Single Blog Title

This is a single blog caption
02 Wrzesień 2015

Czy wszyscy są gotowi na wielki powrót?

Ach! Jak ja bym chciała, aby on był wielki bo spektakularny! Że fufu dwa treningi, a ja znowu fruwać będę ponad chodnikami i jeszcze jakieś pudło na koniec sezonu zaliczę. Ach! Chciałabym! Owszem powrót będzie wielki. A jakże. Ale wielki, bo szalenie trudny. Zarówno w głowie, jak i na ciele.

Ktoś powie, że przecież jestem mistrzynią powrotów. Shin splits, ITBS, dwa dzwony na rowerze, w tym jeden ze złamaną szczęką. Któż lepiej nie wraca, jeśli nie Bo? No któż.

Ale teraz jednak się boję. Najnormalniej w świecie boję się biegać. Cały czas mam w sobie niepewność, że zaraz coś w tej nodze gruchnie i wszystko zacznie się od nowa. To zapewne książkowy syndrom pokontuzyjny. Chcesz biegać, bardzo chcesz, a równocześnie nie chcesz, bo paraliżuje cię strach. I ten moment na początku hehe treningu, aby odważyć się odbić i zrobić pierwszy biegowy krok. I potem następny. Za każdym razem czuję ten niepokój. Jak w podstawówce, gdy nie byłam nauczona, a pani otwierała dziennik i wybierała nazwisko straceńca do tablicy. Mrużę oczy, zaciskam zęby i wstrzymując oddech czekam na najgorsze, czekam na ból. A tu cisza. I następny krok i znowu ta wyczekująco-wystraszona mina i znowu cisza…

Cisza pozorna, bo w tej ciszy i tak słyszę oraz odbieram masę innych dźwięków i sygnałów. A czy aby na pewno nie boli mnie teraz kolano? A co to za ciągnięcie w biodrze? A czemu ta stopa jakoś tak dziwnie? Oj, czuję jakieś skrzypienie w piszczeli, jak nic, pewnie znowu łamie się ta kość! Moje ciało jest teraz jedną wielką, głośną syreną alarmową informującą, że niebezpieczeństwo czyha wszędzie. Obym tylko nie ogłuchła i nie zwariowała od tego buczenia. Bo przecież tak naprawdę to jest cisza. I nic nie boli. NIC. NIE. BOLI.

IMG_4608b

Chyba nie wszyscy są gotowi na wielki powrót…

Pan doktor profesor po przeanalizowaniu wyników ostatniego rezonansu powiedział, że jaknoga zrośnięta i że nawet nie widać śladu (niech zajrzy do mojej psychiki!). Oczywiście po cichu zasugerował wybór innego sportu niż bieganie, ale człowiek nie jest taki, aby wszystkie zalecenia bezrefleksyjnie wykonywać, nie? Poza tym jakoś głośno było od ulicy i nie słyszałam dokładnie. Na szczęście pan rehabilitant (stawiający na nogi naszych rzeszowskich siatkarzy, mistrzów kraju) obiecał, że jeszcze niejeden maraton przede mną. Przy okazji stwierdził, że krzywo biodro miałam i przez to jedną nogę krótszą (coś mi się faktycznie rolowała ostatnio pończoszka na prawej), po czym nastawił dwoma zdecydowanymi ruchami (auć) i teraz znowu jestem symetryczna. Ćwiczenia nakazał robić (robię), nad wyborem specjalistycznych wkładek zastanowić radził (nie sądzę) i powodzenia życzył mówiąc, że z jego punktu widzenia połamać trzeci raz to ja się już raczej nie powinnam.

Żeby tylko ten strach minął… No i zadyszka po pierwszych dwóch kilometrach :) Bo męczę się strasznie podczas tego człapania. Dziwne, przecież przez minione 2 miesiące brzuchem do góry nie leżałam, na rowerze jeździłam, dzwonkami dzwoniłam i sporo też pływałam, a jednak forma gdzieś fiuuuu uleciała. Wysoko wysoko hen. Masakra jakaś. Czy ja kiedyś jeszcze będę umiała biegać z uśmiechem? Czy poczuję ten flow i radość z połykania kolejnych kilometrów? Czy wrócę? Mocniejsza?

Niby wiem, że tak. Ale na razie to sobie tego jakoś nie wyobrażam…

Aha. I idą zmiany. Nie jakieś tam rewolucje i dramatyczne zwroty akcji. Ale zmiany będą. Oczywiście na lepsze. W końcu oprócz Was, jeszcze taka jedna musi być na ten wielki powrót gotowa.