Single Blog Title

This is a single blog caption
02 luty 2022

2xIM w 2022 – styczeń

Postanowiłam – i oby nic mnie od tego nie odwiodło – że znowu wracam do comiesięcznych podsumowań. Przede wszystkim dla siebie, ale może też dla innych, o ile ktoś tu jeszcze zagląda i jeśli w ogóle „kogośto”. Zwłaszcza, że plany startowe mam ambitne, nie jest to wprawdzie 6 ajronów na 6 kontynentach, a zaledwie 2 x IM…  Ale dla mnie to wyczyn konkret, zwłaszcza, że wiadomix nie robię tego na ukończenie, poza tym droga nie cel blablaba. A tak naprawdę to trzeba tu w końcu, oprócz relacji i testów, też o czymś pisać! XD

Z trenerem (Kubą Bieleckim, NeoTem, szósty rok współpracy) zaczęłam pracę od grudnia i niestety nie był to wybitnie dobry początek. Motywacji i chęci mam sporo – spoko obdzielić tym mogę całą Galę Polskiego Triathlonu wraz z rodzinami i osobami towarzyszącymi, no ale zdrowie… Od września bujam się z bólem kolana, tendinopatią (tzw. kolanem skoczka), które mocno ogranicza moje możliwości treningowe :( Raz jest lepiej, raz gorzej, generalnie ch. ale stabilnie, człapać mogę, ale przy każdej próbie podkręcenia tempa, ból wzrasta i muszę odpuszczać. A jeśli kto kiedyś narzekał, że suche igłowanie w kolano jest bolesne, to polecam spróbować kłucia igłami, które potem podłącza się do prądu (zabieg EPTE). Nie ma za co. Takich strzałów to dawno nie dostawałam, mój bólomierz wywala ponad skalę, oby coś pomogło…

Z niemałą dumą stwierdzam, że w styczniu (a był to prywatnie bardzo trudny i smutny miesiąc) udało mi się złapać jako taką systematyczność i pewien rytm. Oczywiście czasy, gdy w 100% wykonuję plan treningowy dawno minęły (czy kiedykolwiek faktycznie tak było?), ale że udało się trenować w miarę regularnie i ambitnie, to wielki plus. Trochę też wymusiłam na Kubie, by mniej było ze mną cackania, a więcej wymagań, zjebek, gdy odpuszczam oraz konkretów. I na razie dobrze się w tym wojsku odnajduję (pewnie do pierwszego płaczu) –  zabawa zabawą i hobby hobbim, ale najwyższy czas sprawdzić, na co tak naprawdę mnie stać.

Pływanie

Jak to powiedziała trenerka Paulina, pływanie to najbardziej „czuła” dyscyplina w triathlonie. Ależ to jest trafne spostrzeżenie, prawda? Wystarczy, że nie dojesz, nie dośpisz, za bardzo się czymś zestresujesz lub przepracujesz, i od razu, jeb. Kilka sekund na setkę wolniej i w wodzie czujesz się jak cegła. Niby się już przyzwyczaiłam do tego rollercoastera, niby wiem, że trudno szukać prostych przyczyn i wytłumaczeń zarówno dołów jak i zajebistego flow w pływaniu, tak jednak wciąż nie ogarniam, jak nieodgadnięta, tajemnicza i niewytłumaczalna jest ta dyscyplina sportu.

Pływam średnio 3 razy w tygodniu. Raz w „grupie śmierci”, z chłopakami, dla których 1:30-35/100 m to tlen (dla mnie beztlen), ale ze wszelkich sił staram się te bąble trzymać i czasem – brawo Bo! – nawet mi wychodzi. A czasem nie wychodzi totalnie. Non stop szukamy z trenerem Piotrkiem tego gejmczendżera w moim dziwacznym, przeczącym zasadom fizyki, logiki i piękna, stylu pływania… Obawiam się jednak, że nie ma tu czarów i magicznego pstryk – tylko cierpliwość i pracowitość mogą mnie uratować! A na zawodach jeszcze spryt i trochę szczęścia. BTW, ta nieuchwytność i swoista alchemia pływania jest na swój sposób niesamowita, nie?

Drugi trening, to sobotnie długie pływanie z grupą (90 minut i z reguły ok. 4 km), a trzeci trening mam rozpisany od trenera Kuby i robię go sama.

Czym by się tu pochwalić, aby potem miło było przeczytać oraz powspominać dobre czasy? To może treningowa drabinka (100-200-300-400-500-400-300-200-100), w której udało się popłynąć w nogach 400 m w 6:36 i 6:35 :)

Styczeń pływacko zamykam z licznikiem: 31,5 km oraz 12 godzin i 33 minuty.

Rower

Tutaj zdecydowanie jest najwięcej do roboty. Wiem, że nie ma co patrzeć w przeszłość i porównywać się do tego, na jakich watach kiedyś jeździłam konkretne zadania. Ale kurczę, na jakich watach ja kiedyś jeździłam zadania… :) Ech, daleko mi teraz do tego. Ale z drugiej strony, przynajmniej jest jakiś mierzalny cel i wiem, do czego dążyć.

Od połowy miesiąca zaczęło to już nawet klikać i wreszcie coś drgnęło, choć ile mnie to cierpienia w tym siodle kosztuje, to tylko ja wiem :) Z ciekawszych rzeczy, to również z racji chorego kolana, eksperymentujemy teraz z kadencją. Znaczy się kręcę wyżej niż moje standardowe 63 :) Czasem wyjdzie nawet i ponad 80, co naprawdę jest dla mnie sporym osiągnięciem i widzę, że też może być pewną fajną i sprawdzająca się opcją. Ciekawe jak się po tym będzie biegało i jak to uda się przełożyć na dystans IM, na którym wg Bieleckiej Szkoły Treningowej, trzeba raczej jeździć na twardo.

Prawdziwym potworem jest przeznaczenie :)

Na trenażu jeżdżę 3 razy w tygodniu po 2-3 godziny – zadania raczej wytrzymałościowe, choć interwały też się zdarzają. Urozmaiceniem treningów na stojaku jest prawie codzienna jazda na rowerze miejskim, hehe ćwiczę skile jazdy po śniegu, lodzie i w deszczu oraz inne takietam drifty – nigdy nie wiadomo, co się może człowiekowi w tym triathlonie przydać.

W styczniu na rowerze spędziłam 31 godzin i 30 minut oraz przejechałam (wiem, to trenażer) 814 km.

Bieganie

Och to bieganie. Za sukces w ogóle uznaję fakt, że biegam i że dzieje się to prawie bez (większego) bólu. Mam nadzieję, że zabiegi u fizjo i to treningowe zluzowanie przyniosą wreszcie jakieś efekty i że będzie można coś w lutym podkręcić. Choć w sumie… Takie bieganie w tlenie, bez spiny i patrzenia na zegarek też jest bardzo spoczko. Nie tęsknię za ómieraniem! Zwłaszcza za 2-kilometrówkami, nie wiem jak u Was, ale dla mnie to jest chyba najtrudniejszy trening biegowy ever.

Coraz bardziej doceniam fakt, że obecna praca daje mi możliwość biegania w ciągu dnia. Może w ten sposób jakoś przetrwam tę zimę, niestety nie wybieram się w ciepłe kraje jak zdecydowana większość ludzi z mojej triathlonowej bańki. Im trudniej teraz, tym łatwiej w sezonie, powtarzam sobie i wierzę, że choć trochę w tym prawdy i słuszności.

Biegając 3 razy w tygodniu po ok. 60 minut, zamknęłam styczeń z liczniem 143 km i 12 godzin 48 minut.

Reszta

Jedynie z tej reszty jestem tak średnio zadowolona. Dopiero pod koniec miesiąca wróciłam do regularnych ćwiczeń uzupełniających oraz do jogi. I nie wiem czy to znowu jakaś sprytna samoracjonalizacja, ale od razu zaczęło biegać mi się fajniej, lżej, sprężyściej. I to ciało też mniej galaretowate… Ale co nadal jestem kołkiem na jodze, to moje :) Co tam waty na rowerze czy jakieś FTP powyżej 400, zrobić poprawnie kilka tych asanów, to jest dopiero wyzwanie! Niesamowite, że człowiek tyle lat w sporcie, a nadal taka pokraka, pokonana przez kawałek paska oraz koc i matę…

Ćwiczenia i joga zajęły mi 4 godziny i kwadrans, a cały styczeń (kiedy ja to ogarnęłam?) 61 godzin i 5 minut.

Do pierwszego IM (IM Klagenfurt) zostało 5 miesięcy. Do kolejnego (IM Cascais) 8 miesięcy z haczkiem. Ale sezon zaczynam wcześniej, i to tak konkretnie wcześniej, bo już 22 maja, kiedy biorę udział w ekhm… Mistrzostwach Świata na dystansie średnim w Samorin (Challenge). Na bogato więc! Dodać do tego połóweczkę w Challenge Gdańsk w czerwcu (komu kod rabatowy na wpisowe, komu?) – i mamy całkiem ładnie skrojony sezon, idealny na zakończenie „pobytu” w pewnej kategorii wiekowej. 2022, nie spierdol tego! BO ja nie zamierzam.