Single Blog Title

This is a single blog caption
14 Kwiecień 2016

Gdy przeciętność staje się wartością

Ile razy czytałeś, słyszałeś, mówiłeś, że życie bez pasji to nie życie? Że dopiero pasja nadaje mu kształt, określa sens, a ciebie czyni szczęśliwszym. Pasja wyzwala emocje, daje poczucie spełnienia, jest pokarmem duszy. Napędza do działania, otwiera umysł, dodaje chęci życia. Bla bla bla. Dzięki pasji poznajesz podobnych sobie ludzi – oczywiście fantastycznych i cudownych, przecież ta zbieżność nie może być przypadkowa! Dopiero pasja sprawia, że tak naprawdę żyjesz.

Przyznaj się też, że czujesz się lepszy od tych, którzy pasji nie mają. Większy, taki bardziej wartościowy jakiś, fajniejszy. Jakie oni mają nudne życie myślisz, przyziemne takie, bez celu i tego fantastycznego smaku doskonalenia się oraz ostatecznego zwycięstwa. Żadnych barier nie przekraczają, do niczego nie dążą, bytują tylko tak i to nawet bez świadomości jak cudownie może być po drugiej stronie. Nic nie rozumieją! Głupi i nieszczęśliwi są ci ludzie bez pasji. Tacy ubodzy emocjonalnie, biedni.

gor

Fot. Nick Karvounis

Tak rozglądam się naokoło, obserwuję znajomych, widzę co dzieje się na fejsie i innych instagramach oraz patrzę na siebie (tak, tak) i coraz bardziej stwierdzam, że to jest jakieś totalne, niekontrolowane, szaleńcze niemalże obłąkanie. Obłąkanie pasją! Na dodatek taką pasją, która musi być widoczna. W internecie, na ubraniu, w mieszkaniu, samochodzie czy w pracy. I sama nie jestem żadnym antywzorem owej prawidłowości. Dzisiaj nie ma pasji bez publiczności i owacji. Bez lajków, szerów, subów, pełnych uwielbienia komentarzy czy już mniej widocznych, ale sprawiających równie wielką satysfakcję sprawcy, zawistnych spojrzeń innych. Kurde, już nawet pomaganie robi się na pokaz, patrzcie jakim dobry i szlachetny, podziwiajcie. Po czym poznać triathlonistę? Po niczym, sam ci to powie. No i na basenie zobaczysz go w czepku z zawodów. Jak rozpoznać biegacza? Zapewne po publikowanych codziennie trasach na endo i fejsbuku oraz fanpejdżu z selfikami. Albo po obklejonej stosownymi nalepkami klapie od samochodu. Lub po tematycznym tatuażu czy koszulce z maratonu. A trening został dziś odbyty? Tak, ale tylko wtedy, gdy został opublikowany.

Pogubiliśmy się w tym trochę mam wrażenie. Zagonili. Pamiętam jak kiedyś, gdy zbierałam znaczki (w podstawówce) (dawno i nieprawda), samą frajdą, taką najczystszą w swojej postaci frajdą, było po prostu oglądanie klaserów. Wieczorem, długimi godzinami, jeden po drugim, a potem znowu od początku. Oraz poprawianie tych znaczków pincetą, przestawianie i układanie na nowo. Albo ćwiczenie rzutów osobistych na przyszkolnym boisku w rękawiczkach bo zimno. Takie to czyste i szczere wszystko było. Bez oczekiwania na pochwały i gratulacje. Bez potrzeby szukania potwierdzenia swojej wartości w oczach innych. Bez nadziei, że ktoś powie jaka jestem zajebista i super te rękawiczki, bardzo ci w nich Bo do twarzy.

Wyróżnij się albo zgiń. Bądź kolorowy, głośny, szybki i pachnący! Miej pasję, bo bez niej jesteś niczym lub co najwyżej tłem. Mdłym, nudnym i przesiąkniętym przeciętnością tłem. I pamiętaj, przede wszystkim głoś swoją pasję innym. I nie zapomnij wykrzyczeć jak bardzo czyni cię ona szczęśliwym i lepszym od reszty. O RLY?

Pasja jest super, cieszę się, że ją mam i nie żałuję, że wybrałam takie właśnie życie. Piękne życie. Ale znam też zołzę dobrze, wiem, że pasjunia potrafi mieć i ciemne oblicze. Gdy po cichu i niezauważalnie przeistacza się w obsesję, a człowieka zmienia w samotnego, odsiadującego wyrok własnej ambicji więźnia… Więc ostrożnie.

Fajnie, że wszyscy dookoła mają różne hobby i zamiłowania. I dzielą się tym z otoczeniem, powodzenia wam! Jednak teraz, kiedy dosłownie tonę w zalewie informacji o pasjach innych oraz dobrociach, którymi obdarzają, gdy nie nadążam oglądać, czytać, wysłuchiwać, lajkować i gratulować, gdy zastanawiam się nad własną małością w obliczu wielkich dokonań innych. I gdy przez doskonałość owych pasjonatów sama wykopuję dawno zapomniane strachy i kompleksy, to tym bardziej śmielej zerkam w kierunku przeciętności. I stwierdzam, że czasami zazdroszczę. I że to przeciętność powoli staje się dziś wartością. Oraz cisza wokół siebie. Naprawdę sztuką jest dziś żyć „normalnie”. Bez biegania maratonów, zakładania startupów, robienia wymyślnych tatuaży na nadgarstku czy noszenia śmiesznych butów wystylizowanych oczywiście na schodzone. Sztuką jest być przeciętnym, w tym całym dążącym do bycia cool i happy świecie. I nie musieć szukać poklasku i uznania w oczach innych oraz wyczekiwać oznak uwielbienia czy liczyć na te nieszczęsne lajki.

To pisałam ja. Blogerka (cho na fanpejdż), biegaczka (no musisz zobaczyć moje endo), triathlonistka (to o czym chciałbyś dziś posłuchać), Super Bo, która każde zdjęcie przed wrzuceniem dalej obrabia wszystkimi możliwymi filtrami chcąc oszukać przeciętność… Tylko kurwa po co?

17 Responses

  1. Piotr

    Bardzo dobry i mądry wpis. Pisany chyba na lekkim wkurwie albo rozrzaleniu? Przynajmniej ja takie odniosłem wrażenie.
    Flaszka się należy za tekst!

    Brawo. I zajebiste masz rękawiczki! ;)

  2. agamaratonczyk

    Bo! Tekst w samo sedno! Strasznie przytłaczające jest dla zwykłego człowieka ta cała nagonka. Zawody, życiówki, focie z treningów, już mi nawet motywacja po prostu zbrzydła. A jak się zdziwiłam zimą jak gdzieś mi mignęło, że ludzie pytają dlaczego ktoś biega codziennie w tej samej kurtce!? (oczywiście odpowiedź była taka, że po prostu ma jedną, to w niej biega) Brawa za ten tekst! Bo jak ma się ochotę wyjść pobiegać, to się idzie i (chyba) nie trzeba obwieszczać tego całemu światu.

    Pozdrawiam! :)

  3. Krzysztof

    Ale co dołek jakiś…, czy co?

    Hmm… no nie mogę sie pozbierać, że nasza super BO to też człowiek i dołki ma…

  4. Anka

    Dzięki za ten wpis! Są niestety tacy ludzie, którzy w każdym możliwym momencie wspominają o tym (od niechcenia oczywiście) co to nie pobiegli, nie skończyli, na co się nie zapisali…. A rozmowy towarzyskie coraz częściej wokół zawodów tylko krążą. Ja na szczęście mam męża, który mnie sprowadza na ziemię (bo sam nie biega) że są inne ważne rzeczy, ale wielu moich znajomych nie ma tyle szczęścia ;) Pochwała za dystans i autorefleksję w stosunku do siebie i środowiska :)

  5. HellYeah

    o to to to! zajebiste Mistrzu! RÓWNOWAGA!
    ja jeszcze bym przy okazji tego ważnego tematu wspomniała o takiej PRESJI WEWNĄTRZ PASJI :)- konkretny przykład: biegnę w najbliższą niedzielę zawody na 10km. Że nie jestem ścigaczem to wiem od początku i od początku ta moja biegowa grupa miejska też o tym wie. Biegam sobie tę dychę w okolicy godziny, a czy to jest minuta poniżej godziny, czy dwie minuty powyżej – naprawdę nie robi mi różnicy. Ani na treningu ani na zawodach. I komunikuję to głośno i wyraźnie. Naprawdę kumam, że ludzie lubią się ścigać, podnosić sobie poprzeczkę, robić życiówki itp. Ale dlaczego więc wszyscy, którzy biegają lepiej niż ja w kółko gadają mi rzeczy w stylu: DAJ SPOKÓJ NA ZWODACH ZEJDZIESZ PONIŻEJ GODZINY, DAJ SPOKÓJ NA PEWNO MASZ ZAPAS SIŁ, DAJ SPOKÓJ NA ZAWODACH ZAPIERDALA SIĘ SZYBCIEJ itp itd. I nikt nie kuma ŻE MI NA TYM NAPRAWDĘ NIE ZALEŻY BO TO NIE OKREŚLA MOJEGO BYĆ ALBO NIE BYĆ! Takimi tekstami sprawiają, że na moją PASJĘ wywiera się PRESJĘ! – której na szczęście jako duża, niezależna dziewczynka nie ulegam. Ale myślę, że to też jest tak zwana „ciemna strona pasji” – trochę nie do końca to może na temat Twojego wpisu, ale chyba też nie tak totalnie poza tematem:)?

    1. Bo

      Jeszcze ujdzie, powiedzmy że na temat :) Kurde, też raz tak powiedziałam koleżance, niedobrze Bo, niedobrze! Pozostaje wierzyć, że ta (niechcąco) wywierana presja, dzieje się tylko w dobrych intencjach – ludzie po prostu chcą Ci dodać wiary, otuchy i nadziei! :) Jak rozumiem grzecznie im wytłumaczyłaś, że nie idźcie tą drogą i teraz już siedzą cicho? Obiecuję ja będę.

  6. Marcin

    Mądre. Nawet bardzo. A czytam wszystkie wpisy (potrafię nawet życiówki zacytować na konferencji ;) Nie mam fejsa, insta i innych cudów (z różnych powodów) i dobrze mi z tym. Ale widzę też jak dużo mnie omija. Dlaczego o niektórych sprawach dowiaduję się z opóźnieniem? – To nie wiedziałeś??? Na fejsa przecież wrzucił. Takie życie.
    Mam za to pasję, graniczącą z obsesją. My pasjonaci dochodzimy w końcu do momentu, że musimy nauczyć się to kontrolować. BO zaprzeczenie i wyparcie to tak naprawdę pierwsze objawy, że dzieje się coś złego. – Co, ja nie mogę przestać biegać? Mogę przestać kiedy chcę i na jak długo chce…
    Ostatnio coś mi odbiło i zającowałm na połówce. Całą trasę na ręcznym. Niby wszystko fajnie, ale po biegu czułem się źle. Nawet nie umiem tego opisać. Wszyscy naokoło się podniecali. Jaki czas? I co masz życiówkę? BO ja mam!
    Zawsze analizowałem listę z wynikami z wypiekami na twarzy. A teraz nawet nie chciało mi się tam zaglądać. Pojawiły się czarne myśli. A jak ktoś zobaczy mój czas i nie wie że byłem zającem? Zaraz pewnie zaczną się złośliwe telefony: – Jak to, Twoja żona 10 minut przed tobą? Stary, co się dzieje? Koszmar.
    Tak naprawdę, to wszystkich poza mną, guzik obchodzi mój czas….I mogę sobie zającować kiedy mi się podoba…Tylko sam sobie muszę z tym poradzić.
    PS. Jak zdrapać naklejkę biegacza z klapy samochodu. Jakiś klej, kurna, trzyma jak diabli…

    1. Bo

      Skoro nie masz fanpejdża, to naklejka może zostać :) Rozumiem jak najbardziej to uczucie niedosytu po zającowaniu. Chyba najlepszy na to sposób, to machnąć sobie wcześniej na innym biegu własną życiówkę i potem ze świadomością spełnienia i dobrze wykonanej roboty, pomagać innym w osiągnięciu ich wymarzonego wyniku. I wtedy mieć w gwizdku to co powiedzą inni :) Oraz… zającem też trzeba lubić być jak np. ten Pan http://marcinkargol.pl/pacemakerem-byc/
      Dużo Cię omija bez fejsa i całej reszty, ale zyskujesz znacznie więcej, nie popsuj tego!
      Do pomachania gdzieś na trasie!

      1. Lil

        Klej dobrze schodzi zmywaczem do paznokci, nie wiem czy lepiej acetonowym czy nie. Ja używam acetonowego. No chyba nie zdrapałeś naklejki tylko przez tekst? :)

      2. Marcin

        Uff, ulżyło mi:) Zostawiam naklejkę. BO, rozterki z zającowania podałem jako przykład pewnego zafiksowania, o którym piszesz. To zafiksowanie jest tylko w naszych głowach i tam trzeba to poukładać. Takich przykładów, z pozoru śmiesznych, każdy z nas może podać wiele. Ostatnio wyszedłem na trening i okazało się że bateria w garminie kaput. Zamiast pobiec na czuja, posłuchać śpiewu ptaków oraz napajać się świeżym powietrzem i niczym nieskrępowaną wolnością to…wróciłem podładować zegarek. Tylko k….po co? Pocieszam się, że zdając sobie sprawę z absurdalności takich sytuacji, zaczynam łapać dystans.
        Odezwałem się, gdyż uważam, że takie wpisy jak Twój dużo wnoszą. Czytam mało blogów, wybieram selektywnie (nie żebym miał coś przeciwko panna biega czy kawaler truchta, po prostu brak czasu:) Tym bardziej jest mi miło być Twoim „czytaczem”:) Pozdrawiam

  7. Lil

    Bardzo trafnie piszesz. Kiedyś było „patrz, mamo”, a teraz jest „patrz, internecie”. Poza tym, pasja stała się nośnikiem reklamy, pasja jest promowana i tak się to wszystko szalenie nakręca.

    Swoją drogą, nieużywanie endo daje cudowne poczucie nieskrępowania (inna sprawa, że mi gubiło zasięg w lesie, więc statystyki i tak się sypały i nie miało to sensu ;)

    Przeciętność, wg mnie, też nie jest stanem przyjemnym, a odpuszczanie po prostu rozleniwia i traci się ten przyjemny „flow”, za którym po jakimś czasie się zatęskni, serio. Podchodzenie do swojej pasji z dojrzałym zdystansowaniem brzmi całkiem optymalnie. No bo to całe filtrowanie rzeczywistości – rzeczywiście, po co? Po cholerę :)

  8. Julia Aniella

    Ja tam żyję w przeciętności. Nie zbieram na siłę lajków na Insta, lecz w końcu znalazłam sobie miejsce na zdjęcia, które i tak robię. Nie szukam na siłę obserwatorów. Niepotrzebne mi show. Ale kumam, co masz na myśli. Sposób jest na to jeden: nie robić nic wbrew sobie, a na szaleństwo innych patrzeć z przymrużeniem oka. Nie moje szaleństwo, nie mój problem. :)

  9. Jackass

    Bardzo dobry tekst. Sam mam problem, jak nie opublikuję treningu na endo, choć nie doszedłem do poziomu publikowania swoich treningów na facebooku :) (znam wieu takich)
    Przykład z życia – wczorajszy wieczór w hotelu w delegacji, pójście godzinne na saunę (brak innego treningu, odpoczynek po Półmaratonie w Poznaniu), po czym wracając do pokoju, zastanawiałem się, czy nie wrzucić na endo że byłem 1h na saunie…No bo tak głupio dzień bez treningu zostawić…
    Sauny na endo nie wrzuciłem, ale to trochę pokazuje, jaką siłę mają media społecznościowe i jak bardzo człowiek chce pokazać chociażby swoim znajomym sportowcom, że sam tyle trenuje i jest taki twardy…

  10. aitseb

    Dobry tekst i taki prawdziwy :) Ja się np złapałem na tym, że jak nie wezmę aparatu w góry, to jakbym tam nie był normalnie, tragedia nie z tej ziemi! Robię niezłe zdjęcia i lubię się czasem pochwalić jakimś na fb, zwłaszcza z gór, ale kiedyś chodziłem po górach dla czystej przyjemności, a teraz np poluję na jakąś super fotę. Inna sprawa, że potem przyjemnie jest sobie po latach zobaczyć taką fotę :) Ogólnie trzeba mieć trochę dystansu do tego co się robi, bo przecież jeszcze z 20 lat temu nikt nie miał garmina, super sprzętu, endomondo itp. Mało kto miał licznik rowerowy i wiedział ile przejechał ;) Dla mnie taką ostoją i powrotem do tamtych czasów jest zawsze kolarstwo górskie. Owszem mam ze sobą zawsze garmina – fajnie jest zobaczyć potem z ciekawości ile się przejechało w pionie, ale traktuję to jako czystą ciekawostkę, która w żaden sposób nie zastąpi przyjemności obcowania z naturą – to jest nieporównywalne do niczego innego :)

Zostaw komentarz