Jesienny damski camp z triathlonem i jogą – tak (mniej więcej) było

W sumie to nie wiem, czy wypada mi, jako współorganizatorce, zachwycać się naszym campem i pisać, jakie to było dobre. Ale wrodzona skromność oraz kobieca intuicja podpowiadają mi, że skoro coś jest świetne, to głośno trzeba o tym mówić. TO JEST ŚWIETNE! Co też niniejszym zamierzam uczynić, zdając Wam przy okazji mini relację, co było, jak było i dlaczego tak fajnie oraz co jest do poprawy (BO zawsze jest!).

Jesienny damski camp z triathlonem i jogą – sportowe spotkanie w kobiecym gronie, którego spoiwem jest jedna pasja oraz wspólne treningi. Ale dzieje się tam też wiele innych rzeczy… Okołotriathlonowych, kobiecych, śmiechowych, plotkarskich – no prostu życiowych i ludzkich.

Czy listopad jest trudnym miesiącem, na organizowanie tego typu campu? Gdy pogoda niepewna, przez większość dnia jest ciemno i zimno, gdy ryzyko błota, pizgawicy i deszczu za oknem jest naprawdę spore? Oczywiście, że tak. A czy przy tym, właśnie ta dołująca aura oraz fakt, że stopniowo budzimy się wówczas i wdrażamy w treningowo-triathlonową rutynę, gdy jeszcze nie ma spiny startowej, a jedynie plany i marzenia, tudzież rozterki z tym związane, to czy właśnie dlatego, nie jest to najlepszy termin na spotkanie w damskim gronie? No właśnie. Tak, tak, tak!

Filozofię damskiego campu, gdzie na luzie, bez wojskowego reżimu, ale też z odpowiednią ambicją i skrupulatnością treningową, z własnym kucharzeniem i demokratycznym podejmowaniem decyzji, sprawdziłyśmy z Olą już w sierpniu. To działa. Ale wiadomo – słońce, wakacje, pływanie OW, długie dni, ogniska, wszystko to sprawia, że jednak postrzeganie takiego spotkania jest nieco „podkoloryzowane”. Jak będzie jesienią? Czy pogoda nie pokrzyżuje nam planów? Jak znaleźć w sobie energię, gdy cały czas ciemno i zimno? Czy ogarniemy treningi na różnym poziomie zaawansowania? Jak poradzimy sobie z większą liczbą uczestniczek? Czy Covid nie przekreśli całkiem naszych planów? Obaw miałyśmy sporo, oczywiście ja więcej :) – w teamie Bo&Ola ja jestem od zamartwiania, a Olka od uspokajania i znajdowania oczywistych oraz racjonalnych rozwiązań. Tutaj podział mamy prosty.

Nasz tegoroczny jesienny camp trwał 5 dni, choć gdyby ktoś chciał dokładnie to liczyć, wyszłoby mu 4 z kawałkiem. Zaczynałyśmy popołudniowym lunchem w środę oraz wieczornym bieganiem po okolicy z czołówkami na głowach, a kończyłyśmy porannym biegiem / marszobiegiem w niedzielę, by jeszcze za dnia dotrzeć z powrotem do swych domów. Co działo się w międzyczasie? Bardzo dużo!

Jestem totalną fanką pluskowych tras mtb i gravelowych – niby Ola coś tam wspominała, że sztos, ale dopiero jak pojeździłyśmy z dziewczynami, to stwierdzam, że to faktycznie jest SZTOS. Zróżnicowanie! Widokowo! Miejscami dość wymagająco i trudno (pedałuj Bo, pedałuj, pedałuj!), bajecznie! A że pogoda naprawdę nam dopisywała, był to fantastyczny czas, jakże odmienny od dymania w pozycji pocisku na TT lub kręcenia w miejscu na trenażu i pilnowania watów. Jesienią takie wycieczki, aby cały czas sprawiały frajdę, by nie było człowiekowi zimno i by nie zastała go ciemność, nie mogą być zbyt długie i trwać tyle, co standardowe rozjazdy szosowe. Jednego dnia objechałyśmy więc Jezioro Pluszne spędzając w siodle ponad 2 godziny brutto (34 km), a w sobotę „wjechał” objazd Jeziora Łańskie (38 km), co zajęło nam ponad 2,5 godziny. Nie za mało, nie za dużo. Po prostu w sam raz. Uwielbiam!

Pluskowe trasy biegowe również! Traile w lesie, czy (w miarę płaski) asfalt do ew. szybszego biegania – udało nam się zrobić 3 treningi biegowe (u mnie 36 km) lub marszobiegowe w zależności od stopnia zaawansowania dziewczyn. Biegałyśmy rano – trzeba przyznać, że dyscypliny porannego wstawiania na trening, wiele osób mogłoby się od nas nauczyć! Żadnego marudzenia, jojczenia czy niechcemisia. Kobiety to jednak maszyny, który wystarczy „tylko” odpowiednio zaprogramować i włączyć :)

Jeden raz byłyśmy na basenie. Niestety olsztyńska 50-tka z reguły jest dwoma 25-tkami, tak więc wybrałyśmy pływalnię uniwersytecką, gdzie grzałyśmy wodę na dwóch torach dzielnie pływając zadanie główne 20x100m lub 20x75m. Dla mnie było to pierwsze pływanie od ponad miesiąca… Cóż. Żeby pływać, trzeba pływać. Zwłaszcza, gdy Asia zapodała tempo 1:33/100m i spytała się, czy nie za wolno ;)

No i joga. Dla niektórych dziewczyn nie była niczym nowych, dla innych wręcz przeciwnie. Wydaje mi się jednak, że każda z nas skorzystała i wyciągnęła coś dla siebie z zajęć prowadzonych przez przesympatyczną i niezwykle miłą nauczycielkę jogi Martę. Jednego dnia ćwiczyłyśmy na bazie koncepcji Vinaysa, a następny trening to Yin Yoga (o matulu, ależ to trudne! – i nie wiem co bardziej, utrzymanie pozycji czy oddychanie). W normalnym cyklu treningowych, joga teoretycznie nie idzie za bardzo w parze z triathlonem (choć ja od sierpnia praktykuję i zamierzam nadal cały czas ćwiczyć dwa razy w tygodniu), ale w takim listopadzie… To była naprawdę ciekawa przygoda! A już na pewno zrobienie, po jakiejś hihi 35-letniej przerwie, świecy tudzież mostka :)

Oraz morsowanie! Byłyśmy morsować aż 4 razy! Po raz pierwszy zanurzałam się w zimnej wodzie z taką intensywnością i muszę przyznać, że było to super! A kolano (kolano skoczka), które niestety doskwiera mi od sierpnia i które uniemożliwia na razie realizowanie ambitniejszych treningów, jakby odpuściło i wreszcie mniej boli… Mimo, iż zawsze mocno wiało, a głębokość (płytkość) wody przy plaży Jeziora Pluszne zmuszała do klękania, by zanurzyć się po szyję, tak jednak był fantastyczny dodatek do naszych pluskowych aktywności. Były debiuty i się spodobało (choć niektóre uwiecznione na zdjęciach miny mówią hihi co innego). No mówiłam, że damski camp jest idealnym czasem, na próbowanie czegoś nowego.

Truskawką na torcie była bania u mKona. Tak. Ta bania. Tak, u tego mKona. Zostałyśmy przez przez Ewę i Marcina przyjęte z należytymi honorami, a Mistrz Świata IM z Kony, okazał się być również wzorowym Mistrzem Ceremonii dbając o skuteczność saunowania oraz używania pobudzających krążenie witek. Dziękujemy za mega przeżycie! Tym bardziej było to fantastyczne, że przekazany przez Olę do wylicytowania na rzecz Nidzickiego Funduszu Lokalnego weekend tzn. dwudzianek w apartamencie Masz Ci Las (gdzie odbył się nasz camp) uzyskał imponującą kwotę 1000 zł. Dziękujemy podwójnie!

Oprócz skupienia się na treningach, nasze campowe życie toczyło się wokół stołu :) Samodzielnie szykowałyśmy posiłki uwzględniając bardzo zróżnicowane preferencje dietetyczne wszystkich uczestniczek. Było miejsce zarówno na bezglutenowe placuszki z jabłkiem, jak i na kiełbasę! Raz byłyśmy na obiedzie w kultowym pluskowym „Złotym Strugu” (trochę nas rozczarowało to miejsce), raz zamówiłyśmy sushi – umiemy sobie dogadzać, prawda? Ta kobieca samoorganizacja, gdy jedna kroi, druga podaje coś z lodówki, trzecia nie wchodzi w drogę i nie plącze się pod nogami, za to potem posprząta ze stołu, jest niesamowita. To się wszystko naprawdę robiło samo!

Mamy więc treningi, mamy jedzenie. Pozostaje ostatnia rzecz, za którą większość z nas przepada równie bardzo! Przymierzanie ciuchów i zakupy w dobrej cenie! Nie sposób przejść obojętnie obok kolorowej kolekcji kolarskiej i triathlonowej Immabee, podobnie jak odmówić sobie fajnego topu czy biustonosza od Brooksa. Prawda? No nie da się. Sprawdzone info! Znowu wróciłam z bagażem większym niż przyjechałam…

Wspólnie z Olą dziękujemy: Bibi, Peli, Asi, Sylwi, Patrycji, Marcie, Asi, Kasi i Julce za ten czadowy wspólny czas! I za to co wspólnie mogłyśmy się od siebie nauczyć.

Jak wspomniałam, filozofia campu to wspólne treningi dostosowane zarówno do wyjadaczek, jak i do wymagań średniozaawansowanych triathlonistek. Ale to również luz. Brak spiny. Pozwolenie sobie na śmiech i brak perfekcji, z którą obcujemy (trochę też na własne życzenie) każdego dnia. Być może czasem za bardzo pozwoliłyśmy sobie „popłynąć” ciesząc się chwilą i chłonąc campową atmosferę. Wiemy z Olą, że kilka rzeczy mogłyśmy zorganizować lepiej i sprawniej. I na następnym campie na pewno to zrobimy! A przynajmniej będziemy się starać :) Ale wiemy też, że nigdy z naszego campu nie zrobimy standardowego i takiego książkowego obozu treningowego. Tak jak z siebie nie zrobimy trenerek. Przynajmniej ze mnie! Tutaj się spuszcza powietrze, nie nadyma. Tutaj się nie wymądrza, a nawzajem od siebie uczy. Tutaj się trenuje (wiadomix!), ale też bawi i miło spędza czas. 

Taki właśnie jest nasz damski camp. Trochę jak kobiety – cudowny, nieprzewidywalny, ambitny, nieperfekcyjny :) Będą kolejne! Na które już teraz z całego serducha zapraszamy!

O mnie

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.