Pianka została włożona

Najpierw na prawą stopę wkładasz foliowy worek. Potem obutą w ten worek kończynę ostrożnie umieszczasz w nogawce delikatnie podciągając tę ostatnią do góry. Następnie procedurę powtarzasz na drugą nogę, tylko spokojnie, nic na siłę, uwaga na paznokcie. Nie Bo, nie tak! Ubierasz to jak pończochy, a nie dżinsy, gupia.

Wcześniej oczywiście można też nadgarstki, kostki i kark nasmarować wazeliną lub innym mazidłem, co wprawdzie sprawia, że sam proces ubierania jeszcze się wydłuża, ale za to jak się człowiek rozbiera po wszystkim bezproblemowo! 

Potem. Kiedy gimnastykując się i wijąc jak wąż wbijesz się już w to do pasa, wówczas foliowy worek zakładasz na jedną dłoń – mamy więc założony rękaw lewy, a potem na drugą – jest i rękaw prawy. Można odpocząć. Potem bierzesz głęboki wdech, a garderobiany pomaga naciągnąć resztę poprawiając plecy, na ramionach, karku i dosuwając suwak oraz klejąc rzepy. I. Kiedy czujesz się jak w przyciasnym biustonoszu, gdy masz wrażenie, że chyba coś przytyło się ostatnio bo ciut obcisły ten kombinezonik to znak, że pianka została włożona.

Można więc już wejść do wody, 'napuścić’ jej trochę do środka, aby pianka się 'ułożyła’ (znam przyjemniejsze doznania niż dotyk lodowatej wody wypełniającej szczeliny między ciałkiem a neoprenem), pomachać kończynami dla rozgrzewki, dać znak garderobianemu, że od teraz pełni rolę stróża tudzież ratownika oraz fotografa i można pływać. W open water pływać dodam, choć zapewne już wszyscy wiedzą, że od jakiegoś czasu Run Bo nie oznacza już tylko Run.

Tak więc po raz pierwszy w życiu pływałam na otwartym akwenie, kraulem, w piance. Wszystkie trzy rzeczy na raz! A otwartym akwenem została tzw. żwirownia, miejskie kąpielisko niedaleko gdzie biegam, kąpielisko które kiedyś było dzikie, a teraz już nie jest, są drabinki, molo i piasek nawet. Ponoć dość głębokie, faktycznie dna nie dotykałam.

Miałam 4 wejścia do wody. Hihi, prawie jak na kolonii nad morzem ;) Na pierwszym wejściu byłam zdruzgotana. Zamiast równo ułożonych płytek, ciemność widzę, ciemność, a w zasadzie zieleń i to wcale nie przezroczystą. Wiedziałam, że będzie inaczej niż na basenie, ale mimo wszystko byłam zaskoczona ;) Poza tym wrażenie, że płynę w miejscu. I w stópki zimno. Te ręce też jakoś tak dziwne skrępowane, a przecież ma być wysoki łokieć tylko jak. I taka niepokojąca dezorientacja. Nie wiem gdzie płynę, jak szybko, jak daleko. Nie sądziłam, że kiedyś to stwierdzę, ale brakowało mi koziołków, które jednak jakoś 'porządkują’ to całe pływanie, mimo iż zawsze gubię się w liczeniu. No i się zmęczyłam dość mocno oraz zdenerwowałam tym wszystkim. Nie tak to miało wyglądać! A wychodząc z wody to jeszcze zataczałam się jak pijana. Kurde, co jest? Naprawdę trudno było mi utrzymać równowagę. Na brzegu myśleli, że się wygłupiam. Beczka śmiechu normalnie, poza tym, przepraszam, czy ja wyglądam na taką, która się wydurnia???

Drugie wejście do wody było już na lekkim wkurwie. Nie po to prawie codziennie odśnieżałam saaba o 5.40 rano i w ciemnościach półprzytomna jechałam na basen, opijałam się hektolitrów wody i do znudzenia wykonywałam milion idiotycznych ćwiczeń wte i wewte, żeby teraz nie umieć pływać w open water! Bo, weźże się ogarnij! Um! No, wystarczy huknąć i od razu lepiej. Płynę więc swoje, co 2 lub 3 wdechy unoszę głowę, aby się zorientować gdzie jezdem, bardziej świadomie macham też kończynami pamiętając o obozowych wskazówkach oraz odpowiednio, jak mniemam, zarządzam oddechem. Noo. Całkiem, całkiem się tak płynie. I faktycznie jakby ciut lżej w tej piance niż bzzz. Tylko czemu ciągle mi się skręca w prawo, jak myślę, że lecę prosto?

Trzecie i czwarte wejście było już naprawdę bardzo. I ponoć z brzegu, wyglądało, że szybko! Zaczynam kumać o co w tym terenowym pływaniu c’mon, zaczynam przyzwyczajać się tej 'otwartości’, do braku wytchnienia przy bandzie, do konieczności rozglądania się (nie lubię) i po prostu do bycia w piance, w której notabene, podobnież jak w kolarskim przebraniu, czuję się jak pajac. A raczej jak foka, nie mylić z foczką.

I tak jak totalnie nie wyobrażam sobie, jak ja mam potem jeszcze kręcić i biegać, tak równie bardzo, a nawet jeszcze bardziej jestem z siebie dumna, że od stycznia tak ładnie (KLIK!) ogarnęłam to pływanie. Naprawdę się da. Wystarczy po prostu chcieć i nie przełączać budzika w tryb drzemki. Amen.

O mnie

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.