Single Blog Title

This is a single blog caption
12 Sierpień 2012

Bieg pod Radziejową. Jest radość!

I to jeszcze jaka radość! Nie połamałam się, trasy nie pomyliłam, zmieściłam się w limicie czasu (z 1,5 godzinnym zapasem, ha!) oraz przede wszystkim miałam wielką frajdę z tego biegu. Na dodatek w deszczu biegłam!

Przez cały pobyt w górach miałam ten bieg w głowie. Myślałam i myślałam, planowałam, wizualizowałam podbiegi i zbiegi, zastanawiałam czy pobiec na różowo czy czarno, czy w czapce czy bzz? Chyba byłam nieznośna, bo ciągle o tym biegu i bieganiu nadawałam. Czarowałam też pogodę co by upału nie było. Z tym akurat ciut przesadziłam, bo padało od rana, ale kto biega ten wie, że deszcz o niebo lepszy od słońca. Denerwowałam się też troszkę, bo jakby nie patrzeć – to przecież mój pierwszy, taki „poważny” bieg górski.

Start o godzinie 11. Lekki deszczyk, góry spowite mgłą, chłodno. Czyli jest dobrze. Ustawiłam się tradycyjnie z tyłu, aby nie przeszkadzać ścigaczom. I run Bo!

Na początku trasa wiodła drogą asfaltową. 1 km, asfalt, 2 km, asfalt, 3 km, asfalt, zaraz czy to na pewno ten bieg?, 4 km asfalt ale już pod górę – to takie najmniej wdzięczne jest – asfaltem długo i pod górę, nie lubię. Na szczęście wreszcie skręt w bok i się zaczęło. Jeden wielki, ogromny, przeolbrzymi podbieg, który trwał mniej więcej do 11 km. Biegnę, biegnę, kurcze super mi się biegnie (a jest już ostro pod górę), naprawdę fajnie i dość lekko. Jak tak dalej pójdzie, to napiszę na blogu, że ani razu nie przeszłam do marszu pomyślałam, po czym…. po 100 m przeszłam do marszu. Trochę ze zmęczenia, ale trochę też z kalkulacji. W pewnym momencie bowiem jest tak, że szybciej się człowiek przemieszcza żwawo maszerując, niż próbując biec prawie że w miejscu. A mniej się przy tym męczy i oszczędza siły na później. A więc na przemian marszem i próbami podbiegiwania (bardziej dla uspokojenia siebie i Ambicji) zaliczyłam pierwszą dyszkę. Kilka osób wyprzedziłam nawet. Jeden chłopak zapytał czy bym go na hol nie wzięła, powiedziałam, że możemy się dogadać pod warunkiem że resztę trasy to on poholuje mnie. Nie przystał na tę propozycję (?!). A szkoda, bo miał fajne łydki i byłoby co oglądać ;)

A na górze, na wypłaszczeniu w lesie było wprost magicznie. Tak, magia to najlepsze określenie. Mgła, półmrok taki, deszcz, ledwo widoczne oznaczenia trasy i mknąca ja. Taka Bo w krainie czarów. Normalnie jak sobie na to z boku popatrzyłam to ciary.

I wiecie co? W biegu ulicznym to ja lubię być w tłumie, trzymać tempo z innymi biegaczami, podziwiać technikę niektórych i podpatrywać jak idzie tym z prawej i z lewej. Ale w górach to uwielbiam biec sama. Bez sapania i tupania za plecami oraz bez stresującego widoku biegacza z przodu, którego przecież (mówi Ambicja) muszę wyprzedzić. Tam na górze, w krainie czarów, byłam właśnie sama.

Ale w pewnym momencie zrobiło się naprawdę chłodno. Jak dotknęłam swych rąk to jakbym łazienkowych rurek z zimną wodą dotykała. Takie były lodowate, dziwne uczucie. Dobrze, że dłonie i cała reszta były jednak rozgrzane to jakoś to ciepło się utrzymywało. Oby do następnego podbiegu myślałam. Tam o zmarznięcie nie ma co się martwić. Oj nie ma.

W międzyczasie mijałam też turystów opatulonych w płaszcze przeciwdeszczowe, kurtki i inne pałatki. Niektórzy pozdrawiali, a jeden krzyknął nawet Brawo dla czołówki pań! Rozejrzałam się, żadnej kobiałki w zasięgu wzroku – a więc to do mnie. Brawo dla czołówki pań! Jaki przemiły człowiek. Pozdrawiam.

A od 17 km biegłam razem z zapoznanym na trasie Andrzejem z Warszawy. I też było fajnie. Zaczepił mnie, że mam niezłą kondycję. O proszę. Trochę gadaliśmy, ale ponieważ było już głównie z góry, to każdy skupiał się na tym, aby nie wyrżnąć orła. A właśnie, zbieganie. Muszę przyznać, że jednak zrobiłam postępy. Boję się już coraz mniej i mam wrażenie, że miejscami to zbiegam naprawdę szybko. Ekspresem i takimi dużymi susami pomykam, serio! Spora w tym zasługa butów, którym po prostu trzeba zaufać, że zostaną tam, gdzie postawiłam stopę. Moje zostawały. Love Salomon Speedcross 3.

A Andrzej się zasłużył. Dzięki Niemu nie pomyliłam trasy kilka kaemów przed metą, co niestety zdarzyło się niektórym biegaczom. I to również On motywował mnie na ostatniej prostej, aby jednak nie zwalniać i ładnie dobiec do końca. A nie miałam już sił przyznam, byłam na granicy pierdolę nie biegnę i powoli wymiękałam. Ale jednak dobiegłam! Niniejszym bardzo Andrzejowi dziękuję i pozdrawiam ;)

Niby góra, choć mnie ten medal bardziej otwieracz do butelek przypomina

Cichutkim celem na ten bieg było złamanie 3 godzin. Udało się, aż z nawiązką! 2:33:02 (średnie tempo 6:10 min/km)! Piąte miejsce wśród kobiałek w OPEN. A przypomnę, że było 24,3 km i w sumie 1700 m przewyższeń. Czyż nie jestem hero? I czwarte miejsce w kategorii. Trochę żal, że się generalna dublowała z wiekowymi, bo byłabym na podium… Ale widocznie tak pasuje organizatorom, aby podwójnie wyróżniać najszybszych i najlepszych, a nie tych, którzy są dla nich tylko tłem. Ale za to jakim tłem, hehehe.

I tak jest radość!