Single Blog Title

This is a single blog caption
19 Luty 2016

„Bieganie. Kobieca strona mocy”. Nie dla każdej książka ta jest

Ani jestem, ani nie jestem sportową feministką. Ale zawsze – z pełną świadomością różnic i spraw z tego wynikających – śmieszą mnie podziały na bieganie damskie i męskie. Czy na triathlon kobiecy oraz ten właściwy. Nigdy nie wzięłam i nie wezmę udziału w żadnych zawodach organizowanych tylko dla kobiet. Mierzi mnie oprawa i imprezy towarzyszące, które spłycają naszą kobiecość i traktują dość przedmiotowo, żeby nie powiedzieć idiotycznie. Piękna płeć to silna płeć – chyba nikt nie ma tu wątpliwości. Poza tym ja uwielbiam startować i ścigać się z facetami! Chorobliwie wręcz lubię! A te różnice? Jasne, że fizycznie bywamy słabsze i wolniejsze, miewamy gorsze dni, ubieramy inny krój koszulek sportowych, w wodzie cieszymy się lepszą wypornością, a na rowerze to naprawdę korzystniej mieć damskie siodełko. I mamy pomalowane paznokcie. Ale to nie powód, by robić z nas odmienny, wymagający specjalnego traktowania gatunek człowieka, tworzyć sztuczne problemy i na każdym kroku podkreślać naszą oryginalność, inność i odrębność.

kobie

Kobieca strona mocy. Fot. Matt Lee

Z podwójną więc ciekawością, ale też wkurzeniem sięgnęłam po książkę „Bieganie. Kobieca strona mocy” Anny Pawłowskiej-Pojawy. Ciekawością, bo bloga Ani znam, czytuję i lubię jej warsztat pisarski. Nie zapomnę z jakim podziwem – gdy sama zaczynałam człapać i 5 km ciurkiem było sporym wyzwaniem – studiowałam jej relacje z biegów i czytałam o przebieraniu się w sukienkę na podium. Ale było zazdro :) Co za fantastyczna kobieta, myślałam. Ale też z wkurwem brałam się za lekturę, gdyż znowu to, czego nie lubię: podziały i ja (my) w roli dziwaka potrzebującego specjalnej instrukcji obsługi.

1394_bieganiekobiecastronamocyfront3d555pxszer

Źródło: www.samosedno.com.pl

Sama nie wiem co napisać o tej książce. Czytając ją raz po raz starałam się cofnąć o 4 lata, do czasów, gdy zaczynałam biegać i próbowałam sobie przypomnieć, czy miałam podobne dylematy. Ja też nie wiedziałam czy ubrać szorty lub legginsy, czy również poszukiwałam porad dotyczących procedury zapisu na zawody lub nie znałam znaczenia słowa „życiówka”? (w słowniczku na końcu książki jest jeszcze wyjaśnienie terminu „debiut”). Albo dumałam nad tym, jak się ubrać na zawody, by przyciągnąć uwagę fotoreporterów (srsly?) Lub nie wiedziałam jak często (i w jakiej toalecie, na stacji czy w restauracji) zmieniać tampon. A na trening to pieniądze brać w monecie lub papierku, czy się zastanawiałam? No niestety, miejscami odnosiłam wrażenie, że autorka – serwując tu takie rady – ma czytelniczki za nieprzystosowane do życia kretynki… Ale może taka też jest natura poradnika? I wszystko trzeba tłumaczyć? A na końcu rozdziału w punktach jeszcze raz podsumowywać do zapamiętania? No nie wiem.

Albo słowa z zakończenia: „Nie daj sobie wmówić, że to męski sport. W bieganiu nie ma nic męskiego”. No litości! Może ja faktycznie jestem odmieniec, ale przysięgam, nigdy, przenigdy nie pomyślałam, że bieganie jest tylko dla facetów!

Szkoda, że pomiędzy naprawdę ciekawymi treściami, jak np. o pierwszych biegowych próbach, konieczności dodania treningów uzupełniających, o doborze butów, pułapce odchudzania przy bieganiu czy o (liźniętym wszak, ale bardzo ważnym) temacie kontuzji, znajdują się takie kuriozalne porady. Porady w dużej mierze dotyczące kwestii, które każdy najlepiej sprawdza i testuje na własnym ciele. Raz się zgrzejesz, drugi raz ubierzesz jedną warstwę mniej, proste. A ja np. uwielbiam stringi i nie wyobrażam sobie śmigania w majciochach. A Ania nie poleca…

Poradnik czyta się łatwo, szybko i przyjemnie. Ma on logiczną strukturę treści, gdzie zgrabnie z jednego rozdziału przechodzi się w następny, z reguły bardziej zaawansowany. Naprawdę, nie jest to zła książka! Krok po kroku wprowadza w biegowe tajniki odpowiadając przyszłej maratonce na każde chyba pytanie i rozwiewając wszelkie wątpliwości. A za ściągę ze skrótów z planów treningowych należy się autorce medal! Z pewnością lekturę polecić można dziewczynom, które zaczynają biegać, planują zacząć i takim, które generalnie ze sportem nie miały do tej pory do czynienia. I chcą to zmienić. Z pewnością one znajdą tam wiele użytecznych i wartościowych porad.

Szkoda tylko, że Ania nie sięgnęła do bogatego i głębokiego worka opowieści ze swojego biegowego życia, by zobrazować niektóre porady. Tak ciekawie potrafi przecież opisywać to na blogu… Szkoda, że w książce, która z założenia zachęcić ma kobiety do biegania, są czarno-białe i mało efektowne zdjęcia. A okładkowe to już chyba jakaś pomyłka (czemu azjatka?) Szkoda, że przy opisach ćwiczeń nie ma obrazka (próbował kto kiedyś wykonywać jakieś ćwiczenie korzystając jedynie z jego słownego opisu?), a na liście najczęściej występujących kontuzji biegowych zabrakło ITBS oraz zmęczeniowego złamania piszczeli (które, jak można przeczytać w którymś z ostatnich numerów „Biegania” jest kontuzją powszechną, znacznie częściej występuje u kobiet niż mężczyzn).

Kurde, albo ja się już uprzedziłam do tej książki przed jej przeczytaniem, albo nie lubię i nie rozumiem poradników, albo przyzwyczajona do blogowych wpisów na Aniabiega, spodziewałam się może po prostu czegoś innego?

Dziewczyny nie są inne, nie są idiotkami, którym trzeba tłumaczyć gdzie schować klucze do mieszkania podczas trwającego treningu. Nie potrzebują czytać, że może powinny się wstydzić biegać w szortach lub że muszą wziąć suszarkę do włosów na „pozawodach”. To właśnie takie teksty i takie działania budują podziały, tworzą bariery w głowach, a z kobiet robią życiowe sierotki.

I tak jak czasem lepiej nie wiedzieć, że czegoś nie da się zrobić i wtedy wychodzi to znakomicie, tak może spróbujmy nie dorabiać teorii do tego kobiecego biegania, co? Tylko po prostu biegajmy?