyznam, że kilka pociągów widziałam i nie omieszkałam być wówczas szeryfem, krzycząc do chłopaków, że to nie Tour de France czy Giro di Italia, jeśli akurat jechał pociąg włoski (był obowiązek numerków na pasie na rowerze, gdzie jest imię i flaga, stąd wiem).

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Tak się zastanawiam, bo kilka razy mijałam się z trzema chłopakami z Włoch, którzy jechali razem, jak oni potem po wyścigu sobie to racjonalizują. Bo jeśli jedziesz w dużym i nieznajomym pociągu i robisz to jakby anonimowo, to zawsze możesz powiedzieć, że się nie dało, że było ciasno, że właśnie mnie dojechali i nie można się było wydostać. Poza tym to nie ja. Ale, gdy jedziesz sobie z kumplami razem i dajecie sobie zmiany, to potem po wyścigu jest jak? Udajecie, że nic się nie stało? Mówicie sobie, no fajnie stary, oszukaliśmy system? Jesteśmy parówkami, ale inni to dopiero frajerzy? Bardzo jestem tego ciekawa, jak oni potem na siebie patrzą oraz postrzegają to wspólne oszustwo.

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

I jeszcze nad tym się zastanawiałam, że to niesprawiedliwe, że taki Eduardo nie pedałuje i w górnym chwycie jedzie w dół znacznie szybciej niż Bożenka, która składa się i dokręca nawet, a i tak zostaje z tyłu. Niesprawiedliwe.

Zawsze to piszę, bo zawsze się tak dzieje, że dojeżdżając do T2 ja jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Że rowerek nie zawiódł, że ja w zdrowiu i w fajnym stylu ukończyłam ten etap, że zaraz zobaczę Miłosza i że teraz już tylko bieganie i że choćby nie wiem co się wydarzyło, to kurwa zrobię tego ironmana. Nie inaczej było i tym razem, z drobnym urozmaiceniem, bo gdy zsiadłam z roweru i złapałam pion, to okazało się, że jednak nie złapałam pionu… Dobrze, że była barierka i przemiły (oraz silny!) pan wolontariusz, który w porę złapał mnie i rower oraz uchronił przed zaliczeniem gleby. Dziękuję.

Fot. Joosep Martinson/Getty Images for IRONMAN

Trasę kolarską o przewyższeniu 1600 metrów (wydawało się więcej :)) przejechałam w 5:46, ze średnią prędkością 31,5 km/h na mocy NP 179w i miałam 3-ci czas roweru w AG. Zadowolona, choć wiem, że stać mnie na więcej. 

Łatwo już było

W T2 to oprócz tego, że byłam bardzo szczęśliwa, byłam też mega sztywna, zmęczona oraz mocno ugotowana. Kurwa, jak było gorąco! Koślawym i raczej bardzo spokojnym, żeby nie powiedzieć, dostojnym krokiem zmierzałam do stojaków z workami. Ok! Czas zacząć Bożenko tego ironmana. Run Bo! Łatwo to już dzisiaj było.

Etap biegowy od początku zamierzałam robić galołejem. Pierwotny plan zakładał rozpocząć od proporcji 5/1 (5 minut biegu/1 minuta marszu), ale dzień wcześniej ustaliłam z trenerem Kubą, że jeśli pojadę dobry rower i będzie upał, to lepiej zacząć 4/1. I tak też zrobiłam, z drobną modyfikacją, bo było ambitnie :) 4/0,5. Oboziu, jakie te pierwsze minuty były trudne i jakie długie! Myślałam, że już mam minimum pięć kafli na budziku, a tu tabliczka, że 2 km. Aaa!

Fot. IRONMAN Austria

Na szczęście z każdym kilometrem było odrobinę lepiej i dość fajnie udawało mi się trzymać proporcje 4/0,5. Niestety tempo samego biegu było bez szału (ok. 5:30-40), tak więc mimo, iż w miarę komfortowo trzymałam te proporcje, ostatecznie dość wolno przemieszczałam się do przodu (marsz w ok. 8:00). Rozkminiłam garmina, w jaki sposób klikać lapy w trybie „triathlonu” co jest bardzo pomocne w marszobiegu (po prostu trzeba lapem zakończyć trójbój i potem ponownie wznowić tę samą aktywność) i tak sobie trwałam w tej przestrzeni 4 minuty biegiem, 30 sekund dziarskim marszem. Nie cisnęłam tempa, nie zliczałam kilometrów, w głowie miałam tylko te drobne cele i małe kroki: teraz bieg/teraz marsz oraz sutą nagrodę w postaci lodowatego prysznica na każdym punkcie odżywczym. I byleby do cienia. Po 10 kilometrach zmieniłam proporcje na 4/1 lub 3/0,5, na następnych 10 kilometrach Bożenkowa Rada ds. Galołeja zatwierdziła kolejną redukcję tempa na 3/1, by ostatnią dychę pozwolić zawodniczce powolutku turlać się do mety w proporcjach 2/1.

Fot. IRONMAN Austria

To nie był trudny bieg pod względem tempa, ciśnięcia oraz walki o wszystko. Był dla mnie trudny przede wszystkim ze względu na upał oraz narastające zmęczenie. Niby człowiek wie, że to wszystko nie będzie miłe, że daleko wyjdzie poza strefę komfortu i że trzeba będzie rzeźbić, ale jednak i tak jest o-oł zaskoczony skalą tego zjawiska. Czułam brak treningów biegowych (w 2022 przebiegłam tylko 450 km) oraz brak oswojenia się z dłuższym biegowym dystansem. Te przedajronmeńsie treningi ja robiłam naprawdę na dużym lajcie i w tlenie, więc jak teraz nagle pojawiło się nieprzyjemne uczucie zmęczenia, to nie do końca wiedziałam, jak sobie z nim poradzić. Więc zmniejszałam te proporcje galołeja, aby po prostu nadal i jak najdłużej utrzymywać się we względnym komforcie. Jest to sposób, choć pewnie z ambitnymi planami oraz prawdziwymi sportowymi oczekiwaniami nie za wiele ma wspólnego…

Trasa biegowa miała dwie pętle, co z jednej strony jest dobre, bo masz tylko kółko pierwsze i zaraz potem jest ostatnie, ale chyba na IM wolę biegać na mniejszych okrążeniach. Biegliśmy po parku, po miasteczku, wzdłuż jeziorka, pomiędzy knajpami i szutrem, było trochę cienia, ba – nawet na 33 km słońce całkiem się schowało za chmury na jakiś kwadrans – ale było bardzo gorąco i tylko woda woda woda oraz szlauchy od lokalsów, ratowały mnie i pozwalały przetrwać. Oraz rezerwowy warkoczyk do ssania i gąbki z wodą upychane do stroju, gdzie tylko się da.

Po samym biegu byłam bardzo zadowolona, że w zdrowiu i bez wybitnego upodlenia na trasie dotarłam do mety i że cały czas potrafiłam cieszyć się z tego wyścigu. Ale już kilka dni po wszystkim, poczułam może nie niedosyt, bo trudno było oczekiwać niewiadomo jakiego wyniku, ale po prostu zatęskniłam za takim prawdziwym, sportowym i ironmańskim bieganiem. Gdzie bardziej boli, gdzie bardziej mi zależy i gdzie mogę znacznie więcej. Ten maraton w Klagenfurcie pokonałam w tempie 6:15 oraz w czasie 4:25 (9-ty czas w AG). A całe zawody zajęły mi 11 godzin i 41 minut (o 42 minuty za długo :)) i pozwoliły zająć 9-te miejsce w mojej kategorii wiekowej.

Aha i jeszcze raport o stanie wyżywienia bo wiele osób pyta. W sumie mam już takie sprawdzone menu, które akurat w Klagen weszło bardzo ok, acz na bieganiu zjadłam za mało. Rano lekkie śniadanie: bułka z żółtym serem i czarna kawa, przed pływaniem jeden żel płynny Dextro i sporo picia oraz dwie tabletki Stoperanu. Na rowerze: rozpuszczone w bidonie żele Huma w liczbie 12 sztuk (nie wypiłam wszystkiego, myślę, że weszło ok. 10 żeli), które piję co 20 minut (brzęczyk w garminie) plus na każdą godzinę kręcenia wrzucam coś na ząb do gryzienia: tu 2 batony z ziarenkami Vitanella z Biedronki (te za 2,99 zł) oraz przekrojona na pół duża bułka z masłem i żółtym serem (to są dwie porcje), dwa saltsticki, kilka pastylek pudrowych Dextro oraz hektolitry izo i wody (w siebie i na siebie). Na bieg miałam przygotowanych 5 płynnych żeli Dextro (tyle się zmieściło do stroju, bo żele te są dosyć duże), ale zjadłam tylko 3 sztuki (za mało!). Zmęczenie i upał nie sprzyjają apetytowi na zawodach, trzeba podejść do tego zadaniowo i po prostu zjeść bez względu na to, jak bardzo się odbija oraz puchnie to wszystko człowiekowi w buzi :)

Ironman w Klagenfurcie to świetne zawody. Domierzone, dopracowane pod względem organizacyjnym, z uczciwym etapem kolarskim, mnóstwem wspaniałych wolontariuszy oraz wypasioną (i już chyba legendarną) strefą mety. Raczej nie jest to trasa na życiówki, ale niewątpliwie piękna, wymagająca i zapadająca w pamięć. W osobnym wpisie opowiadam więcej o tym aspekcie zawodów.

Mega się cieszę, że ukończyłam te zawody w zdrowiu i z frajdą oraz z fajnym pływaniem i rowerem. Ten dystans nie wybacza braku przygotowania, można wprawdzie próbować oszukać go galołejem, ale w końcu i tak się, kurczę, wyda! :) Z pewnością na plus zaliczę to, że nie zmasakrowały mnie bardzo te zawody, ani fizycznie, ani psychicznie. Mam mega głód trenowania, biegania oraz przygotowania się do startu, tak jak lubię: konkretnie i ambitnie. A że akurat, normalnie całkiem przypadkiem :) za trzy miesiące odbędzie się IRONMAN Cascais… to jest co robić, o czym marzyć i gdzie zmierzać.

IM to totalnie mój dystans i moja droga. Dziękuję wszystkim, którzy sobie ze mną nią dreptają.

O mnie

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.