Single Blog Title

This is a single blog caption
05 Kwiecień 2016

Co ma pływać, utonęło

Chciałabym czuć teraz taką sportową złość. Chęć odegrania się i poprawienia na przyszłość. Być wkurzona i przez to jeszcze bardziej zmotywowana do dalszej pracy. Przecież nie raz już mi nie wychodziło, a potem było jeszcze gorzej… Tymczasem jedyne co czuję po swoich pierwszych zawodach pływackich w życiu to smutek, rozżalenie, wstyd i wielkie rozczarowanie. Upokorzenie. Nawet nie przed innymi – znam swoje miejsce w szeregu i rzadko się z niego wychylam, ale upokorzenie przed samą sobą. Wielki dół.

Wyobraź sobie, że uwielbiasz podróżować w kosmos. Latać daleko i wysoko, a z każdej podróży na kolejną planetę przywozić satysfakcję, masę pozytywnych wspomnień i jakieś tam nauki do wykorzystania w kolejnych wypadach. Oczywiście, nigdy nie podróżujesz bez przygotowania, zawsze starasz się poznać geografię, historię, kulturę tamtejszej społeczności, a przede wszystkim dobrze (tj. na poziomie komunikacyjnym) nauczyć ichniejszego języka. Bo przecież najfajniejsze w tym wszystkim jest gadanie. Uczysz się więc tego języka, powtarzasz odmianę, kujesz słówka i poznajesz czasy. Nawet jest fajnie, bo przecież lubisz się uczyć i poznawać nowe, a na początku zawsze widać postępy. Oczywiście jesteś świadomy swych ograniczeń, nigdy native speakerem nie będziesz, ale sumiennie pracujesz, gdyż chcesz się z tymi kosmitami po prostu dogadać.

12967298_10206180335531251_7903805724138831398_o

Fot. Paweł Mizieliński www.lightstudio.pl

Podekscytowany, ciekawy i wręcz zniecierpliwiony nowych wrażeń przylatujesz na tę planetę. I łup! Nie dość, że zamiast ciepła jest zimno i tlen też jakiś rozrzedzony mają, to ty NIC z tego ich języka nie rozumiesz! Nic, zero, null, NICHU nie kumasz co te kosmity do ciebie mówią i swoich potrzeb również nie potrafisz wyartykułować. Starasz się, spinasz, wszystkie żyłki w organizmie do granic możliwości naprężasz – a tu ściana. Zero kontaktu. A wszyscy dookoła (również przyjezdni) gadają. I wydają się bawić doskonale.

Tak właśnie było w moim odczuciu na III Charytatywnych Zawodach Pływackich Masters „Pływam dla”. Dobrze, że choć charytatywnych – jedynie w tym dostrzegam sens mojej obecności na tej imprezie. Ściana. Totalny brak kontaktu z obcymi. Zero relacji. Nawet nie jestem zła z tego powodu, że nie wyszło. Tylko smutna i rozczarowana, że mimo treningów i sporej pracy, a także dużego serca, jakie w pływanie wkładam oraz przyjemności, którą z pływania mam (miałam) – potoczyło się to (nomem omen) tak fatalnie. Porażka doskonała. Jeszcze chyba nigdy, żaden z moich sportowych startów tak bardzo mnie nie zdołował i nie zdemotywował… Mnie!

Trudno opisywać tu cokolwiek czy tworzyć coś na kształt relacji. Jedyne co zapamiętałam to swoją bezsilność. Im bardziej młóciłam tymi rękami w wodzie i w powietrzu, tym bardziej stałam w miejscu. Im mocniej machałam nogami, tym wolniej przesuwałam się do przodu. Im usilniej szukałam sposobu, aby po prostu płynąć szybciej, tym bardziej go nie było.

Oczywiście wiem, że nie trenowałam pod tego typu zawody i pływanie 3×800 m nijak ma się do wyścigu na 50 m dowolnym. I że nie przyjechałam tu wygrywać tylko raczej poznać coś nowego oraz skoczyć na główkę bez spadnięcia okularków :) co notabene (ha!) udało się w stu procentach. Mam świadomość, że bliżej mi do szachisty niż sprintera (w podstawówce w biegu na 60 m zawsze byłam ostatnia w klasie), a moje ręce raczej do podtrzymywania pędów fasoli niż do młócenia ziarna się nadają. Wiem, że moim docelowym pływackim dystansem jest 1,9 km, a nawet ciut dłużej. I że tak naprawdę, to pływanie wcale nie jest w tym triathlonie takie ważne ;) Oraz że dwa dni przed zawodami w stanie agonalnym grypę żołądkową przechodziłam. Wiem. Ja to wszystko wiem. I nie trzeba mi tego powtarzać oraz w ten sposób pocieszać. Ale kurwa na nic mi ta wiedza, skoro pływam źle. Wielka beznadzieja. I smutek…

12928179_10206180337371297_1936253873600657726_n

Fot. Paweł Mizieliński www.lightstudio.pl

A w ogóle to takie pływanie na zawodach (oprócz rzecz jasna mojego) strasznie krótko trwa. I nawet nie ma kiedy czegoś skorygować lub poprawić. Gwizdek, fikołek lub dwa i koniec. Na bieganiu to ja mam czas, by delektować się wysiłkiem :) Mogę prowadzić z sobą dialog i na każdym metrze rozliczać siebie z przebiegniętych wcześniej treningów i podjętych starań. Oczywiście nie ma tu wymiany jeden do jednego, ale np. taki maraton to blisko cztery godziny „odbierania” sobie tego, co wcześniej się wybiegało i wypracowało. Sprawiedliwie. Na pływaniu to ja nie zdążę metki od stroju schować i już jest po.

Ale żeby nie było, że tylko jojczę, choć oczywiście wielki smutek trwa i nic nie zapowiada jego rychłego końca, to dwie rzeczy mi się spodobały. Pierwsza to panujący na całej pływalni team spirit. Okazało się, że pływanie to normalnie dyscyplina drużynowa! Do Warszawy przybyło sporo ekip z całej Polski, ja debiutowałam w żółto-granatowych barwach GB Sport Rzeszów. Fantastyczne było to wzajemne kibicowanie, motywowanie, gratulowanie i zaciskanie kciuków. Kiedy jeden w wodzie, cała reszta stoi na brzegu, robi zdjęcia, gwiżdże i głośno dopinguje. A potem przybija piątki. To mi się podobało, to było zajebiste!

I druga rzecz, która mi przypadła do gustu – będąca w zasadzie w totalnej opozycji wobec pierwszej – to… wejście na słupek przed startem. Nie śmiać się, ale serio. Trudno opisać, zwłaszcza tym, którzy nigdy nie doświadczyli. Oraz biorąc pod uwagę specyfikę i dziwność owego fetyszu. Ale ten moment. Kiedy wchodzisz na słupek. I nagle w głowie robi się tak cicho i spokojnie. To skupienie. Tylko ja i słupek. (Jakkolwiek to brzmi). Ja i on. Oraz widok niebieskiej tafli wody. Poprawiam czepek, okularki, biorę głęboki oddech, przyjmuję pozycję do startu i czekam na sygnał. Ta cisza… Tak, trzeba przyznać, że to zdecydowanie najciekawsze wspomnienie z całej tej podróży na obcą planetę.