Maraton? Nigdy więcej!

ŻARTOWAŁAM!!! Pierwszy maraton za mną! Czas: 3:51:56 – plan wykonany, czwórka złamana, lekcja pokory odrobiona również ;) Jestem szczęśliwa i chcę więcej!

Czy było ciężko? Było. Ale mogło być gorzej. Do samego startu nie wiedziałam jak biec, czy za zającem, czy ze znajomymi. Skończyło się na tym, że biegłam sama pomiędzy zającami na 3:45 i 4:00 starając się JAKOŚ trzymać w miarę równo tempo. W końcu bieganie to sport samotników ;) Biegło mi się dobrze, może nie tak lekko jak na połówce w Warszawie, ale całkiem nieźle. Czułam adrenalinę i moc, dbałam o nawadnianie, konsumpcję żeli (na 15, 25 i 32 km) i wyczekiwałam najpierw półmetka, a potem tego sławnego 30 km. Bo wówczas ponoć cała zabawa miała się zacząć.

I się zaczęła. Ale 7 km później. Czy była to ta „sławna ściana”? Raczej ścianka, ot murek taki. Ale łatwo nie było. Nie czułam jakiegoś ciężaru w nogach i niemocy, ale taki ogólny ból na całym ciele – głównie w brzuchu i klatce piersiowej. Jakby ktoś owijał mnie jakimś celofanem, bardzo mocno owijał. No i pojawił się diabełek. Zwolnij, stań, odpocznij – powtarzał. Raz go posłuchałam, ale po kilku metrach marszu klnąc na niego i siebie pod nosem ruszyłam biegiem dalej. Potem przechodziłam w marsz na 2 punktach odżywczych, gdzie głównie wylewałam na siebie wodę dla otrzeźwienia. I krzyczałam do siebie i na siebie w duchu – dawaj, dawaj, chyba teraz się nie poddasz, power!

I nastał 41 i 42 km. Kibice, brawa i doping dodające skrzydeł. Nic się już nie liczyło. Prułam! ;) Wiedziałam, że dam radę, że zwyciężę i że właśnie spełnia się moje wielkie marzenie. Wbiegając na metę uniosłam chyba nawet ręce do góry (ach, jakież to amerykańskie…)

META!!!

A potem się najzwyczajniej na świecie poryczałam – ze zmęczenia, wzruszenia, szczęścia i radości. Udało się! I to z czasem, za który nie muszę się wstydzić. 17 miejsce w K30, 50 miejsce w Open Kobiet. Jak na debiut całkiem nieźle ;)

Następnie oprócz radości przyszły też inne ciekawe doznania ;) Trzęsawka na całym ciele, że nie mogłam telefonu utrzymać, piorunujące uczucie zimna i sztywne nogi oraz zaliczona lekka wywrotka na schodach. Błogosławieństwem był masaż, który przywrócił mnie do żywych (dziękuję przemiłym dziewczynom – masażystkom, które również miały swój maraton). I woda. Potem spotkania ze znajomymi i dzielenie się wrażeniami. Gratulacjom nie było końca…

Wciąż nie docierało do mnie, że właśnie przebiegłam maraton. Z medalem na szyi przemieszczając się na dworzec (pieszo, powoli, noga za nogą) zahaczyłam jeszcze o przepyszne włoskie lody na Sławkowskiej. Zasłużyłam ;)

Marzenia nie są po to aby je mieć. Są po to, by je realizować.

I na tym nie koniec mojej przygody z bieganiem. Ba, to dopiero początek ;)

O mnie

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.