Single Blog Title

This is a single blog caption
31 Maj 2017

Swimbike Sieraków 2017

Nie będę udawać, że start w 2/3 zawodów był dla mnie czymś wymarzonym i że super mi z tym. I nie będę ściemniać, że sytuacja, w której jestem, że nie biegam, że jaknoga, jest czymś normalnym i że wcale mi z tego powodu nie przykro. Bo przykro mi, i to w uj bardzo! No ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz. No nic nie zrobisz. Co najwyżej – skoro wszystko już opłacone, a człowiek i tak jedzie do tego Sierakowa – można wystartować dla funu, dla dobrego treningu pływacko-kolarskiego, można spotkać się ze znajomymi, zrzucić presję własnych oczekiwań, zapomnieć o kontuzji i spróbować pobawić się triathlonem.

dsc_0553

Gwiazdorzymy z Siostrzyczką, tj. Krasusem

Taaa, pobawić. Kurdens, gdybym ja tak potrafiła mobilizować się do startów, jak bardzo się nimi stresuję! Gdybym energię, którą zabiera mi przedstartowy stresior gigant, zamieniała na kilka watów więcej na rowerze! Gdybym dokładność, z jaką myślę o wszystkich fuckupach, które przydarzyć mi się mogą na trasie, przełożyła na chwyt wody i wysoki łokieć! Byłabym mistrzynią świata w triathlonie! We wszystkich kategoriach wiekowych i na wszystkich dystansach normalnie. A tak to się tylko niepotrzebnie stresuję i martwię…

Strach i ciekawość

A czymże ty się Bo tak stresujesz? No właśnie ciężko powiedzieć czym konkretnie, choć oczywiście mam swe potwory, które zwłaszcza w przedstartową noc potrafią być nad wyraz przerażające i straszne. A teraz na dodatek pojawiły się kolejne, które ja głupia zaprosiłam tu sama, bo sobie dziecko wymyśliło DYSK i zachciało mu się nowych przygód na rowerze.

Ja znam swoje miejsce w szeregu kolarskim. Wiem, że czasem uda się coś depnąć i bardzo to uwielbiam, chwilo trwaj, ale jednak przede wszystkim świadoma jestem swych braków. Drewieństwa, nieporadności, strachu przed zjazdami i zwyczajnego braku mocy… (a świadomość, ile się jeszcze mogę poprawić na bajku jest naprawdę zajebista i mega pcha mnie do przodu). Jestem też jednak osobą dość ciekawską, lubiącą wyzwania oraz słowo „sprawdzam”. Potrzymaj mi bidon i patrz!

Kiedy więc pojawiła się szansa pojechania z dyskiem w Sierakowie, zaczęłam się nad tym poważniej zastanawiać. Na normalne zawody, gdzie walczę o wynik i lokatę, gdzie ważne są szczegóły i raczej nie ma miejsca na niepotrzebne ryzyko, testy i eksperymenty, z pewnością bym się nie zdecydowała. Chyba raczej na pewno nie. Ale w sytuacji, gdy ja mam tylko zrobić tam trening, ojtam, że na pełnym gazie i dzidzie od samego początku, to mam nie spróbować? Nawet kosztem dodatkowych strachów i stresów. Poza tym, Trener specjalnie nie oponował, a nawet wręcz przeciwnie, wszyscy naokoło gadali, że trasa stworzona pod dysk, koła RON WHEELS na Czesławie wyglądały tak bosko, to co ja mam, kurwa, oprócz wyjebki i zębów, do stracenia na tym rowerze? No nic.

img_0358

Z Czesławem

Zanim jednak ten rower opiszę co i jak, to wypadałoby coś popływać.

Śledź

Czy może się coś niespodziewanego przydarzyć człowiekowi, który przygotowany i skupiony stoi sobie w strefie startowej czekając na wystrzał startera? Rozgrzany jest. Piankę ma dopasowaną. GPS złapany. Czepek założony i okularki przeplute. Aaa! Człowiek ten jeszcze przecież po buziaka na szczęście do barierki musi podbiec. Więc biegnie nie patrząc pod nogi, szybko bo czas płynie, biegnie. I łup. Dość dynamicznie staje na śledzia, którym przymocowana jest dmuchana bramka startowa. Ałła. I rozwala sobie stopę, tak że cały piasek pod nią czerwony. Brawo Bo!

I tak właśnie z kontuzjowaną prawą jaknogą oraz rozwaloną na śledziu, krwawiącą lewą stopą stałam sobie na starcie 1/2 IM Sieraków. Who is the man? No kto? To zaczęło być nawet zabawne, więc oprócz wzruszenia na dźwięk muzy, stresu i ekscytacji, że znowu to robię, pojawiło się też zniecierpliwienie, niech to się w końcu zacznie bo przecież muszę sobie tę nogę odkazić :)

img_5851

No rodzeństwo jak nic!

Wiem, że podzielone są zdania na temat sierakowskiego rolling startu, na dodatek w falach. Ja jednak nie narzekam! Dawno nie pływałam w tak komfortowych i fajnych warunkach, zero pralki, woda milutka i rześka. Dżentelmeni dookoła. Pięknie było! Dzień wcześniej machnęłam trening OW w tym jeziorze i pływało mi się fatalnie, wolno, ciężko, przerażona byłam wizją powtórki tego w niedzielę. Zostałam jednak przemile zaskoczona, było super i jak ja to kocham!

Mniej więcej w połowie drogi do pierwszej bojki, po kilku nieudanych próbach (za wolne) złapałam zajebiście fajne bąbelki. Było mocno, ale tak że dawałam radę, czasem mi odpływały, ale wtedy włączałam piąty bieg i udawało się złapać je ponownie. Może nie nawigowały idealnie, ale i tak lepiej niż ja, choć Garmin policzył mi 1970 m. Bąbelki miały też dość charakterystyczne szlaczki na rękawach pianki, więc cały czas, jeśli nie pod wodą to czujnie pilnowałam ich na wierzchu. Były chwile grozy, gdy ktoś chciał się wtrynić i mi je odebrać. O nie, przepraszam bardzo, to są moje bąbelki! Nie oddam, co najwyżej zapraszam za mnie, tylko uwaga tam jest rozwalona na śledziu stopa :) I na takim fajnym, delikatnym zmęczeniu, z bananem na twarzy i odkażoną nogą, wychodzę sobie z wody po 34:39, co daje tempo 1:45 na 100 m. Jestem zadowolona z tego czasu i stylu, w jakim popłynęłam. Oczywiście, że chciałabym minutę szybciej. I oczywiście, że kiedyś tak popłynę.

18738594_748788091966159_5350912405036088848_o

Kibice!!! Dzięki Magda! Fot. TriWawa

Do strefy zmian prowadziła długa, na dodatek pod górę, droga, którą trener nakazał mi pokonać marszem. Zrobiłam spacerkiem, bo czy ja się gdzieś śpieszę? Ludzie dopingują i krzyczą, że biegnij, nie poddawaj się, biegnij, że jesteś 11 dziewczyną czy tam 9 i że ogień z dupy. A ja się tylko głupio uśmiecham, bo przecież nie będę każdemu z osobna tłumaczyć lub podawać linka do bloga. Poza tym i tak boli rozwalona stopa, więc to naprawdę nie miało sensu. Idę więc, gadam z Krisem, nieśpiesznie ściągam piankę. Powiem Wam, że taki lajcik to jest nawet spoko, ale jednak nieswojo się jakoś czułam, chyba jednak wolę ogniem.

Na rower Z T1 również wychodzę niespiesznie, to znaczy nie biegnę tylko idę. Już się nie martwię niczym i nie stresuję. Wiem, że zaraz zacznie się to, na co tak ogromnie czekam, że rozpocznie się…

Zabawa z dyskiem

W Sierakowie na trasie 1/2 IM do pokonania są cztery pętle. Myślałam, że tego nie lubię (jeździliśmy tak w Bełchatowie i w głowie mi się kręciło od ciągłych nawijek i nawrotów), że wolę albo 2×45 km lub wszystko za jednym zamachem, tutaj jednak bardzo dobrze to zniosłam, a okrążenia idealnie pozwalały kontrolować mi tempo, jedzenie, siły itd. Trasa jest pomarszczona, góra-dół góra-dół, rzekłabym, że pode mnie, przecież ja uwielbiam podjazdy, a zjazdy, przed którymi zawsze mam zbyt duży respekt, są tutaj delikatne i łagodne. Do tego dysk, który miał mnie nakręcać i ciągnąć do przodu, wysoki stożek z przodu. Tutaj nie miało prawa nic się nie udać i nie wyjść!

A jednak. Nie wyszło, tak jakbym chciała…

Ruszyłam raczej mocno. Mądrale powiedzą, że pewnie za mocno, niech gadają. Ale przecież tak właśnie chciałam to pojechać – dzida od początku do samego końca. Już pisałam tu nieraz, że przed każdym startem to ja czuję, że nie potrafię na dwóch kółkach jeździć, ale potem… Jak już się wepnę, umoszczę i wrzucę odpowiedni bieg… To jest nie do opisania, jak ja uwielbiam ten pęd i jakie szaleństwo we mnie wstępuje! Nie widzę żadnych przeszkód! (rzekł ślepy koń przed zawodami). I tak też jechałam – choć cały czas dość ostrożnie chcąc dokładnie zapoznać się z trasą z perspektywy siodła (wcześniej przejechaliśmy ją autem). Na płaskim i z górki jazda totalna, czuję, jak mnie ten dysk napędza i jakby ciągnie do przodu, na podjazdach wiadomo ciut lżej, ale też bez przesady :) Zaskoczona byłam jednak faktem, że trochę bardziej się męczę pod górkę niż normalnie, gdy chcę wtarabanić ten dysk na górę. Ale wszelkie trudy z nawiązką wynagradzała mi druga część okrążenia – zjazdy i płaskości, to było genialne!

18699392_784374181726952_3431379290026179385_o

Ziuuum! Fot, Z Archiwum Tri

Na następnych okrążeniach, kiedy już wiedziałam wszystko co i jak, chciałam pojechać mocniej. Chciałam… Niestety wiatr (naprawdę wiało!), zwłaszcza wiatr w twarz na podjazdach, studził me zapędy. A mi potwierdzał fakt, że dysk to chyba raczej nie dla mnie. A już na pewno w takich warunkach. Niestety mocno się siłowałam pod górę i niestety generowana przeze mnie moc nie miała przełożenia na prędkość. Za niska po prostu była ta moc, taka smutna rzeczywistość.

Ale! Ani nie było mi w głowie poddawanie się! Zamówiłaś sobie Bo dysk, to proszę teraz wszamać to danie! Do końca. Były momenty pierdolę nie jadę, gdy podnosiłam się w górny chwyt i odpuszczałam, ale tylko kilka razy i to przez 2-3 sekundy, więc tak jakby ich nie było. Zaciśnięte zęby, napięta żyłka, zapewne mina jedna z tych najdurniejszych i dajesz Bo! Dajesz dajesz. Taka zabawa z dyskiem pod górkę. Ubaw po pachy normalnie! Co się jednak namęczyłam na tych podjazdach pod wiatr, odebrałam sobie na płaskim i z górki. Bajeczne to było! Mogłabym tak w nieskończoność! A przy tym dopingu, który kibice zgotowali nam w Sierakowie, to jeszcze znacznie dłużej! Dziękuję! I jeszcze dodam – tylko proszę się nie śmiać, rozmawiamy tu przecież zawsze poważnie – największym moim bajkowym osiągnięciem (kto ze mną jeździł, ten wie i zrozumie) jest to, że ani razu, ha! ja! nie zahamowałam! (no dobra, tylko tam na zawijce, nie liczę).

Dużo piłam (zawsze dużo piję), zjadłam też raczej swoje, niestety wiatr i wysoka temperatura, a także brak siły na podjazdach, no i ten śledź :), nie pozwoliły pojechać mi tak jak chciałam. Wyszło 2:33:19 (podaję z zegarka bo na dobiegu, niespodzianka, szłam), średnio 33,7 km/h. A chciałam poniżej 2:30. Po cichu jednak myślę i wierzę, że 2:2X jest na tej trasie w moim zasięgu. I jak tylko będzie taka możliwość za rok, nie omieszkam tego sprawdzić.

W konkursie na typowanie wyników, najbliżej mojego rezultatu (pomyłka tylko o 2 sekundy) był Filip D., a w losowaniu maszyna wybrała Kamilę L. Lecą do Was upominki od RON Wheels: filiżanka, rękawki i proskarpetki.

A gdy zsiadłam z roweru i uderzyła mnie na dobre lampa i temperatura, które panowały w Sierakowie, to jakoś specjalnie nie żałowałam, że nie nie muszę teraz biec… W sumie, nieźle to sobie wykombinowałam.

Następna relacja, mam nadzieję, będzie już z całego triathlonu! Nie odchodźcie.

5 Responses

  1. Marc

    Bo..że jaka Ty jesteś cudna. Trzymam za Ciebie mocno kciuki, napier…aj do przodu i niechże ta noga wreszcie przestanie Ciebie męczyć. Ja też ze zmęczeniówką piszczeli się męczę, więc tym bardziej śledzę poczynania i wiem, że można. tylko swoje trzeba przeczekać.

    1. Bo

      Hihi :) Dzięki! :* I ja również mocno trzymam kciuki za Twoją piszczel, pamiętaj cierpliwość cierpliwość cierpliwość!

  2. Pingback : Run! Bo! » Wielki finał Roth – miesiąc wcześniej

  3. Pingback : Run! Bo! » Koła RON Wheels kolekcja IRON QUEEN – wrażenia

Zostaw komentarz