Single Blog Title

This is a single blog caption
13 Wrzesień 2016

Bo kobietom jest łatwiej

„Bo kobietom jest łatwiej”. Usłyszałam kiedyś. A dokładniej na mecie Ultramaratonu Podkarpackiego, który wtedy wygrałam. A usłyszałam od kolegi, który zameldował się za kreską 10 minut później ode mnie. Że łatwiej jest nam wygrywać? Zastanawiałam się wtedy. Że łatwiej przygotować się do zawodów? Robić podbiegi, długie wybiegania czy może treningi progowe? Że łatwiej pokonywać nam kryzysy na trasie i prowadzić wewnętrzny dialog? Żałuję, że nie dopytałam o co mu chodziło, bo chyba nie o to, że łatwiej było mi przybiec na metę szybciej niż on.

Choć oczywiście tak, łatwiej jest nam stawać na pudle. Fakt niezaprzeczalny. A wg niektórych panów niesprawiedliwy nawet, bo czasem będąc kobiałką wystarczy tylko ukończyć zawody, by dostać pucharek za miejsce w kategorii wiekowej. A oni muszą się żyłować i ledwo wskakują do Top 30. No ale czy to nasza wina? Że jest nas mało? Zapytam. Zwłaszcza nas, tych startujących? Pracujemy tak samo ciężko jak wy. Wypluwamy płuca na basenie. Katujemy rower, ómieramy przy piątym tysiączku na stadionie. Tak samo boimy się wyjść poza strefę komfortu. I wychodzimy. Łatwiej jest nam tylko w momencie sprawdzania wyników i dekoracji. No tak racja, ale jednak łatwiej.

fot.Piotr Naskrent/Maratomania.pl

Wiadomo, jest łatwiej. fot.Piotr Naskrent/Maratomania.pl

Dlatego mimo, iż bardzo ekscytują mnie tegoroczne podiumowe sukcesy – każdy start kończyłam na pudle i to nie tylko w kategorii wiekowej – mam do tych flakonów ambiwalentny stosunek. Cieszą, oczywiście że tak, brak dumy oznaczałby brak szacunku do rywalek i pozostałych zawodniczek, ale cały czas mam też jednak świadomość, że „nam jest łatwiej”. A czasem nawet podwójnie łatwiej – wiele moich pudeł to łupy z lokalnych zawodów, gdzie kobiet jest naprawdę niewiele…

Wiem jednak, że zawsze dawałam z siebie max, że walczyłam i że zrobiłam ten sezon na milion procent moich obecnych możliwości. I że często gęsto ja jednak byłam na tej pierwszej stronie wyników w generalce… I choćby więc dlatego czuję, że jakoś zasłużyłam na te szklanki :)

FullSizeRender (23)

Lepiej stanąć na pudle niż nie stanąć. 8 startów, 8 szklanek.

Nie chcę wskazywać i wybierać zawodów, które były w tym sezonie najważniejsze pod jakimś względem (i oczywiście, że to był Susz). Ale gdybym tak jednym zdaniem podsumować miała, to co nawyprawiałam w tym roku to. Kroczek do przodu w pływaniu, wielki sus w kolarską czasoprzestrzeń i krok do tyłu w bieganiu. Pływanie nie oddało wszystkiego, co mu poświęciłam, ale odda – jestem o tym przekonana. Z rowerem, już zresztą pisałam, to jakiś kosmos jest i co najlepsze czuję, że wciąż mogę być lepsza! I wraz z moją szanowną d. mamy ogromną motywację do dalszej pracy. Bieganie? Cóż, tu w tym sezonie – oprócz wyjścia z kontuzji – nie wyszło i nie zaskoczyło nic. Ale ten krok do tyłu traktuję jako ruch niezbędny do nabrania rozbiegu na zimę i następny sezon. Aż chce mi się biegać i trenować!

Skoro podsumowanie, to przydałyby się może jeszcze jakieś wnioski na koniec. A z nimi to jak z kontuzjami. Niby człowiek wie, przecież wszyscy o tym trąbią i w niejednej książce przeczytać można, ale dopóki sam na własnym przykładzie nie sprawdzi, nie uwierzy. Taki mądry człowiek.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Susz najważniejsza dla mnie impreza roku. fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

A więc pierwszym moim eureka odkryciem jest fakt, że nie można być w formie przez całe 3 miesiące. Akuku. I nawet nie ma się co łudzić, że a nuż się uda. Nie uda się. Jeden start A w moim przypadku będzie idealnym rozwiązaniem na za rok. A że będzie to start A przez wielkie R, to już inna sprawa :) Kolejna refleksja, jaka przychodzi mi do głowy dotyczy etapu kolarskiego na zawodach. Że jednak trzeba to tak pojechać, aby potem umieć jeszcze biec. Ameryka normalnie! Szkoda, bo tak lubiłam założenie startowe „dzida na rowerze”… Ale ponieważ w moim treningu rowerowym nastąpi teraz nowa jakość – posiadłam święty graal kolarstwa tj. pomiar mocy – wierzę, że uda się znaleźć jakiś złoty środek w tym wszystkim. Że będzie i dzida na rowerze i petarda w biegu. Taki przynajmniej jest plan. A skoro już jesteśmy przy biegu. No niestety – i kolejny wniosek mistrz – bez treningu nie ma biegania. Bingo! Przynajmniej w moim przypadku. Aby biegać trzeba biegać! Kilometry, tempo, szybkość, technika. Na zakładkach i w upale. Tak jak kiedyś, jak dawniej. Ale żeby biegać, to nie można mieć kontuzji. A żeby nie było kontuzji, trzeba ćwiczyć i wzmacniać ciało. Oj, nie lubię tego jak diabli, prędzej gotowa jestem zrezygnować z lodów, cuksów i żelków razem wziętych niż zmusić się do regularnych ćwiczeń, ale jednak trzeba będzie to zmienić. Powiem więcej, już nawet psst zmieniam, ciekawe hehe na jak długo.

I ostatnie, równie ważne odkrycie. Triathlon to ludzie! Tylu fantastycznych ludzi poznałam w ostatnim czasie, tyle pozytywnych emocji dzięki nim przeżyłam, mnóstwo radości, śmiechu, dobra, motywacji i inspiracji doznałam! Tyle klapek mi się w głowie za ich sprawą otworzyło. Że normalnie nie sposób tego opisać i jakoś sensownie podsumować :) Moja wielka tri przygodo trwaj!

14368730_1663068244009589_3612228946790984060_n

Bo kobietom jest łatwiej. Fot. Triathlon Energy

Coraz częściej słyszę (bardzo miłe skądinąd) głosy, że po kontuzji (i to kurde po jak długo babrającej się i niezamierzającej przeminąć kontuzji) wróciłam mocniejsza. I że tym samym udowodniłam, że to wyświechtane stwierdzenie ma jednak jakiś sens… Czy ja wiem czy mocniejsza? To gdzie jestem obecnie jest wypadkową wielu zdarzeń, wspomnianych wyżej kroków, poukładania w głowie tego i owego oraz wpływu dobrych dusz, które pomagają, wspierają, kopią w dupę gdy trzeba i uczą. Ale… Chyba jednak tak. Jestem mocniejsza. Czuję się mocniejsza. I taka też trochę dojrzalsza w tym sporcie (nie mylić z dorosłością i powagą). A przy tym cały czas – i przede wszystkim – mam frajdę z tak zajebistej pasji! Normalnie nie mogłam sobie znaleźć łatwiejszej :)