Single Blog Title

This is a single blog caption
13 maj 2013

A nad nią lata motylek

A przed nią bieży baranek.

Baranek w dolnym chwycie! Noo! Też jestem zaskoczona, że się tak szybko ogarnęłam na tym bajku. Jak tak dalej pójdzie to w sezonie 2017 będę mogła zacząć się rozglądać za lemondką dla początkujących! A może nawet wcześniej? Co myślicie? Czyli mamy postęp, jeszcze nie przełom wprawdzie, ale kolejny krok (kroczek) do przodu w mojej – zwanej kolarstwem – przygodzie.

No okrzepłam już trochę na tej szosie. Wciąż jestem w czarnej dupie i wiem, długa droga przede mną, ale jest lepiej. Ciężarówki już nie takie straszne (trąbcie sobie), a dziurawy asfalt też mnie jakoś mniej przeraża. Z górek zjeżdżam, raz wolniej raz szybciej, i to już nawet 50 km/h (!) Przyznam, bywa całkiem fajnie do momentu, gdy przypominam sobie, że ktoś tu się przecież boi i najwyższy czas rozpocząć hamowanie. Fajne trasy odkrywam w okolicy, choć jednak wolę kręcić tam gdzie już znam i wiem czego się mogę spodziewać (czyli zawsze podjazdu). Wypinanie z SPD weszło mi w krew, że nawet zsiadając z mojego drugiego roweru, nazwijmy go miejskim, ze zwykłymi pedałami to też przekręcam lewą stopę tak na wszelki wypadek. No ale ten dolny chwyt na baranku to jest zdecydowanie największy acziwment ubiegłego tygodnia. Całkiem bardzo się tak jeździ! Nie wiem czego się tu obawiałaś, gupia Bo. Wygodnie dość, choć głowę trzeba co jakiś czas zadzierać, szybciej, no i ten wiatr wówczas jakby mniejszy. Ma sens ta kierownica wymuszająca aerodynamiczną pozycję, ma sens. No dobra, jest też drugi sukces z zeszłego tygodnia, a nawet dwa drugie sukcesy, bo podwójnie zaliczyłam już 100 km za jednym razem w siodle. Fan-fa-ry! Nie śmiać się, łatwo nie było, choć przyznam, iż sama z niecierpliwością wyczekuję chwili, kiedy to ja boki będę zrywać z tych moich arcymistrzowskich debiutanckich osiągnięć.


Ale w temacie trzepactwa to raczej nie za wiele się zmieniło. Chyba, że na gorzej, na przykład fryzura. Metodą prób i błędów odkryłam, że pod kaskiem (tym kaskiem) najlepiej sprawdzają mi się warrrkoczyki. Wyglądam wprawdzie jeszcze młodziej (jeszcze???), ale przynajmniej nic mnie w głowę nie uciska, w szyję nie grzeje i mogę potem te kudły bez problemu rozczesać. A czy taki rasowy trzepak to opalony jest równomiernie czy od spodenek, rękawków i zegarka? Joo, to jestem właśnie tak opalona, a najbardziej kolana. A skoro już mowa o kolanach to coraz bliżej tyłka jesteśmy. Wciąż boli po ok. 2 godzinach kręcenia, tu nic się nie zmieniło, ale żywię nadzieję, że z nowym siodłem będzie lepiej. A skoro już mowa o bólu, to zastanawiam się jakim cudem bolą mnie podeszwy przy śródstopiu? Tak po 70-80 km jazdy. Dodam, że teorię kręcenia znam, jak sobie przypomnę to staram się nawet postępować zgodnie z instrukcją, że ruchem okrężnym a nie góra dół, że najpierw naciskać potem ciągnąć i tak nomen omen w kółko. Ale borze, jak mnie te podeszwy potrafią boleć! Normalnie ogień, any idea why? Tylko pliss, nie że zmienić buty. Nie mam co do garnka włożyć przez ten triathlon, a tylu jeszcze niezbędnych rzeczy potrzebuję! :)

Na basenie rozpoczęłam z kolei akcję „kto utłucze więcej kilometrów, najlepiej z koziołkami”. Nawiasem mówiąc 700 m z nawrotami to totalnie inna bajka niż ten sam dystans bez nawrotów. Niby wcześniej nie oszukiwałam, starałam się od razu płynąć kolejną długość basenu, ale jednak teraz widzę, że zawsze coś tam przy bandzie odpoczęłam i złapałam drugi oddech. Teraz z koziołkami nie ma wybacz, to jest dopiero miazga i prawdziwy pływ ciągły. A na basen sama sobie wymyślam zadania przypominając co robiliśmy w Szklarskiej i co nam tam do łbów nawbijali, a także na podstawie tego, co mądrego wyczytałam w książkach i internetach. Krzywdy sobie chyba nie zrobię, mam nadzieję, a tygodniowo chciałabym pływać ok. 8-9 km. W zeszłym się udało, zobaczymy jak będzie w przyszłości. Że ja nie zrobię dziesięciu? :)

Najmniej biegam z tego wszystkiego :( a przecież Run Bo, przepraszam rozczarowanych, ale zrozumcie. Wyszłam z założenia, że skoro człapię jako tako, to sensowniej jest się skupić na reszcie moich pięt achillesowych, zwłaszcza że z nogą bywa różnie. Nieprawdaż, że słusznie? Problem polega na tym, że bieganie to ja love i czasem po prostu MUSZĘ pobiegać, jak np. wczorajszą 15-stkę, a miałam odpoczywać. Dobrze choć, że te zakładki są, robię jedną w tygodniu bike-run, jeśli za mało/za dużo – ktoś uprzejmy skoryguje i powie jak oraz dlaczego. A z zakładki na zakładkę jest chyba coraz lepiej. Biega mi się lżej, łatwiej, szybciej i radośniej. I wcale sobie tego nie wymyślam, naprawdę tak czuję, choć nie wiadomo jaka w tym zasługa sławnej już skądinąd playlisty.

Niecałe trzy tygodnie do mojego szturmu na Malbork. Przez najbliższych kilkanaście dni naparzam ile się da (więc nie przezywać mnie brzydko na Endo, bo będę się odprzyjaźniać!), potem myślę trochę zluzować, by złapać 'świeżość’ przed debiutem. Niby to tylko ćwiartka IM (0,95 km pływania, 45 km na bajku i 10 km biegiem), ale kuźwa, to przecież jest AŻ ćwiartka! Nie do pomyślenia jeszcze pół roku temu! Poza tym nie byłabym sobą, gdybym ten start potraktowała lajtowo, treningowo lub tylko jako 'przetarcie’. Będzie więc pełna mobilizacja, ogień, grymas bólu i cierpienia na twarzy oraz zapewne beksa za linią mety, o ile dotrę. Czyli jak za starych dobrych czasów… Chyba mi się stęskniło normalnie.

A motylek tak naprawdę to ja mam w brzuchu. Całe stado motylek!