Single Blog Title

This is a single blog caption
30 Sierpień 2018

IRONMAN Kalmar – tak tak tak!

Niby mój drugi ironman. A tak naprawdę pierwszy. Debiut był niesamowitą przygodą i nigdy go nie zapomnę, ale to dopiero tutaj, w Szwecji, miałam pokonać dystans 226 km prawdziwie po sportowemu. Zgodnie z założeniami, realizując plan, z wiarą w siebie, choć może bardziej wiarą w wykonaną wcześniej pracę i w szkołę trenera, ale też z pokorą. Mnóstwem pokory. Skłamałabym pisząc, że nie było we mnie ambicji, oczekiwań i marzeń, po coś przecież trenowałam przez ostatnie 10 miesięcy. Ale jedno też chciałam przede wszystkim: mieć radość z tego startu! To miało być moje święto wieńczące, wcale nie tak łatwy jakby się mogło wydawać, rok przygotowań. To miał być mój dzień!

I był.

Gdy jednak na 3 tygodnie przed zawodami roku ląduje człowiek na badaniach, które mają stwierdzić bądź wykluczyć u niego nowotwór (wykluczyły), to trochę zmienia się optyka postrzegania „startu życia”. Przestaje on być taki ważny. Schodzi powietrze, otwierają się oczy, zmieniają priorytety. I ostatecznie do Szwecji wyrusza ten człowiek po prostu szczęśliwy. Że ma pasję, którą może realizować, że z fajnym Ziomkiem u boku (cmok!), że przygoda. Że będzie co ma być, bo czy te waty lub tempo biegu są naprawdę takie ważne z perspektywy wszechświata?

Dzień dobry ironmanie! Przytulisz mnie czy przeczołgasz?

Kalmar to niesamowita miejscówka na te zawody. Triathlon na dystansie ironman rozgrywany jest tutaj od 25 (!) lat, z czego 7 pod szyldem IM. Tu wszyscy są triathlonistami, a już na pewno ktoś z rodziny lub klatki. Żyją tym, trenują, wspierają i kibicują. Napiszę o tym więcej w osobnym wpisie, ale obserwując całą otoczkę zawodów, jednego można było być pewnym: nie będzie pinezek na trasie, co najwyżej płatki róż.

Pogoda sprzyjała! Jeszcze 3 tygodnie przed startem, Szwecję, w tym rejon Kalmar, zalała fala niespotykanych nigdy na tę skalę upałów: non stop było po 30 stopni, a temperatura wody oscylująca w okolicach 24 st. dodawała nowego dreszczyku emocji, czy czasem nie zabronią nam pływania w piankach. Tydzień przed zawodami jednak temperatura powietrza spadła do 23-24 stopni, woda też wystygła (19,8 st.), a na sobotę zapowiadano jedynie normalny skandynawski wiaterek, a nie jakieś wichrzysko. Komu dziękować? Warunki prawie idealne.

Przyjechaliśmy na miejsce 3 dni wcześniej i już wiem, że to jest bardzo dobry czas przed tak ważnym startem, aby wejść w klimat, odpowiednio się zmotywować, ale też wyciszyć. Zrobić ostatnie treningi (standardowo jak przed każdymi zawodami, idą mi bardzo ciężko), zwiedzić expo, zahaczyć o (a jakże) MShop, zjeść i odpocząć. Na spokojnie.

I właśnie gdybym tak miała jednym słowem scharakteryzować moje samopoczucie przed zawodami to byłby to spokój. I taka wewnętrzna radość, że tu jestem. Trener Kuba zapewnił, że będzie dobrze i mega turbo fajnie, no to musi tak być, nie? Wprawdzie w dniu wprowadzania rowerów do strefy okazało się nagle, że nie mam przedniego hamulca bo wyciekł płyn, i żaden serwis na expo nie miał strzykawki, by to ogarnąć, dopiero sklep na mieście i to za miliony złotych. Ale nawet ta sytuacja nie zakłóciła mojego przedstartowego transu i dobrego samopoczucia. Siedziałam w cieniu pod drzewem, czekałam aż naprawią, i uśmiechałam się do nieba zamykając oczy. Tak było!

Słona woda rulez!

Patrząc na mapkę pływania można się trochę zaniepokoić, czy to aby na pewno pływanie na IM, a nie czasem jakieś pływanie na orientację. Najpierw troszkę w prawo, potem prosto prosto, nawijka na jednej boi, potem na drugiej i z powrotem. Następnie zakręt w prawo i do murku w porcie, potem pomiędzy jachtami do takiej wąskiej śluzy, by wypłynąć obok plaży i zaraz potem zakręcić jeszcze raz do góry i pod mostkiem kierować się w stronę bramki. W rzeczywistości jednak było to bardzo fajne pływanie.

Fot. Ironman

Start z brzegu falami, w obrębie których jeszcze rolling, więc pralka umiarkowania, acz ludzi dookoła mnóstwo! Razem z innymi ironmanami szacującymi się na 1:10 rozpoczęliśmy swą podróż po marzenia. Za radą znajomego ustawiłam się z lewej strony, aby być „od środka” portu i nie wypłynąć w morze, bo tam istniało ryzyko, że w przypadku wiatru i fal zniesie mnie do Polski :)

Trochę płynęłam sama, trochę w bąbelkach, dobra przejrzystość wody pomagała je utrzymać i ew. przeskakiwać do tych szybszych – trzeba przyznać, że w tej bąbelkowej materii jestem już wymiataczem :) Starałam się płynąć aktywnie, na kadencji, z mocnym pociągnięciem i wysokim łokciem, ale… mimo sporej koncentracji oraz pilnowania siebie i innych, tak w połowie dystansu zaczęło mi się już trochę nudzić. Tempo jakby spadło, technika też pogubiona, i jeszcze – miałam wrażenie – poparzyła mnie meduza w brodę, na szczęście tylko mi się zdawało, choć meduzy były. Na drugim kilometrze (co 1 km były oznaczenia na bojach) spojrzałam na garmina i widząc 35 minut z hakiem, ocknęłam się jednak i zmobilizowałam do dalszej pracy.

A tamtym mostem jechaliśmy na rowerze. Fot. Mikael Ahl

Ostatni etap to pogoń i usilne trzymanie dziewczyny w różowych rękawkach – szybko płynęła jebaniutka. Trzymaj ją Bo, trzymaj, trzyyyymaj! Utrzymałam, choć miejscami było naprawdę dużo spawania, ale przynajmniej coś się działo i dystans do bramki coraz mniejszy. Jeszcze tylko 300 metrów, już 200, ooo – siku w piankę, dobrze, że pamiętałam, zostało 100. I koniec! Co to było za wspaniałe pływanie! Co ta słona woda pomaga człowiekowi! Co miałam zaciesz, gdy zerknęłam na zegarek widząc 1:09! (obserwując swe treningi OW szacowałam się na ok. 1:15). Popłynęłam w tempie 1:48/100 m, szybciej niż dwie tegoroczne połówki. Szok! To pływanie ustawiło mi nastrój na cały wyścig, ależ byłam zadowolona! I co ciekawe niespecjalnie zmęczona!

I chyba te pozytywne emocje musiały znaleźć gdzieś swój upust bo dobiegając do wieszaków w T1 tak siarczyście i głośno mi się bekło kilka razy od tej słonej wody, że przysięgam, można było pomyśleć, że grzmi. A to nie burza, tylko ja taka radosna :) I jeszcze nikt z mojego „rzutu” nie popisywał się wsiadając na rower podwójnym tulupem zapinając w locie rzepy i zrywając recepturki. Tylko na spokojnie, po BOżemu w T1 jak ja. Naprawdę, podoba mi się tutaj! :) Stwierdziłam, biegnąc w butach kolarskich z Czesławem u boku, na kolejny etap tej jakże wspaniale zapowiadającej się przygody.

Czesław inaczej

Mimo, iż rowerek uwielbiam i nie ma cudowniejszego uczucia niż dociskanie, wyprzedzanie i widok fajnych cyferek na wyświetlaczu, tak jednak tutaj, zwłaszcza na początku etapu, kierowała mną ostrożność i duża koncentracja. Rzekłabym, że na pierwszych kilometrach było nawet dość nerwowo. Wszyscy mnie wyprzedzali! Ale powiedziałam sobie wtedy, że widzisz Bo, tak to jest jak się jest dobrym pływakiem :))) Na odprawie dużo mówili o draftingu i blokowaniu (zawodnik szybszy ma 25 sekund, aby cię wyprzedzić i ty nie możesz mu tego utrudniać bo inaczej kara) i o tym jak sygnalizować brak blokowania (przestać pedałować lub górny chwyt) – i summa summarum to ja wszystko w górnym chwycie i bez pedałowania jechałam :) No zajebiście normalnie. Na szczęście po ok. 10 km rozjechało się trochę towarzystwo i mogłam jechać swoje. Swoje, choć jednak kilka watków więcej niż trener Kuba przykazał, trzeba mieć jakąś przyjemność z tych zawodów, nie? Pięknie się jechało. Acz inaczej niż zwykle.

W prawym górnym rogu strefa zmian, a w centrum rondo, przez które przejeżdżaliśmy w sumie 3 razy

Bo zazwyczaj to ja jadę „po bożenkowemu”. Czyli dzida na początku, a co będzie potem to pomartwię się później. Upatruję sobie wtedy z przodu „ofiarę”, dojeżdżam ją, wyprzedzam (lubię wyprzedać) i szukam kolejnego celu i następnego. Tutaj jednak, po kilku takich mijankach, które na wszelki wypadek robiłam zdecydowanie szybciej (i mocniej) niż nakazywał regulamin, postanowiłam nie szarpać. I jak widziałam z przodu człowieka, który jedzie podobnie do mnie, ustawiałam się regulaminowe 12 metrów za nim (pół basenu) i jechałam na spokojnie. Tym samym po raz pierwszy w życiu wykorzystywałam tzw. semidraft jadąc za innymi w dozwolonym odstępie. Kurde! No to się jednak zyskuje! Motywacyjnie bardzo, ale fizycznie też. Trzeba było tylko uważać, aby się nie zagapić i niechcąco nie zmniejszyć regulaminowego dystansu, a także kontrolować moc i gdy ta jest za niska lub za wysoka, przeskoczyć do przodu lub odpuścić i dalej jechać swoje. 1/3 trasy tak przejechałam z dwiema dziewczynami. Było równo, bez szarpania, była motywacja, by nie odjechały. Genialne to jest!

To nie ja. Fot. Ironman

Trasa kolarska miała dwie różne pętle: pierwsza 122 km po wyspie Olandia, na którą jechaliśmy przez 6-kilometrowy most nad wodą, i druga już na właściwym lądzie pomiędzy okolicznymi wioskami i uprawami. Olandia piękna: otwarte przestrzenie, czerwone domki, sporo kibiców zarówno w miejscowościach, jak i nagle w szczerym polu. Warunki nam sprzyjały, zwłaszcza podczas pierwszych 2-3 godzin wyścigu. Miałam wrażenie, że cały czas wieje w plecy :) No dobra, może poza jednym lub dwoma odcinkami, gdzie tak dawało po ryju i było jeszcze ciut pod górę, że jechaliśmy wszyscy max po 20 km/h. No co zrobisz. Nic nie zrobisz. Głowa w dół, trzymać moc i modlić się o jakiś zakręt, który wyzwoli nas z tych niesprzyjających wiatrów :)

Jadłam, pilnowałam pozycji, ale tylko z zasadą, że żadne oreo nie przeszkodzi mi w pomachaniu do kibiców lub chociażby pokazaniu im kciuka. Uśmiech też nie zakłóca areo – sprawdzone info! A energii dostaje się dwa razy więcej. Generalnie tego ajrona człowiek jedzie naprawdę w sporym komforcie – jest podziwianie widoczków, jest interakcja z kibicami, jest możliwość spokojnego gryzienia batonów i przełykania bułki. Dżiz! Już nigdy żadna bułka nie będzie mi smakować, jak ta na 130 km trasy. Ten żółty ser! To masło! :) Zaryzykowałabym stwierdzenie, że rower na IM jest serio znacznie łatwiejszy i przyjemniejszy od połówkowego, uda nie płoną, a głowa nie mówi „ciś”, tylko cały czas powtarza „ale jest zajebiście”.

A to już ja :) Fot. Ola

No dobra, druga część wyścigu była już ciut mniej komfortowa niż pierwsza. Zaczęło mocniej wiać, oczywiście w różnych kierunkach, trasa stała się ciasna, pokręcona i miejscami dość hopowata, coraz więcej jechałam niestety w górnym chwycie… Aby jednak jakoś urozmaicić i uprzyjemnić sobie jazdę, zaczęłam… ścigać się z 5:25. Pomyślałam, przeliczyłam i doszłam do wniosku, że jak mocniej docisnę, to jest szansa, że rower skończę w 5 godzin i 25 minut, co byłoby dla mnie super wynikiem i postanowiłam spróbować. Oczywiście nie było to za mądre, jeszcze przecież maraton do przebiegnięcia, ale przynajmniej czymś się zajęłam, kilometry leciały, wyprzedzałam, czego niespecjalnie doświadczyłam do tej pory, a czego mi jednak brakowało – było superowo! I tak jak w tegorocznych połówkach ostatnie pół godziny upływało mi raczej na myślach czy daleko jeszcze i że nie mam już siły, tak tutaj wstąpiły we mnie jakieś nowe moce tak prułam! Wszystko prawie się udało i łyknęłam te 180 kafli w 5:25, jednak trasa była o 2 km dłuższa, więc ostatecznie zjechałam do bazy z wynikiem 5:28, co i tak jest dla mnie mega!

Tu też nie ja, ale za to szwedzkie domki. Fot. Ironman

Rower pojechałam ze średnią 33,2 km/h. Równo, z lekkim dociśnięciem pod koniec, zero kryzysów, zero negatywnych myśli. Wszystko zjedzone. Tak trzeba żyć! Po raz pierwszy kręciłam z magicznym łańcuchem C+Ceramic. Miałam obawy czy na moim poziomie kolarskim taki tiuning w ogóle ma sens i czy to nie pieniądze wyrzucone w błoto, ale kurde co ja się zaskoczyłam! Czysty napęd i ten łańcuch to duet petarda! Przysięgam, jeszcze nigdy tak gładko i płynnie mi się nie jechało. Nawet Kris sprawdzając Czesława przed wprowadzeniem go do strefy powiedział, że szybki jest jebańczyk. No jest. A najlepsze w tym wszystkim, że przecież będzie jeszcze szybciejszy!

Dojeżdżam do belki, Kris krzyczy, że 7 lub 8-ma jestem. Troszkę się zasmuciłam, myślałam jednak, że ze dwa oczka wyżej. No ale w sumie też mi ulżyło, że nie trzeba się będzie „bić” o pudło, tylko po prostu robić swoje. Ubieram buty, daszek (wiadomix), pakuję żele do kieszonek, a zza siatki dochodzą mnie znajome głosy dwóch kochanych wariatek: Agi i Oli, że super Bo, że zajebiście. No dobra, trzeba przyznać, że faktycznie dramatu nie ma i że wszystko idzie zgodnie z planem, a nawet ciut lepiej, pozostaje teraz tylko nic nie spierdolić. A tak BTW. Jakiegokolwiek nie zrobiłabym roweru, najgorszego w życiu, czy też jazdy stulecia, to w T2 ja zawsze jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! Że dojechałam, że jestem cała i że zostało już tylko to (cholerne) (grrrr) bieganie.

You talking to me?

Wybiegam na trasę, nogi trochę ciężkie, ale z kroku na krok nabierają jakby elastyczności, nie ma betonu – jest dobrze. Tylko ciepło. Kurde, za ciepło! (ok. 26 st.) Byle do punktu, gdzie chwycę sobie gąbki z wodą, obleję się zimną kaskadą, napiję, zmoczę usta i warkoczyk – myślę rozmarzona i biegnę wyznaczoną trasą wśród tłumu kibiców. Trzeci kilometr, jest pierwszy punkt, łapię kubek z wodą wylewam na siebie, czekam na gąbki i następne kubki i… koniec punktu. O-oł. A ja nie napita i nie oblana. Było to dla mnie spore zaskoczenie przyznam, bo ja naprawdę mogę nie jeść podczas triathlonowego biegania, ba, mogę nawet nie pić, ale oblewać się muszę i wody wówczas pożądam bardzo bardzo!

Plan na bieg, podobnie jak rowerowy, sponsorowała literka „P”. Pe jak pokora. Wcześniejsze treningi biegowe bardzo pozytywnie mnie nastrajały i wyglądały naprawdę dość obiecująco (od ponad 4 lat tak szybko i dużo nie biegałam!), ale stwierdziliśmy z trenerem Kubą, że rumakowanie zostawiamy na ostatnie 7 km biegu, a początek i środek maratonu jedziemy jednak gallowayem. Po prostu, szacowany dla mnie wynik maratonu (wg mnie, bo Kuba nigdy nie operuje wynikiem, ok. 3:45-3:50) można zrobić w znacznie lepszym stylu i samopoczuciu przeplatając bieg z marszem, niż lecąc zakładane równe tempo od początku z ryzykiem, że po 30-tce nastąpi ściana i doda do wszystkiego kolejne 10-15 minut. Oczywiście nie tak łatwo ustalić tu odpowiednie proporcje: aby nie przegiąć w jedną lub w drugą stronę. Kuba był raczej ostrożniejszy w planowaniu, ja – trochę po bożenkowemu – miałam więcej odwagi i zaproponowałam 3 km biegu na minutę marszu, które ostatecznie ze względu na brak lapów w funkcji „multisport” zmieniłam na: 15 minut biegu / 1 minuta marszu. Bieg na samopoczucie, marsz żwawo. I taki to właśnie był plan. I jeszcze z zastrzeżeniem trenera, aby ten marsz nie przypadał wyłącznie na strefy odżywiania, tylko był prawdziwym marszem pomiędzy bieganiem. To był taki dobry plan!

Jeden z nielicznych fragmentów trasy, gdzie nie było kibiców

I właśnie cały ten plan poszedł fpizdu! Gdyż każdy pobyt na punkcie odżywczym rozpoczynałam od polewania się wodą z miliona małych, napełnionych do połowy lub może od połowy pustych, kubeczków. Po cztery, po osiem, po dwanaście (ma się te graby) brałam naraz, ale i tak schodziło mi na to oblewanie dobrych kilkanaście -dziesiąt sekund. Potem jeszcze naprawdę się napić i już człowiek ma w plecy prawie minutę, a tu jeszcze niby ten zaplanowany marsz trzeba gdzieś wpleść. Bez sensu! Ja nie mam na to czasu! Szybko więc plan zweryfikowany został na „od punktu do punktu”, gdzie polewanie polewanie polewanie oraz picie picie picie, a potem jeszcze 10-20 metrów marszu i bieg przez następnych ok. 2-2,5 km do kolejnego bufetu. Marsz przypadał więc na strefy, czyli dokładnie tak, jak mówił Kuba, aby nie przypadał :) (życie), no i nie był tym samym takim klasycznym galołejowym marszem, podczas którego można coś odpocząć, tylko bardziej nerwową i szarpaną przerwą na uzupełnienie płynów.

Bo z reguły było tak lub lepiej

Ale mimo wszystko, jakoś to jednak szło! Kibice byli niesamowici! Wystarczyło tylko nawiązać z nimi kontakt wzrokowy i już było szaleństwo! W niektórych domach, to mieszkańcy urządzili sobie plenerowe imprezy kibicowania, z odpowiednimi przekąskami i napitkami rzecz jasna, muzyką i głośnikami na platformach, transparentami. Oraz pikniki na trawie wzdłuż trasy. A w centrum miasta to ludzie po prostu stali cały czas przewieszeni przez barierki. Stali i klaskali!

Na biegu były trzy okrążenia, które pozwoliły nawet całkiem nieźle sobie ten maratoński dystans zracjonalizować. Najtrudniej pamiętam, było na drugim kółku, gdy starając się trzymać tempo biegu ok. 5:15-5:20, non stop wychodziło mi 5:40. Noż ja pierdolę! Przyspieszam, prostuję sylwetkę, pracuję rękami, myślę, że aktywny krok i że jak nic biegnę pewnie nawet w okolicach 5:00, po czym zerkam na garmina, a tam 5:36. Aaa! No oszaleć można! I co punkt oczywiście polewanie polewanie polewanie. Chlupiące buty to nic przyjemnego, ale ja po prostu musiałam tej wody!

Fot. Aga

Jasne, że miałam czasem dość i była już ta nieszczęsna poza, że głowa w dół i głośne sapanie jakbym jakiegoś ataku paniki dostała. Dwa razy złapała mnie również kolka stulecia, choć może bardziej paraliż brzucha i połowy pleców, które postanowiłam zwalczyć colą i nawet się udało. A ten paskudny fragment, na którym było cały czas prosto, pod wiatr i jeszcze delikatnie pod górę, że człowiekowi odechciewało się naprawdę wszystkiego? No nie było to zbyt przyjemne. Na dodatek po 3 godzinach biegu padła mi bateria w zegarku, a dziecko bez garmina to gorzej niż we mgle.

Każdemu jest ciężko, poza tym, im dłużej tym Bo zyskujesz pamiętaj, powtarzałam sobie zaciskając pięści i nie dopuszczając już do siebie żadnych innych myśli. Jest kurwa dobrze! Ani razu nie użaliłam się nad sobą! Po prostu. W moim katalogu zdarzeń na ten wyścig najzwyczajniej nie przewidziano opcji: odpuszczam i pierdolę nie robię. Nawet mi to przez myśl nie przeszło! Żel co 40 minut, polewanie, picie, marsz i bieg – i tak zlatywały kolejne kilometry.

30-ty kilometr: gdzie jesteś ściano?
32-gi: czekam!
33-ci: you talking to me?
34-ty: no dobra, może już jestem ciut zmęczona, ale to nawet gipsowa ścianka nie jest!
36-ty: wcisnę jeszcze jednego żela (oj, z trudem!), a potem już rura do samej mety bez żadnego maszeringu, może tak być Bo?
37-my: no może.
38-my: rura Bo!
39-ty: rura!
40-ty: leeewa woolna!
41-szy: no chyba się kurwa zaraz poryczę ze szczęścia.
42-gi: albo jednak nie będę się mazać, dziś tylko radość.
Aaa! YOU ARE AN IRONMAN!

BO! You are an ironman!

To ja się może jednak położę za metą… Leżę na boku, ale przewracam się na plecy. By znowu, tak jak wtedy pod drzewem, gdy naprawiali mi hamulec, uśmiechnąć się do nieba. Nie wierzę, jakie to wszystko było dziś zajebiste! Kocham ironmana! I jak cudownie, że tak sobie leżę i nikt mnie nie przesuwa!

Ostatecznie przesunął, chwila moment i pojawiło się przy mnie trzech wolontariuszy podnoszących człowieka za fraki jak po dobrej piątkowej imprezie. Dzięki. Jest i Kris! Uśmiechnięty, więc chyba wstydu nie ma? (wyniku nie znałam). Maraton pokonałam średnim tempem 5:33 min/km (ach, no szkoda, że nie kilka sekund szybciej) (to jednak całkiem inne bieganie ten maraton na IM – dużo pracy przede mną), co o dziwo wystarczyło, by wyprzedzić kilka dziewczyn (nawet nie wiem, przysięgam, kiedy). Całe zawody zamknęłam w 10:39, co dało mi 4-te miejsce w kategorii wiekowej i jakże ładną nową życiówkę na dystansie IRONMAN.

Zjadłam: przed pływaniem jeden żel; na etapie kolarskim: 11 żeli Run&Bike rozpuszczonych w bidonie + bułka z żółtym serem i 3 batony oraz ok. 5 bidonów izo; podczas biegania: 5 żeli + woda i cola na punktach. Ponadto przez 10 dni przed startem codziennie piłam Beet Shot (i bardzo to sobie chwalę). Dziękuję Run&Bike za suplementację!

Można się oczywiście teraz zastanawiać, czy nie za lekko ten rower, skoro tak z uśmiechem non stop. Czy pokora nie zabiła pazura i większej wiary w siebie. Można gdybać, co by było gdybym nie musiała przystawać na polewanie wodą. I jakby garmin nie wysiadł, gdybym ciut więcej na biegu zjadła (weszło 5 żeli) i nie szczerzyła się do kibiców zachowując energię dla siebie. Można też spytać, że czym się tu jarać, żadna z dyscyplin jakaś wybitna, co najwyżej poprawna, bez fajerwerków – i święta to prawda, wiem wiem! Można, i oczywiście warto, gdyż każdy start uczy nas czegoś nowego i pokazuje miejsce w szeregu. Ja z Kalmar wyjeżdżam z następującymi wnioskami: pozytywne myślenie działa cuda i tylko spokój, a dokładniej brak podpalania i szarpania, może nas uratować. I że cudownie jest być przygotowanym do zawodów – dzięki Trener! I nie trzeba być wybitnym, aby oddać trzy poprawne skoki. Oraz, że nigdy nie wiesz jak zaskoczy cię życie nazajutrz, ale o tym już może w następnym odcinku…

A „tak” to po szwedzku znaczy „dziękuję”.