Single Blog Title

This is a single blog caption
15 Listopad 2013

Trzecia najszybsza we wsi

Zaraz, zaraz. Coś mi tu nie gra. Dlaczego nie mam na sobie pianki? I czepka? I dlaczego wszyscy stoimy na ulicy, a nie jesteśmy w wodzie? Czekając na sygnał startu przed I Rzeszowską Niepodległościową Dychą (9 listopada 2013 r.) uświadomiłam sobie jak ja dawno nie startowałam w żadnym biegu! Takim co ramię w ramię stoimy z innymi, gadamy, podskakujemy dla rozgrzewki, klepiemy się po udach (swoich) oraz nerwowo zerkamy na garmina i trzymamy się za lewy nadgarstek (również swój). A nie, że samotnie wybiegam z T2 przekręcając na brzuch numerek, poprawiając czapkę i tłumacząc nogom, że teraz mają biec nie kręcić. Jak dawno… W czerwcu chyba ostatnio? A może w marcu? Tak, taki duży, prawdziwy, uliczny mój start to pamiętny marzec i mroźny Półmaraton Warszawski. Ale zleciało…
Tego biegu na dychę tak naprawdę miało nie być. Bo kontuzja, bo Skarżyński i tłuczenie kilometrów, bo totalny brak formy i szybkości. No ale nie pobiec mam, jak ITBS puszcza (choć tak naprawdę to nie)? U siebie? Z hordą znajomych? Towarzysko tak, przetruchtać ? :)
No ale powiedz Bo, biegnij towarzysko to prawie życiówkę machnie, taka sytuacja :) A miała tylko przyzwoicie pobiec, tj poniżej 47 minut. Tak mówił plan minimum. Lekko zarysowany plan optymalny zakładał, aby przede wszystkim zacząć spokojnie i nie spalić się na pierwszych kilometrach, a potem się zobaczy. Plan maksimum nie istniał, gdyż po prostu nie było żadnych podstaw i danych, aby takowy przygotować. Oczywiście chciałam pobiec „najlepiej jak tylko potrafię”, ale wiadomo, że czasem same chęci nie wystarczą…
A wracając do tej atmosfery przed 3-2-1 bum, to jednak uwielbiam. Jest coś w tym takiego, żeby nie zabrzmiało zbyt górnolotnie – takiego… czarodziejskiego? Stoimy razem, łączy nas wspólna pasja, podobne doświadczenia treningowe, buty miewamy takie same czy bluzy. Ale potem każdy jest sam. Sam ze swym oddechem, bólem, założeniami startowymi i myślami. Sam walczy. I sam wygrywa.

I poszli!
Fot. Podkarpacki OZLA

Tak więc, bez żadnych specjalnych założeń i napinki udałam się na linię startu chłonąc atmosferę biegowego święta i dziwiąc się ilu to już biegaczy mamy w naszej metropolii. Blisko 700 osób! Noo, to już jest coś, fajnie. Wcześniej jeszcze banan, kilka rodzynek, podwójne sznurowanie butków, delikatna rozgrzewka, jestem gotowa, lećmy. Upewniłam się jeszcze jakie tempo zagwarantuje mi przyzwoity wynik, aha poniżej 4:40, Bo nie przynieś sobie wstydu.

Zadziwiające ile na pierwszym kilometrze człowiek ma siły i energii. Normalnie frunie ponad chodnikami, jest lekki, radosny, niebywale szybki, niczym z Kenii, chwilo trwaj. Ale mądra Bo, która nie raz doświadczyła już tego startowego haju, a potem ómierała na dalszej trasie, w tym akurat biegu zaciągnęła hamulec i udało się jej nie spalić początku. Pierwsze dwa kilometry po 4:26 całkiem najs, ale w takim tempie to nie pociągniesz Bo za daleko, prrr stój dzika bestio. Posłuchała, zwłaszcza że zaczęło wiać, oczywiście w twarz, więc nie było wyjścia.A potem przypomniała o sobie rodzynka. Wiecie jak to jest, siedzi takie coś upierdliwe w gardle i nie daje spokoju. Po cholerę jadłam te rodzynki? Wiedziałam, że to moje łakomstwo kiedyś mnie zgubi, tylko czemu akurat teraz?

Następne kilometry bez szczególnej historii, złapałam rytm (tylko nie myśl o rodzynce), podczepiałam się pod jakieś barczyste plecy chroniące mnie od wiatru (że nieładnie tak?) i próbowałam nawiązać kontakt wzrokowy ze stojącymi obok w korku wściekłymi kierowcami, ale oni jakoś nie chcieli… I nastał podbieg. Tempo spadło, zaczęłam się ciut męczyć, rodzynka w gardle urosła do rozmiarów pomarańczy, ale przecież się teraz nie poddam, nie? Zobaczyłam jak znajomy Jacek mocno przyspiesza i wyprzedza innych i zapragnęłam być taka jak on. I udało się! Bo, jesteś szalona.

Myśl, że jest szansa na lepiej niż przyzwoity wynik pojawiła się ok. 7 km. Teraz już Bo nie ma przebacz. Pruj! 4:27, 4:21, 4:20, a w końcówce to nawet 2:37, choć to akurat uznaję to za dobry garminowy żart, hahaha. Oraz tętno maksymalne 200, a byłoby więcej, gdybym kilkaset metrów przed metą nie zsunęła opaski, bo totalnie brakowało tchu. Jak gnać to gnać, nie? Ma się tę pikawę i serce do biegania.

O, tutaj się pojawiła myśl „Gnaj”
Fot. Wojtek Maryjka

I tylko szkoda, że nie było pełnej dychy, bo byłaby oficjalna życiówka na 10 km w okolicach 44 i pół. Ale i tak jestem mega zadowolona, że tak to się ładnie poukładało i 9,7 km pokonałam w czasie 42:52. Aż strach pomyśleć, co by było gdybym się do tego biegu przygotowała oraz była w pełni sił i zdrowia. I gdyby nie ta rodzynka. Normalnie strach myśleć…

I jeszcze aby pudłowej tradycji stało się zadość: 3 miejsce w kategorii wiekowej oraz chlubne miano 3 najszybszej Rzeszowianki. I chodzę teraz po ulicach dumna jak paw chełpiąc się swoim osiągiem. Trzecia najszybsza we wsi! A oprócz fajnego, ciężkiego medalu i pucharka, voucher na 100 zł do sklepu Sony, bezpłatne badanie kropli żywej krwi (cokolwiek to jest i znaczy) oraz wizyta w Centrum Terapii Funkcjonalnej (grunt to dobrze życzyć biegaczowi).

I chyba sezon 2013 oficjalnie mogę już uznać za zakończony. Sezon nauki, postępów oraz radości z każdego kroku naprzód. Sezon spełnionych marzeń i zrealizowanych celów. Sezon życiówek. Sezon sprowadzających na ziemię kontuzji, które jednak na nowo pozwalają cieszyć się biegową codziennością. Sezon zmian i niespodzianek. Sezon ambitnych planów na przyszłość.

Ale o tym wszystkim w następnym odcinku…