Single Blog Title

This is a single blog caption
09 Czerwiec 2013

Okuninka, triathlonek i taka jedna

Dziewczynka. Oraz dystansik sprinterski czyli 750 m pływania, 20 km kręcenia i 5 km biegu.

W perspektywie zbliżającego się Wielkiego Wyścigu, triathlonowego doświadczenia nigdy mało pomyślałam, zwłaszcza, że w tym elemencie (i nie tylko tym) Krasus w lesie, więc zanim jeszcze opadły emocje i wrażenia po malborskim debiucie, zdecydowałam się na kolejne zawody. Okuninka nad Jeziorem Białym (tylko 250 km od domu), Żelazny Bieg, co więcej, w hołdzie Żołnierzom Wyklętym, poważna sprawa, muszę tam być. Na dodatek bez opłaty startowej, co o ile w imprezach biegowych może się jeszcze zdarzyć, tak w triathlonie jest ponoć totalnym ewenementem. Oraz z Darkiem miałam jechać (dziękuję za transport i miłą podróż), kolejny argument na tak. Pogoda standardowo miała dopisać lub nie (dopisała), podobnie jak uczestnicy, z zarejestrowanych ponad stu osób, wystartowało blisko siedemdziesiąt. Czyli impreza kameralna, fajnie zorganizowana, w pięknej okolicy, a w momencie otwarcia i dekoracji zwycięzców w dość podniosłej atmosferze nawet – „O taką wolność walczyliśmy” powiedział umundurowany pan major na wstępie, a ja się znowu wzruszyłam.

I mimo, iż przerażał mnie trochę dystans – takie zawody absolutnie nie pozwalają ani na jedną chwilę komfortu i naparzać trzeba ostro przez cały czas – to byłam wybitnie zrelaksowana i na luzie. Jak nie ja. Uśmiechnięta, zadowolona, rozgadana. W strefie zmian spotykam debiutujących znajomych Leszka i Łukasza. „Mów nam Bo, co i jak”. Ha, czyli „Teach me master”, proszę, jest się w końcu od tygodnia triathlonistką. To się i uczniów ma :) Potem jeszcze gadka szmatka z Kubą (Trinergy) i Michałem z obozu w Szklarskiej. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że znam już połowę triathlonistów w Polsce… A już na pewno tych najfajniejszych.

Rozglądam się, zapamiętuję, sprawdzam Kubę (rower) i układam rzeczy w strefie zmian. Powoli zbliża się godzina startu.

Pływanko

W zasadzie bez problemu można było płynąć bez pianki, co zresztą kilka osób uczyniło i na pewno nie zmarzło. Woda czyściutka, piasek miły, tylko płynąć trzeba było tak dziwnie w trakcie litery M, co oznaczało kilka nawrotów, oby nie takich jak w Malborku. Panowie w czepkach pomarańczowych, panie w fiolecie, musieliśmy wszyscy wyglądać prześlicznie. Odliczanie, bum! I płyniemy.

Tylko mnie tu proszę nie wyprzedzać i nie kopać za bardzo… (fot. D. Sikorski)

Pralka? Jaka pralka? Delikatne pranie ręczne jeśli już, choć bardziej namaczaniem nazwałabym atmosferę startu. Pełna kultura. Na basenie bywa czasem gorzej, więc po kilku machnięciach kraulem z głową nad, daję nura pod wodę i płynę. Plan jest taki, aby się zmęczyć i aby nie było zbyt przyjemnie. Ma boleć, w końcu to zawody i tylko 750 metrów, dasz radę Bo. I plan został zrealizowany ;) Coś tam czasem z oddechem nie bardzo i musiałam go uspokoić, kilka razy zboczyłam w prawo (czemu zawsze w prawo?), a przy nawrotach byłam żabą, ale napierałam ładnie. Po minutach 14:46 (!) biegnę do Kuby, ooo ile jeszcze rowerów stoi, to mi się podoba.

A inne rowery stoją… (fot. D. Sikorski)

Rowerek

Na trasę rowerową wyjeżdżam równocześnie z jakąś dziewczyną, jak się potem okazało Elą (pozdrawiam). Nie, tylko nie to, nienawidzę takiej rywalizacji ramię w ramię. To tak jak z patrzeniem komuś prosto w oczy, zawsze się poddam wcześniej i odpuszczę. Na dodatek rywalka nie wygląda na leszcza, chyba ją przepuszczę, aby się nie denerwować. Diabeł mówi jednak spróbuj, w końcu jesteś Bo, a to przecież do czegoś zobowiązuje. Wrzucam czwórkę, kręcę do przodu, Ela już na moim kole (drafting był dozwolony) i jedziemy. No dobra myślę, zobaczymy co to jest ten drafting, może uda nam się współpracować, w końcu po nowe doświadczenie przyjechałaś tutaj Bo, więc już nie jojcz, tylko się ucz.

Ponoć fajnie wyglądałyśmy… :) (fot. chelm.naszemiasto.pl)

Nagle dziewczyna wyprzedza mnie i pyta czy mam flaka na przednim. Czy ja mam flaka, ranyboskie zrobiło mi się ciepło, tylko nie to, patrzę na swoje koło i raczej nie mam, ufff. Nie ty, tylko ja – precyzuje koleżanka myśląc o mojej inteligencji i spostrzegawczości nawet wolę nie wiedzieć co… No niestety flak jest, niesprawiedliwy ten triathlon bardzo. Ustalamy, że nie teraz, ale na nawrocie przy strefie zmian zostawię jej swój zestaw naprawczy (nie miała), dociskam pedał i dalej jadę już sama.

Lewa noga wypięta, zaraz będzie nawrót :) (fot. D. Sikorski)

Mimo, iż średnią prędkość osiągałam podobną jak w Malborku (32 km/h), jednak miałam wrażenie, że kręcę mocniej. Nie było specjalnie komfortowo, ogień w udach, szybki oddech, jeszcze się chyba nigdy tak bardzo nie zmęczyłam na płaskim. Niestety sporo traciłam na nawrotach (w sumie sześciu), gdzie wypinałam butka i hamowałam w zasadzie do zera, woląc tracić cenne sekundy niż zęby. Ale miejscami był taki feeling że hoho! Totalny triathlonowy flow, gdy pruję do przodu, nikt mnie nie mija, jakaś fajna łydka przemknie z naprzeciwka i jeszcze ktoś krzyknie dajesz Bo. Super jest ten triathlon. Naprawdę. I tylko żałuję, że kurczak Bo dopiero na ostatnich kilometrach odważył się wsiąść kolegom na koło (i nie zdążył dać zmiany, wstyd) oraz spróbował zalet draftingu. Od razu wyszło kilka kilometrów szybciej. Czemu Bo tak późno, czemu?

Z roweru schodzę po 38 minutach, chwilę po tym, jak się zorientowałam, że głupia ja, zostawiłam Eli pompkę i dętkę, a nie dałam łyżek. Wyjdzie, że specjalnie to zrobiłam, a przecież chciałam dobrze. Bo, sporo się musisz jeszcze nauczyć o tym triathlonie.

Bieganko

W strefie zmian to sobie aż usiadłam z wrażenia. Głupio z tym zestawem naprawczym wyszło, ale pojechałam ładnie, rowerów na stojakach mało, zostało już tylko 5 km, tylko tego kobieto nie spierdol. Po chwili namysłu czy ubierać skarpetki czy nie (fajnie się siedziało, więc ubrałam), zmianie butów i okrycia głowy wybiegam na trasę. Trzy kółka i będzie po wszystkim. Pomna katuszy z ostatnich kilometrów w Malborku, tym razem zaciągnęłam hamulec i rozpoczęłam ostrożnie, po 4:45-4:50. Jak się potem okazało było to optymalne i maksymalne tempo na bieg w temperaturze – nie skłamię – ok. 30 st. C. Mijam budki z kebabami, lody, naleśnikarnię (160 smaków, w rozmiarze XXL!), szczęśliwe rodziny z dziećmi, młodzież przy piwie oraz paradujących w samych strojach kąpielowych plażowiczów. A ja biegnę i numerek mi się przekręca. Po co ci ten triathlon Bo, no po co?

Jedno kółko, drugie, trzecie. Na szczęście starczyło sił, by bez wielkiego sponiewierania podkręcić jeszcze ostatni kilometr (4:30) i wpaść na metę z czasem 23:40 prosto w objęcia majora, który doniośle każdego zawodnika dekorował medalem. Żelazny bieg ukończyłam w czasie 1:19:53, w połowie koedukacyjnej stawki, jako (fanfary) trzecia wśród kobiet. I znowu to pudło.

Brawo osiem pięć! (fot. D. Sikorski)

Złośliwi spytają, a ile było kobiet. Odpowiem, że dziewięć, i co z tego. Byłam wprawdzie 7 minut za drugą, ale też tyle samo przed czwartą kobiałką. I przede wszystkim zadowolona jestem bardzo z wyniku, z fajnego  pływania, z szybkiego jak na mnie roweru oraz rozsądnie rozłożonych sił w biegu. W sumie z pucharu (30 cm! największy w mojej kolekcji!) też jestem zadowolona. Podobnież jak z nagród rzeczowych: książki, koszulki, długopisu, dyplomu, plaku do czyszczenia deski rozdzielczej (skąd wiedzieli, że lubię pucować moje saaby?) oraz zegarka Casio G-Shock.
Która godzina spytajcie mnie, która godzina! ;)