Single Blog Title

This is a single blog caption
30 Wrzesień 2019

BOndziorno IRONMAN Emilia Romagna!

W piątkowy przedstartowy wieczór, gdy w łóżku próbowałam się już wyciszyć i zasnąć, przyszła do mnie Pola i powiedziała: „nie martw się Bożenko, wszystko będzie jutro dobrze, przecież jesteś najlepsza”.

W sumie to sama nie wiem, czy się martwiłam bardzo czy tylko trochę, ale jednak byłam raczej spokojna… A zdenerwowanie jeśli się pojawiało, to falami. Dość takimi dużymi i dynamicznymi falami: defekt roweru, bomba, problemy żołądkowe, strajk głowy! OMG! Co to będzie, co to będzie??? Miałam jednak super wsparcie, pyszną michę podstawioną pod ryjek, spokój, ciepło i relaks dookoła oraz ciągły napływ pozytywnych emocji z zewnątrz, że naprawdę tylko idiota nie patrzyłby optymistycznie w przyszłość i nie wierzył, że będzie dobrze. Troszkę wytrąciły mnie wprawdzie z równowagi problemy z baterią w pomiarze mocy (wyczerpała się bez żadnych wcześniejszych ostrzeżeń, nie można było nigdzie kupić, a potem jak już się udało zdobyć, nie mieliśmy kluczy, by to wymienić osobiście i trzeba było celować w serwis na expo), ale nawet to jakoś oswoiłam w głowie i ustaliłam ewentualny plan B. Starałam się skupiać na sobie, nie oceniać i nie patrzeć na innych (zawsze mnie deprymuje widok sportowców i ich sprzętu) oraz myśleć o sprawach, na które mam wpływ i uważać, by nie popełniać błędów. Czyli mentalny przedstartowy standard, jest się już profesorem w tym temacie!

Fot. Ironman

Powiedzieć, że dzień przez zawodami morze było lekko wzburzone, to jak nic nie powiedzieć. Oj, fale były naprawdę srogie! Do tego chmury, wiatr, zimno… Odwołano oficjalny trening pływacki, a ja ze szczerym zdziwieniem obserwowałam tych śmiałków, którzy jednak zdecydowali się na przedstartową rozpływkę i z ulgą zwolniłam siebie z tego obowiązku. Ha, odkąd odkryłam w sobie tę moc do zwalniania siebie z poszczególnych zadań, dość chętnie z niej korzystam :)

Fot. Ironman

Na szczęście w dzień wyścigu Ironman Emilia Romagna wszystko się uspokoiło, morze falowało delikatnie, a wschodzące słońce i dość rześkie poranne powietrze świetnie wprowadzały człowieka w nastrój i mobilizację startową. Żel do japy, dwa stoperany też, buziak na szczęście i mogłam kierować się do strefy startu, gdzie – jak tylko straciłam Miłosza z oczu – oczywiście się poryczałam. No nie mogę z tą Bo! Ileż można robić z tego ajrona jakieś wielkie halo? Ile?

Fot. Ironman

Uśmiechnięte mordy dookoła, energetyczna muza z głośników oraz mój ulubiony spiker na platformie zachęcający nas do klapsjorhends – ufff, na szczęście cała ta panika minęła równie szybko, co się pojawiła, i zostałam już tylko ja. JA i ON. Ja i IRONMAN. GO GIRL! Leć Bożenko, 226 km samo się dzisiaj nie zrobi!

Słono

Startowaliśmy w formule rolling start z brzegu, wg zadeklarowanego czasu. Ustawiłam się w grupie szacującej się na 1:00-1:10 z cichą nadzieją, że uda mi się zmieścić w tych widełkach. Pierwsze 50-70 metrów skakaliśmy po wodzie jakby nas jakieś drapieżne mrówki atakowały od dołu, za płytko było by płynąć, ale też miejscami już zbyt głęboko, by biec. No chyba, że ma się parówki!

Po jakiejś minucie, może dwóch, mogłam już jednak przejść do pozycji horyzontalnej oraz rozpocząć swoją ulubioną triathlonową dyscyplinę tj. polowanie na bąbelki. Co my tu mamy… Te za szybkie, te również nie pasują. Tamte z kolei za wolne, inne za bardzo znosi w prawo, a te nie są bąbelkami. Ludzie! Toż to zdecydujcie się w końcu: chcecie, abym wam płynęła w nogach czy nie! XD Nie robiłam jednak dramatu, gdy nie było żadnej ofiary i nie miałam się pod kogo przyczepić, tylko po prostu dziarsko płynęłam swoje. Że łokieć, że dłoń prawa ma mi nie uciekać, że mocno, dynamicznie i do przodu. Starałam się pamiętać. Czasem udało się coś złapać, czasem nie. Życie.

A tu o-oł proszę już pierwsza boja nawrotowa. Ależ szybko poszło! Pierwsza nie znaczy wprawdzie, że w połowie, nawet w tej mniejszej połowie chyba, ale jednak trzeba przyznać, że całkiem fajnie zleciał mi ten pierwszy odcinek pływacki. Przy bojach standardowo ciut tłoczniej, ja jednak lubię takie towarzystwo – przynajmniej jest w czym wybierać i rosną szanse na złapanie fajnych bąbli. Tak było i tym razem, dziękuję panu w piance z niebieskimi rękawkami, że tak nieźle poprowadził mnie przez następny kwadrans. Mocno, dość prosto, ambitnie. Czasem ktoś próbował się wtrynić przede mnie i odebrać co moje, ale nie byłam zbyt gościnna i dzielnie walczyłam! Nawet kosztem kilku haustów słonej wody (bleee) czy niechcącego kuksańca (sorunia).

Fot. Ironman

Z minuty na minutę robiło się też coraz cieplej. Fale doskwierały, ale wyporność słonego Adriatyku robiła dobrą robotę i płynęło się naprawdę spoko. Jedyne na co mogłabym narzekać, to na piekącą od soli twarz i szyję, normalnie czułam każdego wyciśniętego wcześniej pryszcza :) To tak jakby się kto pytał, o czym myśli człowiek podczas ajronmeńskiego pływania. O piekących pryszczach – jakie to wszystko epickie, bohaterskie i budzące respekt. Nieprawdaż?

Ale to była radość, gdy dopływając do brzegu zobaczyłam na garminie 1:08! Najszybsze moje pływanie na IM! Średnie tempo 1:48/100 m! Wygrany w Częstochowie pływacki wyścig z Krasusem nie był więc wypadkiem przy pracy! Ja serio jestem, hopsa, bożenkowym phelpsem!

Sprytno!

Czy wspominałam już, że trochę obawiałam się rowerka? Jednak zdecydowanie więcej czasu spędziłam w tym sezonie na szosie niż na czasówce, poza tym wiadomix – na tym etapie istnieje największe prawdopodobieństwo wystąpienia zdarzeń, na które człowiek po prostu nie ma wpływu. Jeszcze nigdy nie zawiódł mnie sprzęt na zawodach, co jeśli, stanie się to właśnie teraz??? No ale ponieważ zawsze lepiej być dobrej myśli, niż złej, starałam się już od początku etapu zaprogramować siebie na pozytywne nastawienie i po prostu czerpać radość z wyścigu.

Trochę minut upłynęło, a kilometrów uleciało, zanim zalogowałam się do jazdy. Zawsze na początku jest – przynajmniej w moim przypadku – dość nerwowo. Dużo ludzi, z czego połowa nieudolnie (no sorunia, ale jeśli nie umiesz zakładać butów podczas jazdy, zrób to w T1) (jak hehe niektórzy) i jadąc zygzakiem próbowała zerwać recepturki i zapiąć rzepa przy bucie lub siłowała się z garminem, albo akurat w tym momencie musiała odpakowywać żel, a druga połowa pruła w pozycji pocisku nie patrząc na nic i nikogo dookoła, jakby to była czasówka na 10 km. No ludzie! To ironman jest! 180 kafli przyjemnego kręcenia  w tlenie :) Spokojnie!

To zdjęcie sprzed 2 lat. Niestety u nas nie było tych „czapli” :) Fot. Ironman

Ja więc w górnym chwycie po tych licznych zakrętach i rondach, jechałam jak na miejskim Gustawie, czekając aż minie to szaleństwo. Uspokoiło się po jakichś 10 km.

Choć czy do końca się uspokoiło, dyskutowałabym :) Trasa kolarska w Cervii, mimo iż stosunkowo płaska, wg mnie do najbezpieczniejszych nie należała, ponieważ było nas po prostu za dużo. Ponad 2700 zawodników! Nawet jak mieliśmy zamknięte dwa pasy, trzeba było trzymać się prawej, za przekroczenie białej linii groziła kara. Do tego zakręty, ronda, zwężenia, miejscami kiepski asfalt i jakieś roboty drogowe. Ciasno! Jeździły grupy, pędziły peletony. By sygnalizować brak blokowania ciągle musiałam się unosić w górny chwyt i przestawać pedałować, a do tego wstrzymywałam oddech i zaciskałam zęby, by mnie ta draftingowa szarańcza po prostu nie staranowała! Jeden, drugi, czwarty, trzynasty, dwudziesty ósmy i dziewiąty. Dużo was tam jeszcze?

Fot. Ironman

I tak bardzo często. Uciekać przed nimi raczej bez szans, jechać w środku to – pomijając kwestię uczciwości – serio nie na moje nerwy i umiejętności. Nie pozostawało mi nic innego jak… osłaniać tyły. Starając się trzymać regulaminową odległość (pół basenu) jechałam za tymi większymi lub mniejszymi wagonikami, licząc się z faktem, że zaraz znowu któryś mnie dojedzie, wchłonie, i ze mnie wyjedzie :) A wtedy ja hop, na tyły i zabawa zaczynała się od nowa. Wcale nie patrzyłam na moc (i po co było się stresować tą baterią?), jechałam na samopoczucie i na sytuację. Czyli chyba tak, jak lubię najbardziej.

Fot. Lucy Gossage, Andreas Dreitz

Czy wiało? Tak, trochę wiało, ale przyznam, iż doświadczałam już hihi większych wiatrów :) Ten sobotni, który oceniam na 7/10, przynajmniej zmuszał do trzymania pozycji oraz do chowania głowy, która non stop sama podnosiła się wysoko, wypatrując pewnie tych flamingów, które miały być, a jednak ich nie było…

Najfajniej było na podjeździe, a najpiękniej w jego okolicach. Rozległe winiarnie, małe wioski, puszysta i w dziesiątkach odcieni zieleń, najrozkoszniej chyba nazwane na świecie miasteczko Forlimpopoli. Fajowi włoscy kibice. To tutaj wcinałam sobie bułkę z żółtym serem, więc super wspomnienia mam jeszcze bardziej wzmocnione. Forlimpopoli <3

Fot. Ironman

A na podjeździe? No jak to ja na podjeździe. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności depnięcia i wyprzedzania wszystkiego, co się rusza. Ach, jaki przykry to był widok ociekających potem panów walczących ze swymi wypasionymi maszynami i usiłujących na stojaka wciągnąć te dyski na górę. Starałam się im dodać trochę mocy i otuchy uśmiechem, ale chyba niespecjalnie mieli wówczas ochotę na umizgi i serdeczności. Cóż, ich strata. Najważniejsze dla mnie jednak, że przewaga uzyskana pod górę pozwoliła mi na bezstresowy zjazd – nawet jak mnie wyprzedzali, to nie straciłam tam za wiele, a rzekłabym, że w niektórych przypadkach, nawet i zyskałam. Ale tam było fajnie!

Fot. Ironman

Oprócz koncentracji, by uważać i nie zginąć pod kołami jakiegoś peletonu, wybitnie dbałam też o jedzenie. W tym przypadku, ja serio, nie biorę jeńców, jest plan żywienia, trzeba go zrealizować, bez żadnej dyskusji! A jadłam (prawie) mój ajronmeński standard: 10 żeli Huma rozpuszczonych w bidonie – mikstura wypijana po kilka łyków co 20 minut (brzęczyk w garminie), do tego w każdej godzinie jedna lub dwie rzeczy do gryzienia. Na trasie wciągnęłam więc tym samym (bo zapewne wszystkich to hehe ciekawi) dwie małe bułeczki z żółtym serem, dwa batony (Chia Charge i decathlonowy), dwie kulki energetyczne FitBites (przepyszne!) oraz 5 pastylek Dextro, które po prostu ssałam sobie z nudów.

Fot. Ironman

Chciałam podziwiać widoczki, ale niestety na większości trasy, nie były one bardzo spektakularne. Ale za to każdy kibic został przeze mnie na trasie pozdrowiony! Nie wiem dlaczego inni nie korzystają z tej bezpłatnej i legalnej formy dopingu… Serio, wystarczy machnąć dłonią na lemondce i wyszczerzyć zęba, a od razu dostaje się full aplauz i zastrzyk energii na następnych kilka kilometrów. Do sędziów też się uśmiechałam, z nimi to tym bardziej lepiej żyć w zgodzie…

Fotomontaż z flamingami. Fot. Ironman

Ostatnie kilometry upłynęły mi na szacowaniu czy uda się pojechać poniżej 5:25 (taki wynik sobie optymistycznie zakładałam) i – nawet przyjmując brak specjalnej bystrości umysłu po dymaniu 5 godzin w siodle – wszystko wskazywało na to, że to jest możliwe! A nawet kuźwens bardziej niż możliwe! 5:22 – czy wszyscy państwo widzą ten wynik? Lepiej niż w Kalmar!

Średnia prędkość 33,5 km/h, moc NP 171w (2,85 W/kg), kadencja 73 (odsyłam do trenera Kuby dlaczego taka niska, mi jeździ się wyśmienicie). Za-do-wo-lo-na!

Grubo!

Po raz pierwszy na IM pod koniec etapu kolarskiego nie przerażała mnie wizja maratonu, tylko nie mogłam się go doczekać! Ależ byłam ciekawa i gotowa na tę przygodę! I jak przyjemnym doznaniem było zmienić twarde kolarskie chodaki na moje nowe moje mięciutkie New Balance (napiszę o nich więcej już wkrótce) – stopna rozkosz poziom miliard! Jakbym boso po nowym długowłosym dywanie z Ikei chodziła, po chmurach niczym stąpała lub zanurzyła nogi w wyposażonej w opcję masażu miednicy do pedicure. Lub innemu przemiłemu mizianiu (mryg) się poddała. Stopy lubią to!

Nic więc dziwnego, że początkowe kilometry to ja leciałam. Pierwszy kilometr po 4:27, no to zwalniam. Dużo zwalniam, a tu kuźwa drugi wychodzi po 4:35, ale jaja, a więc zwalniam dalej. A tu cały czas sub 4:40, hehe. Zawsze miałam tak z przyspieszaniem, że niby się staram docisnąć, lecz za bardzo efektu nie widać, a tu proszę! Ze zwalnianiem też można mieć problemy! Fakt, może i biegam w tym roku lepiej i szybciej niż zwykle (kiedykolwiek?), ale co się tu kurcze wyprawia, pytam! I nie ogarniam. Dosłownie prawie na siłę, udało mi się jednak zwolnić i ustabilizować fajne, całkowicie komfortowe tempo w granicach: 4:50-55. I postanowiłam trzymać je tak długo, jak tylko się da.

Fot. Lucy Gossage, Andreas Dreitz

Bo w sumie nie napisałam, czy mieliśmy z trenerem Kubą jakieś założenia na ten bieg. Mieliśmy. Ale nie wiem też, czy wypada się tutaj do nich przyznawać, bo albo wyjdzie, że trener nie zna swojej zawodniczki, albo że zawodniczka okłamuje swojego trenera. A tu ani jedno ani drugie! Otóż miałam biec w okolicach 5:20 i jeśli po półmetku byłoby już ciężko, to (sprawdzony) galloway i marsz na punktach odżywczych. Nie wiem czy Kuba swoje tam wiedział czy nie, ale raczej zna mnie już na tyle dobrze i wie, że zbyt ambitne założenia mogą mnie czasem (nie zawsze) totalnie rozłożyć i być może dlatego nie śrubował oczekiwań zbyt mocno. A ja się temu całkowicie poddałam. Zawsze lepiej być miłym zaskoczeniem niż nieprzyjemnym rozczarowaniem.

Fot. Ironman

Wracając do maratonu. Przeprowadziłam więc w główce szybką kalkulację, że nawet jeśli plan zakłada gallowaya od 21 km, to biegnąc sub 5:00 zyskam sobie trochę zapasu i skoro mi się tak lekko i fajowo przemieszcza, to ryzykuję. Z pełną świadomością ryzykuję, ale też cichą wiarą, że nie pierdolnie mnie ściana gigant pod koniec trasy i że zachowam (uśmiechniętą) twarz do ostatnich metrów.

Biegnąc nie skupiałam się jednak na ostatecznym wyniku. Nie myślałam o miejscu na którym jestem. Nawet specjalnie na garmina nie patrzyłam. Były dla mnie tylko kolejne metry, kilometry, punkty odżywcze i pętle. Byli kibice, z którymi – standardowo – starałam się nawiązywać interakcję. Było jedzenie (żel co 5-6 km, tego jeszcze nie grali!) (duma!), była woda i cola na punktach. Oraz lód upychany do stroju prawie jak na Hawajach i oblewanie się, oblewanie, oblewanie. Czy pisałam już, że woda jest najwspanialszym i najcudowniejszym wynalazkiem wszechświata? I było wyczekiwanie na to rondo, gdzie stali moi ukochani ludzie <3

Świetna była ta biegowa trasa. Cztery urozmaicone zakrętami i zawijasami pętle, sporo zacienienia, bieg poprzez centrum zabytkowego miasteczka, wzdłuż promenady i nadbrzeża oraz głównym deptakiem. Dużo kibiców i pozytywnej energii. Świetni i mocno zaangażowani wolontariusze. Pogoda sprzyjała, było ok. 22-24 stopnie i miłe słoneczko. Aż szkoda było gnać, zamiast rozkoszować się chwilą, to bieganie było przecież takie cudowne!

Fot. Ironman

Cudowne do 25-28 km. Nie wiedziałam jak mój organizm zareaguje na ajronmeński maraton, w którym bez przerwy biegnę od samego początku (to był mój – ekhm – pierwszy raz). Czy mnie zetnie tak, że ani kroku więcej, czy pojawi się bunt „pierdolę nie biegnę”, czy może włączy się gen wojowniczki i napieranie za wszelką cenę? Pocieszała mnie myśl, że cały czas jestem ciut „przed” planem, że nie ma gallowaya (yeah!) i w sumie cały czas trzymam tempo szybsze od zakładanego. Pamiętam jednak, że miałam dylemat (człowiek serio nie ma o czym myśleć podczas tego wyścigu): czy cisnąć tempo poniżej 5:20 tak długo jak tylko się da i czekać na ewentualną ścianę i game over czy bardziej zaufać intuicji, biec we względnym komforcie i stopniowo „wytracać tempo”, ale jednak cały czas biec. Wybrałam tę drugą opcję, ale w sumie to nie wiem czy to był dobry wybór… Może trzeba było cisnąć na maksa?

Fot. Ironman

Gdy usłyszałam, że jest dobrze, że trzymaj to tempo Bo, to myślałam, że już wypadłam z walki o podium i że nie mam się specjalnie co spinać. Tak, to był błąd, no ale co teraz zrobię. Nic. Biegłam więc sobie nadal na samopoczucie, troszkę zwalniałam, ale też niespecjalnie walczyłam o to, by za wszelką cenę przyspieszyć. Pytanie, czy byłoby z czego. Wciąż pozdrawiałam kibiców i naprawdę, mimo coraz cięższych nóg, biegło się całkiem spoczko.

Oby do 32 kilometra, oby do 35 km. Przepraszam, czy długo jeszcze? Były miejsca, gdy wszyscy lub prawie wszyscy wokół mnie szli. Ja jednak biegłam. Niesamowite uczucie, zawsze to mnie mijali jak furmankę, tymczasem ja sobie teraz biegłam i – wstyd się może tu przyznać – jakby czerpałam energię z tego, że nie rezygnuję i że jestem lepsza od innych. Od ok. 35 km postanowiłam, że wdrażam plan B i na ostatnich trzech (?) punktach odżywczych świadomie przechodziłam w marsz na ok. 20 metrów.

Fot. Ironman

Jeszcze tylko ta jedna nawijka, i ten zakręt, gdzie głośna muzyka, potem obok tego zapachu smażonej ryby i chwila moment będzie moje ulubione rondo! 39 kilometr mija i 40-ty. Nie patrzę na zegarek, po prostu sobie biegnę. I nagle Miłosz, który wyrósł mi niespodziewanie przy barierkach jak kiedyś drzewo na singletracku w lesie, krzyczy, bym przyspieszyła bo sekundę za mną biegnie następna dziewczyna. I co? I przyspieszyłam. Ostatni kilometr w tempie 4:48, czyli jednak było z czego przyspieszyć. Ze wszystkich sił, pamiętam, gnałam wtedy na metę. Ruuun Booo! Nawet – czego się raczej nie robi – na ostatniej prostej wyprzedziłam dwóch panów (sorunia!), ale nie było opcji, bym się poddała.

Na metę wpadam szczęśliwa. Zmęczona. Wkurzona na ajronmeński zegar, który jakieś głupoty pokazuje, że 10:11 – mogliby coś z tym zrobić myślę, aby pokazywało realny czas każdego zawodnika a nie jakieś cyferki z dupy, czy to takie trudne za te pieniądze, które u nich zostawiam? Po czym automatycznie wyłączam swojego garmina i z ciekawością patrzę na jego wskazanie. O kurwa! Coooo? WHAT? 10:11??? No fucking way! How? Jak? No i się drugi raz tej soboty poryczałam.

Fot. Ironman

Wtedy jeszcze myślałam, że zwiałam tej dziewczynie, więc byłam szczęśliwa i spełniona podwójnie. Ale też wciąż rycząca :) Ratownik medyczny najpierw zadał mi pytanie „arjuokej?”, a potem podał butelkę Prosecco – taką służbę zdrowia to ja rozumiem! Byłam szczęśliwa potrójnie!

Maraton pobiegłam w tempie 5:02 min/km i pokonałam królewski dystans w 3:29 (najszybszy maraton w AG!). A moja obecna, najlepsza, dość trudna do wytłumaczenia i – biorąc pod uwagę drogę jaką przeszłam w tym roku – najbardziej zaskakująca życiówka na IM: tadam! 10:11:47.

A potem jednak okazało się, że zabrakło 24 sekund do drugiego miejsca i do przepustki na Hawaje (rolling start wypacza trochę rywalizację i nie daje możliwości walki „ramię w ramię”). Zajęłam trzecie miejsce. I tak, jak dwa dni przed zawodami nawet nie myślałam o slocie, tak teraz jednak świadomość, że byłam tak blisko, że te cholerne pół minuty, że gdybym wiedziała… trochę psuje mi radość z wyniku.

Cholerne eMzkropką! Tak rozbudzić w człowieku po raz kolejny to marzenie o Hawajach! Tak mnie – MNIE! konsumenta mądrego, świadomego i rozsądnego – zmanipulować, że mam wręcz zwierzęcą potrzebę odegrania się oraz podjęcia znowu tej walki! Tak sprawić, że chcę znowu ścigać się, poprawiać, rywalizować i urywać! Nienawidzę cię Ironmanie! I równocześnie uwielbiam! Do zobaczenia, psiaciemać, za rok!

I gdy taka spełniona, cholernie zmęczona, ale równie bardzo bardzo szczęśliwa wyszłam ze strefy finishera z medalem na szyi, zobaczyłam Polę. Powiedziała, że jestem super, że gratuluje mi bardzo, po czym przytuliła się i dodała: Bożenko, ty śmierdzisz!

——

Dziękuję wszystkim, którzy mieli swój udział w tym moim dziwnym sezonie oraz pomogli przekroczyć metę IM Emilia Romagna. Oczywiście dziękuję Trenerowi Kubie Bieleckiemu wraz z całą fioletową ekipą NeonTeam. Oraz Przyjacielom i wszystkim Dobrym Ludziom, że byli wtedy, gdy ich potrzebowałam.

Dziękuję Marcinowi, że wynalazł taką piankę Dare2Tri, która nie tylko pasuje idealnie na takiego długiego człowieka jak ja, ale też świetnie pływa. Julli i IMMABEE, że mogłam w tym roku nie tylko dojeździć na bajku, ale i dowyglądać. I to jak! Marcinowi i New Balance, za butki, które niosły mnie 10 cm ponad włoskimi chodnikami. Krasusowi za koks: Huma, Chia Charge, Fit Bites i Dextro (płynne żele Dextro są genialne na bieg). I nie tylko za koks. Dziękuję też ekipie TriWise, że mogłam gościnnie dołączać do treningów oraz Piotrkowi, który uwierzył (i ufam, że wciąż wierzy), że da się ze mnie w wodzie zrobić coś więcej niż tylko pływającą kłodę.

Dziękuję Wam, drodzy Czytelnicy, Ziomki i Obserwatorzy, że towarzyszycie mi w tej pełnej zwrotów akcji przygodzie sportowej i że tak fajnie jest „tutaj” z Wami i dzięki Wam.

No i. Dziękuję Ci Miłosz, Korsarzu mojego życia i radości (nie piszę więcej, ileż można ryczeć).