Single Blog Title

This is a single blog caption
09 Luty 2017

Czar objętości. Prysł

Szesnaście godzin! Dwadzieścia! Piętnaście i pół! A on to średnio nawet osiemnaście tygodniowo robi. Nie da się dziś chyba trenować bez informacji o tym, jak dużo na trening triathlonowy poświęcają inni. Wszak triathlonista, niczym student prawa czy weganin, zawsze ci o tym opowie. Ze szczegółami. I nie da się również świadomie bądź też nie, unikać porównań z samym sobą. A potem zamartwiać, że ja „tylko” jedenaście.

Wiem co mówię! Zawsze jarały mnie wysokie słupki na endo. Im wyższe, tym moje poczucie wartości jako „sportowca” szybowało fiuuu daleko i trudno je było złapać. Noo, triathlon dla miłośnika objętości i kilometrażu jest dyscypliną idealną. Zawsze więc trenowałam raczej więcej niż mniej. A bo dlatego, że talentu nie mam, więc muszę skupić się na pracowitości i powtarzalności. A bo to raczej proste – nie wiesz jak, to przynajmniej zrobisz długo. Bo jak jest dużo godzin i kilometrów, to naprawdę czujesz, że trenujesz. No i wygląda super w social mediach. Takie tam. A że człowiek ciągle chodzi zmęczony? Że zamulony dużym kilometrażem? Że kontuzje przeciążeniowe dopadają i zawsze coś go boli. Nieważne! Najważniejsze, że trenuje dużo! Że jest objętość! I że jest się dzięki temu prawdziwym triathlonistą.

Jak tak patrzę dziś, z perspektywy 4-miesięcznej współpracy z Trenerem Kubą, na to moje wcześniejsze trenowanie, to stwierdzam, że ja raczej głupiutka w tym względzie byłam. Dobra, wciąż trochę jestem… Ale przynajmniej teraz mam tego świadomość! :)

img_0657a

Ziuum, tęsknię!

Pisałam już jakim szokiem było dla mnie zetknięcie z treningiem jakościowym. Jak mój organizm histerycznie wręcz reagował na wychodzenie poza strefę komfortu. Jak wielką zobaczyłam różnicę pomiędzy trenowaniem dużo a trenowaniem dobrze. Teraz kolejnym dla mnie zaskoczeniem jest to, jak ja trenuję… mało. Akuku. Oczywiście „mało” jest tu pojęciem względnym, ale na pewno trenuję mniej niż trenowałam i trenowała-BYM sama. Może się coś temu Treneru pomyliło myślałam. Czy naprawdę mam kręcić godzinę a nie dwie? I tak mało pływania? Na pewno mu się coś pomyliło! Ale dlaczego tych podbiegów jest sześć a nie dwanaście. No nie, on to robi specjalnie! Przecież ja w lipcu mam zostać ironwomanem, nie kumam.

Ale gdy tak przegadaliśmy z Kubą te moje rosterki. Gdy dostałam zapewnienie, że trenuję dobrze i że tak ma być. A potem jeszcze miliard razy przemyślałam to i przeanalizowałam. Oraz spojrzałam na statystyki, które może tygodniowo nie są jakieś imponujące, ale w wymiarze miesiąca, dwóch, trzech zaczynają już wyglądać. I które oprócz liczb, pokazują jeszcze jedną, zajebiście ważną rzecz – SYSTEMATYCZNOŚĆ, to zrozumiałam, że ta objętość (nie mylić z ciężką pracą!) chyba jednak trochę przereklamowana jest…

Oczywiście objętość jest ważna. Wiadomix, zwłaszcza w przygotowaniach pod pełen dystans. Ale czy najważniejsza. Wake up. Bo równie ważne jest ROI, zwrot z inwestycji, uzyskanie maksymalnych efektów w danym czasie poświęconym na trening. I właśnie na ten zwrot pracują też inne czynniki. A więc jakoś treningu, tu nie ma żadnej dyskusji (już się nie mogę doczekać minutówek na bajku), ale również systematyczność, konsekwencja oraz spójność tego wszystkiego. A także (kolejna u mnie hehe nowość) (how cool is that?) periodyzacja – nie da się każdego tygodnia czy miesiąca robić na podobnym obciążeniu. A już na pewno najważniejszym elementem całej układanki jest zdrowie. A to zachowamy tylko umiejętnie dozując objętość i obciążenia. Poza tym. Dobrze ową objętość zostawić sobie na „potem”, kiedy trudno będzie się poprawiać w oparciu o dotychczasowe bodźce i środki treningowe. Takie oto odkrycia ostatniego miesiąca. Jak zwykle, przyznacie, genialne.

Ze spokojem duszy trenuję więc teraz swoje, bez udziału w wyścigu kto więcej. Nie dokręcam i nie dobieguję nic na siłę, choć czasem korci, by ten tydzień był „lepszy” od poprzedniego. Już raz przeinwestowałam przed Rzeźnikiem i wiadomo jak się skończyło… Wiem, że nadejdą tygodnie, w których obok intensywności pojawi się też spora objętość. I że wyrobię te cholerne szesnaście godzin! O czym oczywiście, nie omieszkam poinformować całej galaktyki. Pewne rzeczy w tym temacie po prostu są niezmienne ;)

14 Responses

  1. Robert

    ludzie o takim pojęciu są czytani przez rzesze sportowców amatorów… to może już lepiej byłoby się nie wypowiadać?

    1. Jacek

      Do kolegi Roberta – to właśnie „rzesza sportowców amatorów” czyta takie wpisy i się z nimi utożsamia, bo często trafiają do nich znacznie bardziej niż profesjonalne porady i wytyczne treningowe. Zdziwiłbyś się, ile osób postępuję dokładnie tak jak to zostało opisane w artykule – trenują w myśl zasady „im więcej tym lepiej”, zwykle bez trenera więc nie ma kto ich poprawić/poprowadzić. Samodzielne ułożenie dobrego indywidualnego treningu jakościowego dla sportowca-amatora jest często bardzo trudne. A bez tego pozostaje porównanie 18km biegu zawsze lepsze niż 12 km biegu…

      1. Bo

        Tak właśnie! (Oczywiście, że autorka! Helloł, Bo jest rodzaju żeńskiego przecież :)) Na tym blogu nigdy nie było porad „profesjonalnych” i nigdy takowych nie będzie! To tylko moje małe wielkie odkrycia, które potem i tak zapewne zweryfikuję po kilka razy :) Pozdrawiam!

  2. Bartosz Litwin

    Cały artykuł mozna streścić w jednym zdaniu – Najważniejszy współczynnik treningowy to TSS ! Odkryłem to już dawno.

    Pozdrawiam.

Zostaw komentarz