Zimno…

Zima – musiała przyjść. I bardzo dobrze że jest, bo bieganie po śniegu i mrozie ma swój urok. W zasadzie to teraz jest zdecydowanie ciekawiej niż podczas wakacyjnych truchtów – więcej wrażeń, więcej bodźców (i oporów), więcej potrzebnej motywacji. I satysfakcja jakby większa…? Ostatnio nawet ściszam muzę, by słuchać jak miło skrzypie śnieg pod stopami. skrzyp, skrzyp… skrzyp, skrzyp ;) Wiatr tylko bywa nieprzyjemny – ale i on zazwyczaj jest tylko w jedną stronę…

Oczywiście, trochę przerysowuję, ale nie jest tak źle jakby się mogło wydawać. Jak się człek odpowiednio, warstwowo ubiorze, zabezpieczy końcówki, dopasuje trening do panujących warunków pogodowych – to jest ok. I tego się trzymajmy ;)


A dziś w ramach urozmaicenia treningów biegowych – snowboard na Kasprowym. Ambitnie bo w ramach rozgrzewki z podejściem na Dolinę Goryczkową. A potem było już bosko, iście alpejsko (-12 st. i słońce), a fragmentami nawet freeridowo.

A wracając do najważniejszego tj do biegania – jak jutro uda mi się zrobić choć dyszkę, to będzie kolejny rekord objętościowy km/tydz. 
I zapomniałabym o najważniejszym: STOP ACTA! ;)
O mnie

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.