Single Blog Title

This is a single blog caption
07 Czerwiec 2018

Wicemistrzostwa Świata Challenge Family

Czekałam i nie czekałam na ten start (dystans średni Challenge Family w Samorin). Z jednej strony chciałam sprawdzić czy i jakie są efekty moich treningów, tęskniłam za atmosferą zawodów triathlonowych oraz ciekawa byłam konfrontacji z nową kategorią wiekową. Z drugiej jednak, ta przedstartowa gorączka i czas pełen obaw, oczekiwań, strachów i emocji potrafią mnie naprawdę wykańczać psychicznie. Na dodatek na kilka dni przed zawodami wszystko zaczęło się psuć: fatalne samopoczucie, spadek motywacji, jakieś dziwne bóle, bezsenność i brak sił. Nawet na słodycze nie miałam ochoty, helloł! Zjazd totalny. Do tej pory przeżywałam stres przede wszystkim głową, teraz doszły do tego jakieś dziwne objawy somatyczne – nie podobało i nie podoba mi się to nadal! I jeszcze tylni hamulec znowu zaczął obcierać obręcz nie wiedzieć czemu i po co. Oraz ten masakryczny upał! Normalnie wstęp do mistrzostw świata iście idealny. Ja chyba naprawdę wolę trenować niż startować, na co mi to, mogłam sobie zostać w domu i spokojnie pośmigać na szosie.

Starałam sobie to na spokojnie tłumaczyć, że niepotrzebnie się tak tym wszystkim przejmuję. Że świat się nie zawali. Że to nie jest najważniejszy start sezonu. Że przecież nie startuję w mistrzostwach świata. Oh wait, akurat w Mistrzostwach Świata to startuję… Więc w sumie mam prawo obawiać się wszystkiego i wszystkich. Aaaa! I tak dalej i tak dalej.

A na miejscu, mimo iż mam (świetną) zasadę nieprzyglądania się zawodnikom i zawodniczkom oraz nieporównywania siebie, to tutaj po prostu się nie dało. Ośrodek X-Bionic Sphere w Samorin (skądinąd niesamowity) zamienił się w ten weekend w prawdziwą planetę triathlonistów. Ach te umięśnione łydki. Ach te wyżyłowane ciała. Ach ach ach te ich kosmiczne maszyny! Naprawdę, czuć było, że nikt nie znalazł się tu przypadkowo. A ośrodek przygotowań olimpijskich X-Bionic Sphere z całym wypasionym zapleczem do uprawiania jeździectwa, tym razem przyjmował i gościł prawdziwe konie, a nie jakieś tam araby :)

Na szczęście (jeszcze wtedy) nie w głowie była mi walka o lokaty i pudła, więc widok rywalek ni grzał mnie, ni ziębił. Generalnie w ogóle nie brałam pod uwagę rywalizacji z innymi – to nie ta liga myślałam, nie te progi. Jedyną rywalką, która się liczyła byłam ja sama, a konkretnym celem na te zawody: wynik czyli upragniona czwórka z przodu.

Imienne tabliczki wraz z oznaczeniem narodowości robiły robotę!

Niestety dzień przed startem moje kiepskie samopoczucie i jakieś dziwne osłabienie nie minęły, a kibicowanie Krisu na olimpijce (zajął 3-miejsce w AG) (radość, duma, satysfakcja), drobne treningi na pobudzenie, zamieszanie z wstawianiem roweru do strefy zmian (zapomniałam naklejek na kask) oraz niedopilnowanie jedzenia sprawiły, że wieczorem po prostu padałam na ryj. Oj, nie tak to wszystko miało wyglądać… Rano obudziłam się zmęczona i przerażona faktem, jak ja w tym stanie mam machnąć połówkę, a uderzenie ciepła zaraz po wyjściu z domu wyraźnie wskazywało na jedno: dziś będzie gorąco.

Ja już tutaj byłam zmęczona…

Ostatnia wizyta w strefie i przyszykowanie sprzętu, sprawdzenie połączeń komunikacyjnych pomiędzy wieszakami, namiotami, stojakami i bramami wejścia/wyjścia, lekka rozgrzewka, która męczy mnie bardziej niż test Coopera, no i zacznijmy już tę zabawę! Let’s start the party!

Tak dobrze żarło i zdechło. A w sumie to nie

Startowaliśmy falami wg kategorii wiekowych, co 10 minut. Najpierw prosi panowie, potem prosi panie, i już zaraz potem my, seniorki z połączonych kategorii starszych w liczbie ponad 120 sztuk. Woda nie była specjalnie przejrzysta, acz temperatura zacna, mocno wiało, zaczynały się robić fale, i wszystko przestało być już nawet straszne, na rzecz zabawności. Bo w takich warunkach to ja jeszcze nie startowałam. I te boje tak fpizdu daleko. Jak ja to uciągnę? Nie wiem. Bezczelnie ustawiam się jednak w drugiej linii próbując równocześnie wyczytać z twarzy rywalek, która będzie robić najlepsze bąbelki. Żadna. Bo bez bąbelków to mnie za bardzo w tym pływaniu nie ma, a w takich warunkach to już raczej zupełnie.

Ośrodek X-Bionic Sphere w Samorin robi wrażenie!

Odliczanie, wzrusz, bum. I poszły! Delikatna pralka, kilka kopnięć ja, kilka kopnięć mi i stawka zaczyna się rozciągać. Płynę swoje, a raczej „po bożenkowemu”. Czyli dzida, utrzymać to najdłużej jak się da, a co potem pomartwię się później. I oczywiście zrealizować cel główny tj. złapać mocne bąbelki oraz zalogować się do solidnego tempa. I o dziwo, plan udaje się realizować! Po kilku minutach dopływam do małej grupki i mam te swoje upragnione bąble. To było dobre i solidne pływanie. Z trudem utrzymywałam tempo, bywało, że musiałam spawać (trzymaj Bo! trzymaj, trzyyymaj!), ale nie puściłam! Sunęłyśmy tak aż do nawijki, po której to miało nastąpić płynięcie z wiatrem czyli być już lżej. Jakież było moje (i chyba nie tylko moje) zdziwienie, gdy nagle wszystkie rozpłynęłyśmy się wszerz i żadna nie potrafiła dopłynąć do reszty. Tak wiało i tak falowało. Próbowałam jakoś cisnąć, łapać grupę, ale byłam w zasadzie bez szans i ze smutkiem patrzyłam tylko, jak dwa czerwone czepki oddalają się za horyzont i są poza moim zasięgiem… Trochę na wkurwie bo tak dobrze żarło a zdechło, trochę z rezygnacją bo ciągle te fale góra dół, góra dół i jeszcze znosi mnie w prawo, że nawet kajak zaganiać mnie musiał na właściwy tor, jakoś to szarpałam. Nie widać boi, nie widać bramki, normalnie „wypłynąłem na mokrego przestwór oceanu”, niech to się już wreszcie skończy! Na ląd chcę! Na rowerek.

Ta mina, gdy niepotrzebnie patrzysz na garmina…

Dopłynęłam. Miałam nie patrzeć na garmina ile wyszło, by nie psuć sobie nastroju na bajku, ale włączając lapa, niestety zerknęłam. 37:49, o kurwa, tak źle to ja chyba jeszcze nie popłynęłam nigdy! Na szczęście Kris krzyknął, że jest dobrze, że naprawdę jest ok i postanowiłam się tego trzymać, nie wiedząc jeszcze wtedy, że to serio nie był zły czas. Każdy zaliczał bowiem kilkuminutową obsuwę, a Riczi Varga, który rok temu popłynął tu 18, teraz szarpał się w 24 minuty! Trener Kuba powie mi potem (po analizie mojego czasu względem innych dziewczyn), że zrobiłam pływanie życia i że było zajebiście. Noo, taką wersję to ja rozumię! Popatrz pan jaki ten cyferkowy czas względny! (Garmin zliczył mi ponadto 2000 m, hmm ciekawe ile przewyższeń na tych falach).

Długi dobieg do strefy (u mnie trucht), potem worki, przebieralnia i znowu dobieg do kreski. Sporo minut zleciało w tej strefie… Bo generalnie łącznie z dobiegami, to była wielka strefa zmian. Jeśli kiedyś nie będę już miała z czego urywać na trasie i liczyć się będzie każdy marginal gains, to zrobię porządek z tymi moimi przebiórkami. Na razie podchodzę do tego, że lepiej spokojnie i dobrze, niż szybko, a z ryzykiem błędu ;) Poza tym potem przecież i tak jest zawsze rowerek…

Plan Bee

Ach ten rowerek. Dyscyplina, w której chyba czuję się najmocniejsza i w której upatruję swych największych szans, wyszedł mi niestety w Samorin dość średnio… A już na pewno poniżej założeń i oczekiwań. Cały czas dociekam przyczyn spadku mojej mocy, albo może bardziej próbuję (z trudem) zaakceptować fakt, że może wcale nie jestem takie figofago w tym siodle jak nieskromnie sądziłam. I wyciągam wnioski. Z drugiej strony, jakby jednak nie patrzeć, to właśnie rower z 13-go miejsca po pływaniu wywindował mnie na 2-gie i otworzył drzwi do ostatecznego wyniku.

Dzięki temu, że start odbywał się falami, trasa była mega pusta i komfortowa. Na początku sporo wyprzedzałam, ale tak po ok. 10 kilometrach nie miałam przed sobą nikogo. NIKOGO! Tylko pusta, prosta droga, wiatr w plecy i ja. Jakże miłe jest śmiganie w takich warunkach po 43-45 km/h. Chyba jeszcze nie miałam okazji doświadczyć tego na żywo, ze wszystkich sił polecam! I jak fajnie jest dostać owacje od wolontariuszy, gdy za pierwszym razem łapiesz z punktu bidon w takich oto (no dobra, ciut zwolnionych) okolicznościach :) To są takie właśnie moje małe szczęścia w tym triathlonie.

Niestety w zasadzie już od początku etapu kolarskiego, nie czułam się na siłach, by pojechać go zgodnie z wcześniej założonymi watami. Może po prostu jestem cienka. Może to nie mój dzień. A może psychicznie nie jestem jeszcze gotowa na taki długotrwały ból? Tak czy siak, musiałam zrewidować plany i znaleźć w miarę optymalne rozwiązanie, by ukończyć to wszystko jakoś poprawnie i bez wstydu. Jechałam w konfiguracji: wysoki stożek (88 mm) tył i standardowe (55 mm) koło przód. Przy moich umiejętnościach i mocy oraz w tych warunkach (wiatr oraz odcinki z kiepskim asfaltem) wydawało się to optymalnym rozwiązaniem. I chyba tak było – rowerek sprawował się znakomicie. Dziękuję Larremu Zębatce za przyszykowanie bolida i oczywiście Krisowi (cmok) za ostateczny przedstartowy serwis.

Rękawek!!! Czyli mamy wreszcie przyczynę kiepskiego etapu kolarskiego.

Trasa prosta, sprzyjająca szybkiej jeździe, nawet z uwzględnieniem kilku rond, zakrętów, dwóch niewielkich podjazdów oraz fatalnego ok. 10-kilometrowego odcinka na wale wzdłuż rzeki po kiepskiej nawierzchni i pod mega mocny wiatr. Jechałam wg mojego planu B i była to fajna i solidna jazda. Pod kontrolą i bez zarzynania się, z pilnowaniem jedzenia i picia. Niestety po ok. 2 godzinach wraz ze zmagającym się wiatrem w twarz, zaczęłam słabnąć i zwalniać. Spadały waty, malała prędkość, entuzjazm też miał tendencję spadkową… Wyprzedziły mnie cztery dziewczyny, z innych kategorii wprawdzie, w tym uśmiechnięta i niesamowita Iza, ale przecież nikt nie lubi być wyprzedzany :) Niech to się już skończy, bo naprawdę zaczynam mieć tego troszeczkę dość!

Skończyło (czas roweru: 2h 31′, średnia prędkość: 35,7 km/h), a nagrodą pocieszenia (nie zapomnę tego do końca życia) był widok totalnie pustych wieszaków w mojej strefie zmian. Ale gdzie są wszyscy?

Biegnij Bo!

I teraz oto ono! Największa niewiadoma dzisiejszego dnia. Największa zagadka. Bieganie! Na treningach nie biegam dużo, widmo kontuzji wciąż tam gdzieś wisi w powietrzu, dlatego obciążenia i objętość zwiększamy bardzo powoli, co niestety nie czyni mnie faworytką w starciu z ostatnim etapem triathlonu… Bałam się okrutnie, że zsiądę z roweru i mnie zabetonuje mięśniowo, a oddechowo przytka niczym toffifeekiem. Że będę już mieć dość po pierwszym kilometrze. A tymczasem czekało mnie podwójne zaskoczenie. Raz, że zaczęłam bieg nadzwyczaj luźno, lekko i przyjemnie, a dwa, że Kris krzyknął, że jestem druga. No, drodzy Państwo. Wszystkiego mogłam się spodziewać, ale nie tego! Serio. Pomyślałam sobie wtedy, ale czad, napiszę w relacji – bo pewnie zaraz mnie wyprzedzą same dobre biegaczki – że przez moment to ja nawet Wicemistrzynią Świata byłam! Hehe.

Bożena triathlonu

Trasa biegowa może nie należała do szybkich, ale dzięki licznym zawijasom, nawijkom oraz zróżnicowanej nawierzchni (biegliśmy zarówno po asfalcie, jak i kostce, przystrzyżonej równiutko murawie oraz po ziemistym padoku) nudy nie było! Do tego sporo punktów odżywczych, kibice, trzy okrążenia, które pozwoliły głowie lepiej zracjonalizować dystans. Nie pozostawało nic innego jak tylko wziąć i ten półmaraton przebiec. Tylko tyle.

Wspominałam już, że nie przyjechałam do Samorin po pudło. Serio. Może to nie jest właściwe podejście i pierwszy lepszy kołcz zganiłby mnie za tę postawę mówiąc, że powinnam wizualizować właśnie tylko ambitne plany oraz sięgać hen najwyżej, a nie tylko wysoko. Ale mi zdecydowanie lepiej idzie, gdy nastawiam się na walkę z sobą i wynikiem, a nie z dziewczynami (to jedna z nauk, które wyniosłam ze sMentoringu, dziękuję Mistrzu). Niestety w Samorin zostałam brutalnie i wbrew własnej woli zmuszona do odstąpienia od mojej zasady! I kurwens, musiałam walczyć o miejsce! Już kiedyś raz tak uciekałam (na zwycięskim Ultramaratonie Podkarpackim) (fajna relacja, można poczytać) i powiem Wam, że nie należy to do miłych doznań, ani psychicznych, ani fizycznych.

Jestem jego psychofanką! I wcale nie trzeba ładnie biegać, by wygrywać.

Pierwsze kółko (7 km) nawet spoko. Biegnę w okolicach 5:00, oddycham, jem, piję i polewam się wodą na punktach. Na zawijce odmachuję uśmiechniętej i prującej po swoje Izie (obroniła mistrzostwo!), chwilę potem pozdrawiamy się z Ewą, nawet o sylwetkę biegową jakoś dbam hehe, jest dobrze. Na trasie pojawia się coraz więcej zawodników, przede wszystkim panów, którzy na tym końskim padoku tętnią mi za plecami, po czym mijają jak furmankę. Ihahaaa, o ile nie jesteś kobietą mijaj mnie koniu, wio – myślę sobie co jakiś czas zerkając kontrolnie na garmina i generalnie ciesząc się, że biegnie mi się w miarę dobrze.

I wtem o-oł. Po krótkim acz ostrym podbiegu na wał, stawia mnie jak szwagier wódkę. Nagle moje uda zaczynają ważyć tonę, trudniej mi się oddycha, tempo spada, a wraz z nim odpływa gdzieś moja wola walki i ambicja. Leo why? No trudno myślę sobie, to pewnie byłoby na tyle tego mojego biegania i zaczynam targowanie z samą sobą, że byleby do punktu. Tutaj muszę przyznać, trochę się już poddałam. Było ciężko, było gorąco. Czułam się upodlona tym wysiłkiem, bezradna wobec swojej niemocy, przegrana. A tymczasem mijana na zawijce Ewa (pozdrawiam!) wyglądała jakby ze SPA wyszła, świeżutka i uśmiechnięta. Generalnie ta dziewczyna na każdych zawodach jest jak ten przystojny biegacz z memów. I o ile kibice mają piękne, godne pozazdroszczenia widoki, tak człowiek, który bezpośrednio z nią rywalizuje jest na lekkim wkurwie, że on tu ómiera i straszy wszystkich dookoła, a ona ot tak, biegnie sobie lekko, uśmiecha się i niweluje różnicę :)

Czy daleko jeszcze do konia?

Pod koniec tego masakrycznego drugiego kółka Kris krzyczy, że Ewa minutę za mną i że biegnij Bo. I wtedy, nie wiem jakim cudem i sposobem, coś się we mnie odblokowało. Włączył się gen wojowniczki. Opierdoliłam siebie za te momenty zwątpienia i postanowiłam zawalczyć. Chyba też coś Kris o jedzeniu wspomniał, ale nie pamiętam dokładnie ;) Wiem tylko, że pomyślałam sobie wtedy „ja mam kuźwa teraz większe zmartwienia na głowie, tzn. ucieczkę, a nie jakieś tam żele”. Brawo ja! (do końca wyścigu nic już nie zjadłam, a na samym biegu tylko 1 żel). Zacisnęłam pięści i do boju Bo! Dajesz Kung-Fu Panda!

Co tam się w tej mojej głowie przez ostatnie 7 kilometrów działo nie wie i nie zrozumie nikt. Kalkulacje, że w ile to się odrabia 1 minutę? W dwa, cztery czy w sześć kilometrów? Że polewać się wodą wodą wodą bo Kuba kazał. Czy daleko jeszcze do konia. I że nie oglądaj się Bo, bo to oznaka słabości i jeszcze ją (rywalkę) przyciągniesz tym wzrokiem. I dlaczego ci kibice tak hałasują i wkurwiają. Omójborze, no jednak nie dam rady, tak bardzo mi źle i tak bardzo cierpię. Bo! Ogarnij się, minuta to kupa czasu, wystarczy tylko biec i dowieziesz to do mety. Trochę przekleństw na triathlon, których nie zamierzam tu cytować, złorzeczenia na pogodę i masakryczny ból parówek oraz kto wymyślił te pieprzone zakręty i nawijki! I tak sobie to przegadałam, że od 17 km tempo, akuku, zaczyna wzrastać, a moja wiara, że to się kurwa może udać, zuchwale umacnia się i pcha mnie dalej do mety. Cel przygłuszył ból! Biegnij Bo! Run! Run Bo!

Jest już 20 kilometr – zrobisz to Bo! Jest 21 – no zrobię! Jest meta! TAK! Zrobiłam to! No przysięgam, ja pierdolę, nie wierzę. Zrobiłam to! Uciekłam. Zostałam Wicemistrzynią Świata!

10 sekund później leżę już pod schodami i czuję, że odpływam. Polewam się wodą po szyi i brzuchu (pamiętałam z Susza, że tak cucono Olgę) i zamykam oczy. Ktoś coś się pyta, ale po obcemu, ktoś smaruje mi nadgarstki lodem i woła innych. Chyba dzieje się nade mną jakieś zamieszanie, ale w sumie to nie jestem pewna. Woda, lód, lód, dużo wody i nagle pojawiają się nosze, na widok których od razu robi mi lepiej i uśmiechnięta siadam. I’m ok mówię i myślę sobie, że nawet byłoby fajnie na tych noszach, trochę jak lektyce, ale chyba, mimo iż jestem vice, dzisiaj sobie to jeszcze odpuszczę. I AM OK!

Na metę (tempo biegu 5:09 min/km) wbiegłam 24 sekundy przed trzecią zawodniczką (może i dobrze, że nie wiedziałam, że jest tak blisko). Pierwsza, jakaś kosmitka, była totalnie poza zasięgiem. Fajna jesteś, ty moja nowo kategorio! I bądź dla mnie dalej proszę tak łaskawa.

Dziękuję wszystkim, którzy dołożyli do tego mojego „sukcesu” choć małego bąbelka! Kris. Genialny trener Kuba, który nie tylko potrafi to wszytko treningowo rozkminić i mądrze ułożyć, ale też rozumie i cierpliwie słucha tego mojego jojczenia. GB Sport i cały pływacki tor nr 3, Wy wiecie za co! Ewa, za mobilizację do walki na trasie. Przyjaciele za wsparcie i trzymanie kciuków. Run&Bike za suplementację. Czytelnicy <3

A kto się cieszy najbardziej? Note to myself: zawsze, ale to zawsze zabieraj ze sobą koszulkę Smashing Pąpkins na dekorację, bo nie wiesz kiedy może się przydać

Oj! Ile mnie ten start kosztował (pieniędzy hehe też, dobrze, że choć zjumałam dwa bidony z punktu). Ile nauczył! Nie zrealizowałam wprawdzie założeń i łamanie piątki (ostateczny czas 5:04) (życiówka) odsunęłam w czasie, oby niezbyt długim. No ale zdobyłam tytuł Wicemistrzyni Świata i dzielnie walczyłam na trasie – dziś to mnie cieszy i buduje oraz pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Uczestniczyłam w fantastycznej imprezie zorganizowanej na najwyższym poziomie, rozmawiałam z Lionelem, mam zdjęcie z LucySebastianem. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to wszystko to jeden wielki marketingowy szwindel, ale co z tego, skoro pozwala człowiekowi się rozwijać i przekraczać kolejne granice. Skoro łączy ludzi i umożliwia dzielenie pasji oraz przeżywanie wspaniałych emocji. Emocji, których nigdy nie poznałabym, gdyby nie triathlon.

Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że w Roth zdobyłam kwalifikację na tę imprezę. I jak myślałam czy zapisywać się na  Mistrzostwa Świata czy nie oraz kalkulowałam i liczyłam czy warto. Teraz wiem jedno: zasada YOLO, którą się wówczas kierowałam, jest najlepszą zasadą ever!

YOU LIVE ONLY ONCE! I dzieją się rzeczy, o których człowiek nawet nie śmie marzyć!