Single Blog Title

This is a single blog caption
07 lipiec 2012

Jest rok. Jest impreza!

Dokładnie rok temu 7 lipca 2011 r. pobiegłam. W angielskim Brighton podczas pobytu u przyjaciółki. Wzdłuż wybrzeża – miła trasa przy szumie fal i wietrze niewtymkierunkucotrzeba. W pożyczonych butkach, pożyczonych dresach i w nie swojej koszulce pobiegłam. Bo przecież nieprzygotowana byłam do takich wybryków, z wizytą się na Wyspy udałam, odpocząć, a nie męczyć się i pocić na własne życzenie. Była wtedy beczka śmiechu pamiętam, bo najpierw ubrałam tył na przód te pożyczone dresy, a potem – już w windzie – okazało się, że mam jeszcze tył na przód koszulkę ubraną. Nie wiem, tyłem chciałam biec czy jak? Dość, że zaczęło się nie tyle straszno co śmieszno…

A potem już poszło. Tj. pobiegło. W Brighton postanowiłam, że pobiegnę maraton i że zacznę biegać na serio. I po powrocie do Polski zaczęła się jazda. Wielka euforia, że biegam, ale też poczucie bezradności i niemocy, że nie mogę wykrzesać z siebie tyle ile bym chciała. Jak inni. Pierwsze 20 min i zmęczenie, że ciężko było mrugać powiekami. Stopniowo wydłużany dystans. Rekordowe 40 min biegu bez przystanku, a potem przebiegnięte w zachwycie pierwsze 13 km! Pamiętam to jak dziś. I przeciążenie, które wyłączyło mnie z biegania na miesiąc i kazało przesiąść się na rower. Wkrótce poznałam też innych biegaczy i powoli zaczęłam odkrywać, ogarniać i rozumieć, odkrywać, ogarniać, rozumieć… A wszystko działo się w wielkiej w tajemnicy. Bo coming out i wielkie taaadam nastąpić miały dopiero po ukończeniu maratonu. Poniżej 5 godz. przebiec go chciałam. Udało się godzinkę szybciej, ale nie to okazało się być w tym wszystkim najważniejsze. Tylko to, że wsiąkłam. Zatraciłam się w tym bieganiu. Bez reszty normalnie.

Co mi bieganie dało, a co zabrało?

Co mi dało? Oprócz tego, że zwiększył się mój stan posiadania o… (usiądźmy): trzy (a tak naprawdę to cztery, ale na razie o tym cicho) pary butów do biegania, 10 nowych koszulek, 2 pary tajtów 3/4 i jedne całkiem długie, spodzianki, 3 pary skarpetek z jonami srebra, 3 pary podkolanówek, spodnie długie sztuk jedna, softshell z Lidla sztuk jedna, 2 opaski, rękawiczki, 2 komplety bielizny sportowej, pas z bidonem, plecak do biegania (nówka sztuka jeszcze nie biegany), gremlin z GPS + pulsometr, empetrójka szufla, 3 bluzy (z czego 2 ulubione), 3 podkoszulki z długim rękawem, ortalion, 2 czapki z daszkiem i okulary…

Tak więc oprócz tego, że mój stan posiadania zwiększył się o ww rzeczy (a ja naprawdę z natury gadżeciarą nie jestem) to bieganie dało mi zdecydowanie coś więcej. Cel, wiarę w siebie, motywację, pasję odkrywania, nowych znajomych, nowe lektury i internety do czytania. Ciut lepiej się odżywiam i mniej alko piję (ale za to więcej słodyczy i lodów jem). Staram się też bardziej słuchać siebie i rozumieć, co ciałko ma mi do powiedzenia. Pisać znów zaczęłam i chyba mniej pracą się przejmuję. Z kompleksami walczę i na siebie staram się patrzeć mniej krytycznym okiem. Przedszkolną wręcz radość wyścigowania się i rywalizacji bieganie mi dało. Poczucie wolności podczas biegania w lesie i po górkach. Wiatr we włosach!

Co mi bieganie zabrało? 5 kilo mi zabrało. Trochę kasy też poszło, ale przecież nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze. Swobody imprezowania nie mam jak dawniej, no i nóżki trochę się popsuły (będą naprawiane na jesień, ale o tym innym razem). Jakoś jednak specjalnie za tymi brakami nie płaczę… A nawet wręcz przeciwnie.

Od września 2011, kiedy zaczęłam używać gremlina przebiegłam 2394 km co zajęło mi łącznie 10 dni i 6 godz, a wg Endomondo spaliłam 238 hamburgerów (tylko tyle?). Wystartowałam w 10 biegach: 1×7 km, 3×10 km, 1×12 km, 1×15 km, 2 półmaratony, 1 maraton, 1 bieg górski w stylu anglosaskim + 3 testy Coopera. Na pudle cztery razy stałam (raz w Open, reszta w kategorii). Dwa pucharki mam, wybiegałam też turystyczny plecak, saszetkę na telefon oraz (to jest najlepsze hihi) nagrody finansowe o łącznej kwocie 130 zł.

Co by było jakby biegania nie było?