Single Blog Title

This is a single blog caption
07 Wrzesień 2016

Triathlon Energy Bełchatów. Pierwsza i przedostatnia

Trzecia połówka w sezonie. Trzecia próba zmierzenia się z dystansem 113 km. Trzeci start w ostatnich trzech tygodniach… Oraz kolejny element mozaiki, którą składam już od jakiegoś czasu i na której zapisuję dekalog mojej sportowej mądrości :)

Z jednej strony wiedziałam, że najważniejsze starty już za mną, że co miałam (a raczej, co potrafiłam) w tym sezonie zrobić, to zrobiłam. Że nie ma już ciśnienia i że teraz to radość ze startów ma być i nabieranie doświadczenia. I niezrobienie sobie krzywdy. Z drugiej jednak… No rozpieściły mnie te „sukcesy” minionych weekendów. I jakoś tylko po pietruszkę do Bełchatowa jechać nie chciałam. Po cichu wciąż liczyłam na mocny rower, niestrudzenie wierzyłam, że a nuż zaskoczy bieganie. Marzyłam tak sobie, że fajnie byłoby na przykład popłynąć jak w Kraśniku, pojechać jak w Suszu i pobiec jak w Gdyni :) Oj, Bo ty fantastko!!! A przybysze są zieloni…

I tak niby bez ciśnienia i spox. A w środku presja na wynik i poprawę rezultatu z Susza. Że nie ma się czym martwić i że jednak trzeba zapierdalać. Raz, że wyluzuj Bo, a potem znowu ciśnij i #ozd. Wahadło uczuć. Huśtawka emocji. Huśtawka, która zamiast zatrzymywać się i zwalniać wraz ze zbliżającą się godziną startu, rozbujała się na dobre i gotowa była wystrzelić mnie w kosmos niczym z katapulty. Bo! Na przyszły sezon zrób coś z tym, bo faktycznie wylecisz w gwiazdy.

IMG_4635

A krajobraz w Bełchatowie urzekający. Kocham góry i dziką przyrodę, ale industrialny klimat Słoka, gdzie rozgrywane były zawody, również miał swój niepowtarzalny urok. Las, piach, wybetonowany zbiornik, w którym mieliśmy płynąć, jakieś opuszczone kioski i wiaty… I górujące nad wszystkim, dymiące kominy z elektrowni. No, lubię takie klimaty.

Jak na olimpadzie, tfu olimpijce

Odpuściłam ostatnio trochę pływanie, więc całkiem nie wiedziałam, czego mogę się po sobie spodziewać. Miałam po prostu płynąć swoje, z dynamicznym i mocnym atakiem na wodę, bo wszyscy się śmieją, że zamiast szybko, to ja z gracją pływam i dokładnie. A przecież nikt tu nie daje noty za styl. Dobrze mi się płynęło. W sensie, nie że komfortowo, musi trochę boleć, ale odniosłam wrażenie, że nawet to wychodzi. Najpierw zostałam trochę w tyle, potem ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zaczęłam wyprzedzać, ba, nawet czułam, że to ja wiozę kogoś w swych bąbelkach. You welcome! Fajne to pływanie. Sama kilka razy też dorwałam czyjeś nogi, ale niestety za wolne były i musiałam (mus to mus) znowu wyprzedzać. Większą część dystansu płynęłam więc sama ciut słabnąc na koniec i pozwalając, by cały ogon, który ciągnęłam za sobą wziął mnie na ostatniej prostej…

Szkoda tylko, że zwiało bojki i trasa była znacznie skrócona… Mój Garmin pokazał 1500 m (u innych w porywach do 1600 m) – czyli olimpijka. Popłynęłam to jednak w 27 minut. Ach! Gdyby tak pełen dystans pływać sub 30… No dobra, w 32 minuty. Tak, przybysze są zieloni jak ciasto kiwi.

To nie jest przejażdżka

Dłuuuugi dobieg do strefy, zrzutka pianki, oksy na nos, pasek z numerkiem klik, kask zapięty i butki zarzepione. Lecimy. Fajny jest ten moment niepewności (wciąż go mam) – czy ja aby na pewno umiem jeździć na rowerze. Na początku jeszcze wolno, w górnym chwycie, zwłaszcza, że dziury i wertepy, ale po zakręcie, gdy wykładam się na kierownicy, dociskam pedał i krzyczę lewa wolna – to już wiem, że to jest to! Że jednak umiem!

IMG_8027

Sid dopiero się rozkręca. Fot. M. Drążek

Czasem wyznaczam sobie jakieś punkty na horyzoncie do złapania i wyprzedzenia. Czasem skupiam na sobie i po prostu jadę. O jednym tylko muszę pamiętać, bo zdarza mi się wyłączyć, zamyślać i zapominam wtedy o najważniejszym. To wyścig jest! A nie przejażdżka rowerem. Zaperdalando non stop! Mam cały czas pracować, trzymać kadencję, cisnąć, czuć szczypanie w udach. Niemaniemogę! NON STOP! Na prostej ma być 38 w porywach do 43 km/h (zdarzało się, nie powiem), przed zakrętem i nawijką redukcja, wolniej i przede wszystkim bezpiecznie, a potem rozpędzanie Czesława od nowa i ciśnięcie dalej. Dobrze mi się jechało, było mocno, miejscami (zwłaszcza na takich upierdliwych i długich jak kolejka do wagoników na Kasprowy, płaskich a jednak pod górkę wiodących, prostych) dość ciężko, ale generalnie czułam ten rower. Nawet pod wiatr. Było ok.

14183847_1658415571141523_376515643031683163_n

Sid już jedzie. Fot. Triathlon Energy

Jednak w połowie dystansu zaczęłam słabnąć… Wyszły braki treningowe i fakt, że ostatnio zdecydowanie mniej kręciłam na bajku. Zaczęło coraz mocniej wiać, a moje nóżki nie były już takie ochotne do współpracy. Na dodatek te wybijające z rytmu zakręty i nawijki. Co z tego, że na prostej jadę 37 km/h, jak na nawrotce zwalniam w zasadzie do zera i muszę rozpędzać się od nowa. Na całej trasie (policzyłam) było 28 zakrętów oraz 16 nawijek o 180 stopni.

Aj, nie było to miłe, gdy mimo wkładania w jazdę dużej siły i serca, prędkość spadała, a ja (oprócz robienia głupich min) nie miałam pomysłu jak temu zaradzić… (Dziwne, a w Radłowie miny działały)

„Dawaj dawaj, nigdy się nie poddawaj” krzyczała jakaś dziewczynka przy strefie zmian dudniąc w swój zabawkowy bębenek. Dawaj dawaj Bo, powtarzałam sobie po cichu starając się nie myśleć o braku sił. Nigdy się nie poddawaj! Chyba najtrudniejsza pod względem mentalnym i fizycznym była trzecia (i zarazem przedostatnia) pętla. Potem znowu udało mi się zebrać w sobie i cisnąć nawet pod wiatr, pomagał doping oraz okrzyki mijanych na zawijce znajomych (i nieznajomych) zawodników z krótszych dystansów. Dziękuję!

IMG_8106

I Sid się już zmęczył… Fot. M. Drążek

Jak się później okazało (nie monitoruję aż tak Garmina podczas zawodów), trasa kolarska również była krótsza o ok. 2 km. Przejechałam ją w średnim tempie 33,8 km… Ehhh. W sumie większość ludzi, z którymi rozmawiałam za metą podkreślała, że przez te nawrotki i zakręty oraz mocny wiatr nie była to łatwa trasa… No nie była. Co nie zmienia faktu, że powinnam pojechać to ciut lepiej. Zwłaszcza, że naprawdę się na tym rowerze nie obijałam.

Kung Fu Zombie

Zsiadając z roweru przed strefą aż mi się w głowie zakręciło tak byłam zmachana… No chyba nie poszalejemy na biegu za bardzo przeszło mi przez głowę, ale nie chciałam się też martwić na zapas, więc po prostu pognałam przed siebie. A trasa również do łatwych nie należała. Najpierw prosto i po asfalcie, potem nawijka, skręt i zbieg. I znowu nawijka, 20 metrów prosto leśną ścieżką i piachem w dół, by zaraz piąć się pod górę. Potem w pełnym słońcu długo długo prosto wzdłuż akwenu, w którym płynęliśmy, nawrót i z powrotem do jednego i drugiego zakrętu. Góra dół, i w lewo. I tak wszystko cztery razy.

IMG_8399

Kung Fu! Naprawdę staram się coś z tymi rękami zrobić… Fot. M. Drążek

Pierwsze kółko jeszcze spoko, ale potem zaczęły się problemy. Cały czas chciało mi się pić, słabłam z każdym metrem. Tempo spadało proporcjonalnie do nasilającego się słońca i wzrastającej temperatury, która skubana we wrześniu postanowiła sobie ot tak przekroczyć 30 stopni C. Oj, jak było ciężko! Pożegnałam się z życiówką (wtedy jeszcze nie wiedziałam o krótszym etapie pływackim i rowerowym), byle tylko przetrwać, byle biec.

Jedyne z czego jestem dumna, to z faktu, że ani razu się nie poddałam, ani przez moment nie przestałam walczyć. Nie tym razem! Niech będzie to tempo 5:30, ale cały czas mam ze wszystkich sił brnąć do przodu. Na tyle ile potrafię. Jeden kubek wody do picia, drugi na siebie, jeszcze jeden w paszczu i wciąż było mi mało. Woody! Próbowałam coś z moją fatalną techniką biegu kombinować, że może wtedy będzie łatwiej, poprawić ręce, zrolować miednicę, zwiększyć kadencję, ale nie, nie pomagało. Oddech za oddechem, krok za krokiem, cios za ciosem Kung Fu Panda, a potem raczej Kung Fu Zombie przesuwało się do przodu. Jeśli tak ma wyglądać „moje spełnianie marzeń w Roth” to ja nie chcę ajrona. Pierdolę. Nie. I charczałam coraz głośniej walcząc, by nie przejść do marszu oraz odliczając dystans od punktu z wodą do punktu.

14225567_636786999819005_1131319161940959050_n

Ale nichu nie wychodzi. Fot. Z Archiwum TRI

Jeszcze tylko ostatnie kółko, że dajesz Bo, słyszę od cudownych kibiców, z którymi niestety nie potrafię nawiązać już kontaktu…  A coraz więcej ludzi zwalnia i przechodzi w marsz. Oby do punktu z wodą, oby do punktu z wodą. Dobiegam licząc na odrobinę orzeźwienia i że dzięki temu jeszcze jakoś dźwignę się do przodu. Wyciągam rękę po kubeczek i… Zabrakło wody. Nie ma. Nic jest. Zero. Wtedy był najgorszy kryzys pamiętam. Walnąć się na te szyszki i w cień zamarzyłam albo do wody wskoczyć, przerwać koszmar i pogonić w diabły wszystkie te triathlony! Dość!

Ale o dziwo, wtedy też największa złość we mnie wstąpiła. Nie poddam się! Właśnie kurwa teraz się nie poddam! Zaczęłam ssać warkoczyk, w którym jeszcze trochę wody od polewania się znalazło (śmiejcie się, śmiejcie), zacisnęłam pięści, człapałam do przodu i czekałam na przełamanie. I co? I nastąpiło! Psiajegomać! W międzyczasie wolontariusze (ci od brakującego picia) z jeziora do miednic wody nabrali i ratując nam życie do polewania udostępnili. Ooo, woda! Jak dobrze. Dzięki wam o wspaniali, serio!

Jeszcze 3 kilometry, ómieram a jednak biegnę. Tylko dwa. Biegnę. I ómieram. A na koniec, gdy na zegarku zobaczyłam, że dopiero piąta godzina mija i że w sumie mogę nawet przed 5:09 zdążyć, sama nie wiem skąd i jak, pewnie tylko siłą woli i tą energią od słońca napędzana oraz wyssaną wodą z warkoczyka, przyspieszyłam. Brama, spiker do mikrofonu że dajesz Bożenka, ból i łzy. Game over. Do odcięcia. Jestem. Na metę wpadłam z czasem 5:06 – jako pierwsza i zarazem przedostatnia kobieta na dystansie 1/2 IM w Triathlon Energy Bełchatów. Tak, startowałyśmy z Anią we dwie :)

Czy zrobiłam życiówkę w Bełchatowie? No nie. Czy jestem zadowolona ze startu? Niespecjalnie, niestety nie da się być w gazie przez ponad 3 miesiące. Czy zwyciężyłam? Ze sobą tak, na zawodach byłam raczej przedostatnia… To warto było Bo jechać i startować? Oczywiście, że tak! Nauczyłam się całej masy różnych rzeczy o sobie i dlatego ten start jest dla mnie bardzo ważny! Ale o tych sportowych mądrościach i moich (eureka) triathlonowych odkryciach napiszę innym razem, w końcu jakieś podsumowanie sezonu też trzeba będzie na bloga skrobnąć.

14123420_1222466807774093_1415812360_o

Tylko czy kominy i statuetki widać? Fot. Aga

Dziękuję organizatorom za super imprezę i zaangażowanie, z jakim podchodzą do najmniejszych nawet szczegółów. Było różowo i było super! A statuetka jedna z moich najładniejszych w tym roku. Buziaki dla sióstr z Luft Tri Ladies (mryg, zrobimy to!) i triathlonowa piona wszystkim fantastycznym ludzi, których miałam okazję w Bełchatowie spotkać i poznać. Dziękuję również: Veloart, Huub, Natural Born Runners, Zeropoint.

Ja zmykam na roztrenowanie i zasłużony (mam nadzieję) odpoczynek. A od października pisać się będzie nowa (ale taka totalnie nowa) historia… Nie odchodźcie.