Single Blog Title

This is a single blog caption
25 Listopad 2016

Trenuję po to, by żreć

Jak w tytule (i złośliwcy w tym miejscu skomentują: „co widać”). Oczywiście, też po życiówki, by przekraczać bariery, dla realizacji marzeń blablabla, a czasem i rywalizacji. No i dla lajków trenuję – wiadomix! Ale nie zapominajmy jednego. Tego, że z reguły dla nas, amatorów, PRAPRZYCZYNĄ wzięcia się za sport jest przede wszystkim żarcie! I ja w dużej mierze, trenuję właśnie po to, by móc jeść bez ograniczeń.

Bo tak przeczytałam ostatnio wpis Znajomej Triathlonistki (pozdro Koza!) o jej przedsezonowych i noworocznych postanowieniach, że tego nie będzie jeść i tamtego. Że pszenicy nie, nabiału nie, przetworzonych produktów, smażonego, cukrów prostych, alkoholu też nie i owoców mało (tylko do godz. 15.00). Że równe odstępy pomiędzy posiłkami, wszystko wklepane do apki, odpowiednio zbilansowane i pod pełną kontrolą. Tak przeczytałam to i mi się żal zrobiło. Że tyle wyrzeczeń! Że taką krzywdę człowiek sam sobie robi. I czy to jeszcze pasja jest, skoro stoi za tym jedynie dietetyczny reżim i dyscyplina? Oczywiście, żeby nie było, ja to szanuję! Zwłaszcza, gdy poparte argumentem, że takie właśnie działania zbliżają do upragnionych wyników i sylwetki. Szanuję, ale nichu nie rozumiem. Bo ja właśnie – powtórzę jeszcze raz – ja właśnie trenuję po to, aby nie musieć sobie nic odmawiać!

6iyvypzgfpw-joseph-gonzalez

Fot. Joseph Gonzalez

No popatrzcie jakie to proste. Jest sport. Uwielbiam sport. I jest jedzenie. Uwielbiam jedzenie. Dzięki uprawnianiu sportu mogę jeść w zasadzie bez ograniczeń, a dzięki jedzeniu mogę trenować długo i mocno. Czy można wymyślić sobie lepsze zestawienie? Dwie rzeczy, które cię uszczęśliwiają i które w połączeniu sprawiają, że człowiek jest jeszcze szczęśliwszy? Trenujesz – więc jesz. Jesz – więc trenujesz! No genialne. Po co psuć coś, co natura wymyśliła tak idealnie?

Przerabiałam już, może nie jakieś restrykcyjne diety podczas trenowania, ale np. taki ban na kolacje, słodycze czy nutellę i to się – mówię Wam – nie sprawdza. Raz, że waga leci w dół i wtedy nie ma sił trenować. Dwa, że człowiek, który jest na diecie i który musi odmawiać sobie przyjemności to człowiek niemiły jest. Sfrustrowany. Awanturujący się. A kobieta na diecie… aj! Jak paznokciami po tablicy. Inna sprawa, że taka „dietetyczna świadomość”, że potrafię sobie odmówić tego i owego, podczas gdy głupi lud je dużo i niezdrowo oraz wcale o siebie nie dba, to taka świadomość zajebiście buduje poczucie własnej wartości (sprawdzone info). Sprawia, że czujemy się lepsi od tych, którzy takiej silnej woli nie mają i łatwo ulegają pokusom. Czujemy się lepsi… a tak naprawdę w środku i po cichutku, to jesteśmy bardzo smutni i nieszczęśliwi, że nie możemy zjeść kasztanka :( I bardzo z tym samotni.

Powiecie, ale takie mądre podejście do diety i gotowość do wyrzeczeń to wyłącznie oznaka profesjonalizmu i rzetelnego, takiego totalnego podejścia do sportu. Racja! Trudno się z tym nie zgodzić. Ale ja jednak nie chcę (nie potrafię?) zrezygnować z radości, jaką daje mi dobre jedzenie. Za bardzo kocham jeść. Już i tak wystarczająco (mryg mryg) cierpię na treningach, coś mi się od życia należy! :) Poza tym, mało to ja mam teraz liczenia, żeby jeszcze kalorie zliczać? :) No way. Oczywiście – wyjaśnię – to nie jest tak, że ja się obżeram do nieprzytomności, na śniadania chodzę do maka, a pierogi to tylko z okrasą i popite śmietaną. Normalnie jem, staram się odżywiać zdrowo i racjonalnie, czytam etykiety – ale absolutnie, z dala od restrykcji i bez żadnych wymyślnych ograniczeń, zwłaszcza w odniesieniu do słodyczy :)

I dopóki te moje dwa uzależnienia (sport i żarcie) się „znoszą” i uzupełniają; w sensie, że po prostu spalam wszystkie moje kulinarne zachcianki, dopóki fałdki są na akceptowalnym (słowo klucz!) poziomie, dopóki wyniki poprawiać mogę treningiem i regeneracją, dopóty żadna dieta nie będzie mi mówiła jak mam żyć!*

Więc troszkę tak w opozycji do panującej obecnie mody na wytop. Wbrew trendom, że musi być lekko, zdrowo, regularnie i pod kontrolą, najlepiej osobistego dietetyka. Na przekór… A może i nie na przekór innym, bo jestem przekonana, że podobnie jak ja myśli i robi wiele osób. Tak więc na zakończenie pozwólcie, że BOelho wygłosi krótki manifest. Odezwę, która w moim odczuciu jest kluczem do bycia dobrym, szczęśliwym, niefukającym na innych i zadowolonym z życia sportowcem amatorem. Jedz, trenuj i kochaj! :)

*No chyba, że Trener każe schudnąć…

3 Responses

  1. Tomy

    O tak, bez dwu zdań tak jet i w moim życiu.
    Się trenuje, się je… się spala. I tak w kółko (może być rowerowe ofkors;).
    Smacznego!

  2. HellYeah

    BOelho :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD

    (ps.Czuję się rozgrzeszona z wyjadania młodemu słodyczy ze świątecznej paczki!)

Zostaw komentarz