Single Blog Title

This is a single blog caption
07 Październik 2012

Mokry podkoszulek

Tak, wiem to nieodpowiedzialne i książki mówią inaczej. Tak oczywiście, nie wypoczęłam po maratonie i za krótka to była przerwa. Tak, niestety, wciąż czuję nogi, a świeżość to ja chyba odzyskam dopiero na Wigilię. Tak, kurna, wiem, że na niedzielę zapowiadają załamanie pogody i że ma padać. No ale jak? Nie pobiec mam? U siebie? Gdy z naszej ekipy biegnie ponad 30 (!) osób? Nawet jeśli to półmaraton? Nigdy!

No i pobiegłam. W V Półmaratonie Rzeszowskim organizowanym w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy. Na szczęście odpuściłam sobie gadanie, że pobiegnę treningowo. Po prostu wiem, że na zawodach to ja nie umię i nie potrafię biegać na pół gwizdka. Nie da się. Ponieważ – jakby ktoś nie wiedział – na zawodach to trzeba się ścigać. Trzeba pruć tyle ile fabryka dała, a nawet i więcej! Od tego są zawody – tako rzecze Bo. Tak więc, biorąc pod uwagę swoją obecną pomaratońską formę, założyłam sobie taki plan: realnie – 1:50, a optymistycznie (i będzie wielka radość) – 1:45.

A pogoda miała być taka:

Czyli – powiedzmy – lepsze to niż upał, ale szału nie ma. Zdarzało mi się biegać w deszczu, nie powiem w lecie to przesympatyczne uczucie, ale zawody w mokrym podkoszulku to ja jeszcze nigdy. (I proszę, ciągle coś nowego i po raz pierwszy w tym bieganiu moim. Bardzo dobrze!).


No i prognoza pogody się sprawdziła. To znaczy nie do końca się sprawdziła, bo rano nie padało, a na dobre zaczęło lać w najbardziej odpowiednim momencie, tj. 10 min przed startem. Wszyscy okutani w kurtki, ortaliony i czapki, a ja planująca wyruszyć w koszulce na ramiączkach. 5 minut do startu i pada coraz bardziej. Biec z krótkim czy z długim? Z krótkim czy z długim? Takie decyzje podejmowane w ostatnim momencie zazwyczaj są złe. I w moim przypadku decyzja oczywiście była… zła. Pobiegłam z długim rękawem i potem na 8 km ku uciesze innych biegaczy oraz kibiców, których nie było, musiałam rozbierać się, przebierać, ściągać jedną koszulkę i zakładać drugą. Wesoło było. I goorąco ;)

Ani nie żółta, ani biała, ani czarna koszulka to ja.

A na trasie dopingowały mnie takie transparenty. Wszyscy klikamy „Lubię to!”.A opis biegu będzie krótki. Start honorowy o godz. 11, start ostry (też nie wiedziałam, o co w tym kamon) 5 minut później, no i wreszcie lecimy. I ruszyłam spokojnie. Z tyłu, powoli, roztropnie (podmienili mnie, czy jak?) Po 2 kilometrach i po złapaniu wreszcie sygnału GPS w gremlinie, postanowiłam trzymać tempo w okolicach 5:00 min/km i obserwować dalszy rozwój wypadków. Jakoś niespecjalnie mi się biegło na początku. Po pierwsze czułam jednak to zmęczenie, po drugie padało i miejscami wiało dość mocno. A po trzecie nuda panie, kibiców jak na lekarstwo, nie ma komu machać i do kogo się wydurniać ;) Potem na szczęście dołączyła do mnie koleżanka z „teamu” Ela (GazEla) i teraz już było ciut lepiej. Biegłyśmy razem prawie na całej trasie, raz jedna ciągnęła, raz druga i  było całkiem ok. Czyli ja jednak umiem biegać z kimś, to dobrze. Bo z Elą to my planujemy coś na przyszły rok. Coś wielkiego, ogromnego, zapierającego dech, ale nie powiem jeszcze co.

Go Łosiu! Teraz to już poważnie myślę nad zmianą nazwy bloga.

I biegniemy tak sobie z Elą, a miejscami również z Pawłem, po 4:55-5.00. Ciągle pada, podkoszulek mokry, czapka mokra, bucie mokre. Ale jest fajnie. Teraz już nawet deszczu nie czuję, a kałuże nie robią żadnej różnicy. Chlapu, chlap, chlap. Tak naprawdę to zalogowałam się do tego biegu dopiero po 10 km, wtedy złapałam swój rytm i biegło mi się naprawdę nieźle (jak na takie tempo). Na tyle nieźle, by na drugiej pętli, w okolicach 18 km, rzec „podkręcam”. I zaczęłam przyspieszać. A im szybciej biegłam, tym bardziej wytrzeszczałam oczy, że mam moc. Bo niby skąd? A dodam, że nie było to jakieś lajtowe przyspieszenie. Ostatnie 2 km w tempie 4:35! Standing ovation! Takie rzeczy nie dzieją się na co dzień! Nie powiem, pod koniec myślałam, że umrę na tej kostce brukowej, że romantycznie skonam w strugach deszczu i rozłożę się na trasie w mym mokrym podkoszulku. Ale prułam. Wizja wykręcenia dobrego wyniku była silniejsza. Silniejsza niż wszystko.

Taki ładny rynek mamy w mieście

I teraz, drodzy Państwo, przechodzimy do najważniejszego. Nie, życiówki nie ma, ale jest dobrze. Bardzo dobrze. 1:43:50! Taadaam! Tydzień po maratonie taki wynik? Moja bo-skość mnie poraża. I jakby tego było mało, 2 miejsce w kategorii! Sam prezydent miasta i jakiś tam posł ściskał rękę mą wręczając torbę z nagrodami. A w torbie: słuchawki sportowe jabra (!!!), bon na 100 zł do sklepów GoSport i balsamy do stópć i  rąk. Czy tylko mi dłonie same składają się do oklasków? ;)

Ale się cieszę normalnie! I tylko nie wiem z czego bardziej, czy z tych słuchawek czy ze wspaniałego 2-kilometrowego finiszu. No dobra, po równo się cieszę.