Single Blog Title

This is a single blog caption
16 Październik 2014

Maraton Bieszczadzki. Ten głos…

Gdy tak jadąc wesołym saabem w Bieszczady, spokojnie, bez stresu i na luzie, a więc gdy tak w trakcie podróży, gdzieś w okolicach Brzozowa padło stwierdzenie, że patrz Bo, to mniej więcej tyle jak stąd do domu masz jutro przebiec, to zrobiło mi się słabo. SŁA-BO! Chyba wtedy tak na serio i na poważnie, uświadomiłam sobie, jak długie jest to 53 km. Dłuuugie no, psia jego mać. A ja zamierzam to kurde jutro przebiec, nie przejechać i to jeszcze po górkach, chaszczach i lasach.

I chyba tak naprawdę to ja do samego wystrzału startera, a może i do momentu przekroczenia linii mety, nie wiedziałam na co się porywam i do czego biorę. Na szczęście w życiu też tak czasem bywa, że nieświadomość i niewiedza pomaga. Rzadko bo rzadko, ale akurat w tym przypadku zadziałało. I wyszło. Nawet całkiem fajnie wyszło, ale od początku.

Wiedziałam, że nie jestem przygotowana na ten bieg. Ba. Zaryzykuję stwierdzenie, że rok temu, przy mojej ówczesnej napince i pedantycznym niemalże podejściu do planów i treningów, to rok temu z moją obecną formą i miniaturkowymi słupkami na endo, to ja bym w tym ultramaratonie wcale nie wystartowała. Ale ponieważ zaszły zmiany ;) i ponieważ nie chciałam, aby z powodu głupiego tytanu przepadło mi już trzecie wpisowe w tym sezonie, zdecydowałam się pobiec. Poza tym Bieszczady, heelloł, więc wiadomix.

A skoro więc mam pobiec, zaczęło się myślenie. Jak rozłożyć siły na 53 kurde kilometrach oraz jak monitorować stan swej (nie)mocy, przecież tu nie ma tak łatwo jak w zwykłym maratonie, że włączę tempomat i gnam. Które butki brać, czy bardziej te na kamienie, ale ciut mniejsze, czy speedcrossy na błoto, ale mocno już zbiegane, więc czy wytrzymają. Ile żeli, skoro na trasie mogę spędzić nawet 8 godzin i czy tylko żeli, bo może jeszcze bułkę grzmotnę, a jeśli tak to z czym. Kurtkę do plecaka? Telefon? Oksy? A czapkę szczęśliwkę z daszkiem czy może jednak buffa. Na szczęście na pytanie najważniejsze, w co się tego dnia ubrać, odpowiedź była prosta, więc jeden problem z głowy. Oczywiście, że w pĄkoszulkę! Zaczęło się też karboładowanie. Ooo, przyznam, że to szczególnie wzięłam sobie do serca, a raczej do żołądka. Pierwszy raz w życiu zjadłam tego samego dnia (w sobotę) makaron na śniadanie, obiad i kolację :)

Między nami pĄpkinsami tuż przed startem. Z Michałem (po lasach i łąkach) oraz Błażejem Suchą Szosą.

Nie znając siebie na tak długich dystansach i nie wiedząc czego mogę się spodziewać, strategię na swój pierwszy bieg (mini)ultra streścić mogę w siedmiu punktach. 1. Biegnij za wolno, potraktuj ten bieg rozpoznawczo i na lajcie. 2. Nie słuchaj tego głosu. 3. Pokora! Nie cwaniakuj, nie szarżuj, nie popisuj się, 4. Nie wypierdziel się, nie połam. 5. Nie zgub. 6. Jedz i pij. 7. Baw się dobrze! Pewnie wszyscy umierają z ciekawości, co to za głos… Spokojnie, wszystko w swoim czasie, czytajcie dalej, akcja się rozwinie :)

Zero i jedynka z przodu
Całkiem fajne te biegi ultra, nie? zagadałam do Błażeja Suchą Szosą w okolicach 8 km. Hahaha. Tylko jakby przereklamowane trochę, bo gdzie te halucynacje i omamy… dodałam. Haha, pożartowali sobie („pogadamy i zobaczymy po 35 km” odpowiedział Błażej) i pobiegli dalej… Tak właśnie na luzie, towarzysko i dość powoli przebiegały pierwsze kilometry Maratonu Bieszczadzkiego. Niestety asfaltem, ale za to z „kolorkami”, które swym miedzianym i żółtym odcieniem pięknie komponowały się z błękitem nieba. Jesień w górach to ja love. Chyba tylko zima jest fajniejsza, pod warunkiem, że jest śnieg i nie marzną stópki.

Błażej, nie zostawaj z tyłu! Fot. Grzegorz „Wasyl” Grabowski

Może to pod wpływem właśnie tych kolorków oraz uśmiechniętych i niczym niestrudzonych ludzi dookoła (pozdrawiam) realizacja pkt 1 przebiegała wręcz idealnie. Poza tym ustawiłam się na końcu całej stawki więc naprawdę biegłam wolno. Bardzo wolno. Za wolno. Trener rzekłby perfekcyjnie, ale mi zaczynało się nudzić… Za spokojnie kurde przesuwał się ten krajobraz.

Więc zaczęłam przyspieszać. Na początku tylko na zbiegach, potem również na wypłaszczeniach, a potem rzecz jasna, pod górkę oczywiście też. Chyba się rozgrzałam :). I po pierwszej dyszce, która w zasadzie przebiegła bez jakiejś specjalnej historii, zaczęła się zabawa. Wreszcie las, wreszcie ścieżki i górki, wreszcie się coś dzieje. Wreszcie zbiegi! Z drogi śledzie! Król Julian jedzie! Lewa woolna! Fu, fu, fu, fu! Bosko. Ktoś tam krzyknął nawet, jezzzu tylko się nie pozabijajcie – tak bardzo gnaliśmy z Błażejem w dół. Borze, jak ja to uwielbiam! Gdyby nie fakt, że przebiec miałam jeszcze ponad 40 km włączyłabym czasowstrzymywacz, tak było wspaniale, ale jednak wolałam, aby wskazówki Garmina przesuwały się do przodu.

I tak w okolicach 15 km po raz pierwszy odezwał się TEN głos. A gdyby tak pościgać się jednak? Hę? A gdyby tak nie zaciągać hamulca tylko gnać, skoro niesie, a zmęczeniem, kryzysami i odcięciem sił to pomartwić się jutro? A gdyby tak dać z siebie wszystko i pójść w trupa? Na razie chichutko się ten głos odzywał, szeptem niemalże, ale im stromsze zbiegi, im więcej ludzi i kobiałek wyprzedzonych, im bardziej ogniste kurwiki w oczach, tym w mojej głowie działo się coraz głośniej.

Goń ją! Wyprzedź tamtego! Wyciągaj te kopyta do przodu, w końcu niech się na coś przydadzą! Ścigaj się! Wyprzedzaj! Tak! Jesteś nienormalna! (ale do twarzy ci Bo z tym). Jesteś!

Dwójka z przodu
Od 17 km zaczęłam liczyć wyprzedzone przeze mnie dziewczyny. Panów też próbowałam zaliczać, tfu zliczać, ale szybko zgubiłam rachubę. A głos swoje. I to coraz głośniej. Że run Bo! Biegnij! Gnaj! Wiedziałam, że tempo jest szybkie, za szybkie (!), zdecydowanie za szybkie (!!!), ale jakoś nichuchu nie udawało mi się zwolnić. I tylko ta dziwna, wszechogarniająca i dzika przyjemność jazdy na rollercoasterze: góra-dół, góra-dół, góra-dół. Aaaa! Złapałam Tomasza i starałam się trzymać jego (mocne) tempo. A on nie dość, że szybko, to jeszcze z przysiadami i skłonami. WTF? No, zbierał chłopak puste opakowania po żelach… Wstydźcie się biegacze! Wstyd i hańba! „W domu na dywan też tak rzucacie?” Tak bardzo ciąży kawałek plastiku, że nie można wsadzić go w kieszeń i wyrzucić na punkcie? Z pewnością waga i objętość innych gadżetów, kijków, daszków kompresyjnych, telefonów i ajpodów, którymi jesteście objuczeni, nie pozwala wam dźwigąć jeszcze kilku gramów? Biedactwa…

W okolicach 22 km Tomasz pyta na jakim biegnę tętnie, bo on na 150. O-oł. Nie powiem. Bo jak zobaczyłam, że na 175 bpm, to tylko powinszowałam sobie geniuszu. Oj, będziesz Bo ómierać, będziesz. A tymczasem nim się obejrzałam i wyrwałam z zadumy, jak to ja szalona znowu biegnę zbyt szybko, spostrzegłam, że zostawiłam Tomasza za sobą. A przede mną znowu jakaś babka w fioletowym. Przecież nie zostawię jej tak bez wyprzedzenia, rajt? :)

Kolorki… Fot. Mirek

Na drugim punkcie odżywczym łykam sprawdzoną już zimną colę i porywam jakiegoś powerbara. Są też bułki, ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym coś gryźć i przełknąć. Bazuję na żelach, batonach z Biedronki, wodzie i vitargo w bidonach. Z jedzeniem jest chyba u mnie ok. Na tym etapie tasujemy się też z taką jedną dziewczyną w czerwonym. Raz ona z przodu, raz ja. Widać, że jest pro. Bez plecaka i na krótko. Ładny krok, niczego sobie łydka, ciągnie za sobą kilku panów, chyba ją sobie odpuszczę, za wysokie progi. Zwalniam więc, uspokajam oddech, odpuszczam tę rywalizację oraz chłonę otoczenie i zerkam na Garmina kiedy to już będzie ta upragniona…

Trójka z przodu
No, czyli jakby półmetek mamy już za sobą. Całkiem ładnie dajesz Bo. Teraz „tylko” wytrzymaj do mety. Dziękibogu nie było jakiś wielkich szans na przyspieszenie, bo zaczęło się pionowe podejście pod Berdo. Teoretycznie nie było wielkich szans, ale oni wszyscy tak strasznie kurde wolno szli! No po prostu musiałam :) Fu fu fu! Ręce na kolana i lufa do góry. Wyprzedziłam (ha!) tę w czerwonym i jeszcze jedną z kucykiem oraz całą masę fajnych męskich łydek. Oj panowie, ktoś tu chyba odpuścił treningi w ramach Schoding Pąpkins?

A nie wiem czy wiecie jak to jest z tym wyprzedzaniem. Ochota na jego czynienie wzrasta proporcjonalnie do liczby miniętych osób. Więc to nie jest tak, że ja jestem nienormalna. To jest po prostu siła wyższa, jakaś ogólna zasada rządząca wszechświatem, więc dlatego. Jej uległam.

Biegnę sobie. Fot. Grzegorz „Wasyl” Grabowski

Ale ale. Żeby nie było, że ja nie czułam zmęczenia. Jasne, że tak. I to coraz bardziej! Zaczęły boleć mnie kolana i uda, jakoś tak dziwnie paliły też pośladki oraz doskwierały plecy. Plecak mnie obtarł na szyi (mam teraz prawie jakby dwie malinki), stopy, a raczej palce u stóp też o sobie przypomniały. Skończyło się vitargo, na wykończeniu była woda, wciągnęłam kolejny żel i batona. Przestały cieszyć widoki. Oby tylko do punktu odżywczego, a potem oby tylko wreszcie pojawiła się ta wyczekiwana czwórka z przodu.
W Roztokach na punkcie przemili wolontariusze szybko napełnili mi bidony wodą i izotonikiem. Dziękuję. A ja standardowo rzuciłam się na zimną colę (mniam) i marszem ruszyłam do przodu. Asfaltowa droga pod górę (jej fragment pokonywaliśmy jakieś 20 km temu) nie zachęcała specjalnie do sprintu. Więc świadomie pokonywałam ją Gallowayem. Do znaku marsz, od znaku do brzozy truchtem. Do zakrętu marsz, a potem do mostku znowu truchtem. I tak dalej. Żadnej kobiałki w zasięgu wzroku, więc nie miałam przed kim uciekać ani kogo gonić, mogłam spokojnie przemieszczać się do przodu. Ale kiedy do cholery będzie ta nieszczęsna….

Czwórka z przodu?
Była. Na szczycie Okrąglika, do którego wiodło kolejne zajebiście trudne i pionowe podejście. Oj bolało. Tam to bolało naprawdę bardzo bardzo. Za szczytem było już ze mną źle i… zaczęłam się rozklejać. Poczułam dziwną niemoc, podobną do tej w drodze na Śnieżkę. Jakby żal mi się siebie samej zrobiło i szkoda… Pojawiły się łzy, trudności z łapaniem oddechu, drżąca broda. Bidulka. Dziś już wiem, że chyba właśnie w ten sposób reaguję na kryzysy na dłuższych dystansach. Po prostu mam ochotę usiąść i ryczeć. Na dodatek byłam sama i ta pustka niewątpliwie potęgowała smutek, apatię i niemoc. Brakowało kogoś, kto by mnie pociągnął (jak Wybiegany w Karko), brakowało impulsu, brakowało kopniaka w dupę lub chociaż jakiejś marchewki. Ale jedno wiedziałam! Choćby tiptopami, choćby na czworakach, choćby czołganiem nawet, ale dociągnę się jakoś do tej mety. I zmieszczę się kurde w limicie! Zrobię ten ultramaraton. Szłam więc sobie powolutku, coś tam potruchtałam czasem, wysiąpałam nosa, znowu szłam… Chlip chlip. Bidulka.

Gdzieś na trasie (kolorki!). Fot. J. Błasiak-Wielgus

Aż znalazłam się na jakiejś przełęczy, gdzie grzecznie powiedziałam mijanej turystce dziędobry. I nagle usłyszałam drugi kobiecy głos za mną, że owszem bardzo dobry. Oglądam się, a tam! Nie! Nie! Nie! Ta dziewczyna w czerwonym! Jak ona skubana mnie dogoniła? Kiedy to się stało? Dlaczego? I jeszcze się tak serdecznie i szeroko do mnie uśmiecha. Zołza… :)

Jak ręką odjął minęły mi wszystkie kryzysy! W miejsce bólu i udręki pojawił się znowu ten pieprzony głos. Run Bo! Uciekaj! W jednej chwili normalnie! I niczym Feniks na nowo rozpostarłam skrzydła i pognałam w dół. Na szczęście było w dół, bo w tym wiedziałam, że mogę mieć przewagę. Jezzzu, jak ja tam leciałam z górki na pazurki! Jak wyprzedzałam wytrzeszczających oczy chłopaków po drodze! Jak mi się kolana prawie w drugą stronę na zbiegach wyginały, a palce u stóp niczym drobne w skórzanej podkówce obijały o przód butów. Postanowiłam się nie oglądać (pamiętaj Bo, powiedział mi ktoś kiedyś, oglądanie się za siebie to oznaka słabości), tylko pruć do przodu. Tak bardzo pruć, że dogoniłam kolejną dziewczynę (w pomarańczowym tym razem) i wyprzedziłam ją na podejściu.

Kiedy wreszcie będzie ta piątka z przodu?

45 km. Mijani turyści mówią, że jesteśmy szósta (ja) i siódma (ona, ta pomarańczowa) kobiety w tym całym maratonie. Okurde, no to faktycznie dałam do pieca. Szok i niedowierzanie! Mogę być szósta! 46 km. Auć. Na szczęście jest cały czas w dół. Serio, jakbym miała biec po płaskim nie dałabym rady.

47 km. Kątem oka widzę coś pomarańczowego za sobą, więc znowu podkręcam tempo. Jak ja to robię, skąd mam tę siłę, naprawdę chyba jestem kosmitką, a już na pewno kosmiczną moc z niewiadomych źródeł pozyskuję jakoś, bo przecież ómieram, a jednak gnam. 48 km, biegnę i ocieram łzy. Nie wiem skąd i dlaczego nagle znowu łzy, ale kurde psują mi one widoczność!

49 i 50 km. Leeewa wolna i wyprzedzam kolejnych panów. 51 km i jakaś rzeczka. Oglądam się, a tam? O nie! Nie! Nie! Nie! Znowu ta w pomarańczowym! Metr za mną! Ktoś się tam chyba nieźle na górze bawi serwując nam taką rywalizację na koniec. Dziewczyna nie odpuszcza i walczy nadal. Twardzielka. Chyba się kurde poddam, mam dość. Po co ci to Bo? Po co? Rzutem na taśmę daję jednak susa susów przez tę rzeczkę i potem równie podobnym wieloskokiem gnam w kierunku dmuchanych bramek i mety. Brakuje mi tchu, nie mogę oddychać, zrywam pulsometr bo zaraz się uduszę. Oglądam się za siebie, w dupie mam już wszelkie oznaki słabości. I… Widzę tylko złotą polską jesień. Żadnej pomarańczy. Cisza. Nie ma jej? Odpuściła… A wystarczyłoby, aby dziewczyna powalczyła 10 metrów więcej i to ja z pewnością powiedziałabym pas. Naprawdę leciałam na oparach…

Nie wiem w sumie, czy przebiegłam czy przeszłam linię mety. Mam tylko nadzieję, że nie na czworakach było i że na kolana to padłam dopiero za kreską. Nie, nie popłakałam się. Najpierw musiałam przypomnieć sobie najważniejsze czynności życiowe… Ale po kilkunastu sekundach – zaczyna rodzić się nowa, zajebista tradycja – jak w kreskówce poryczałam się jak bóbr.

I choć trochę głupią i nierozsądną (po co ci Bo to ściganie, po co?), ogłuszoną TYM głosem oraz półprzytomną na mecie, to jednak jestem wojowniczką! Najprawdopodobniej z 9 paznokciami u stóp, piekielnym bólem i zmęczeniem w środku, ale kurde jestem nią! Nie wiem po co i dlaczego (nie pytajcie), ale jestem.

Z czasem 6:14 wywalczyłam szóste (ostatnie z nagradzanych) miejsce w open kobiet (i trzecie w K30, ale się dublowało), 69 (!) wśród wszystkich zawodników (na 464 sklasyfikowane sztuki). O 13 sekund wyprzedziłam siódmą dziewczynę na mecie, o minutę ósmą. Słaaabo, co? :) Stałam na scenie obok najszybszych kobiet Maratonu Bieszczadzkiego. Otrzymałam zajebistą wielką statuetkę, 200 zł, buffa i lawendowy krem Oriflame do ciała. No czyż nie jestem? ;)

Jej wysokość z trofeami i koleżankami na scenie :)


Góry góry góry

No uwielbiam, co się będę powtarzać. Za to poczucie wolności, przestrzeni i powietrza. A Bieszczady z tą swoją „miękkością”, łagodnością oraz równoczesną dzikością i drapieżnością są w tym względzie wyjątkowe. A jesienią – epickie i wyjątkowe podwójnie.
Sam Maraton Bieszczadzki zorganizowany perfekcyjnie. Choć ciut szkoda, że jednak większość trasy przebiegała lasem i nie dane nam było cieszyć się wszystkimi pięknymi widoczkami. I jeszcze szkoda (muszę to napisać, bo zastanę w domu zmienione zamki), że w biegu towarzyszącym (14 km) źle oznakowano trasę i czołówka pogubiła się tracąc pewne szanse na zwycięstwo… :(
Poza tym naprawdę było super, szacuneczek dla organizatorów.

Czy biegi ultra to jest to

Szczerze? Nie wiem. Zwłaszcza, że 53 km to nie jest jakieś specjalnie wielkie ultra…
Stwierdzam jednak, że chyba nie mam w sobie tej pokory i cierpliwości wymaganej przy bieganiu długich dystansów. Zbyt łatwo daję się podpalać, za szybko ulegam biegowej euforii i gnam bez opamiętania. Zbyt pochopnie ulegam kryzysom, płaczę i daję ponieść się emocjom. Za wyraźnie słyszę ten cholerny głos. A może po prostu za bardzo cenię sobie swe paznokcie? ;) Nie wiem.
Na szczęście paznokcie odrastają, a ja potrafię i lubię się uczyć. I tylko wynaleźć muszę skuteczny sposób na zagłuszenie tego durnego głosu. (Hmmm, a może i go nie zagłuszać?)
BO – pssst – to być może dopiero początek mojej górskiej ultra przygody…