IM 70.3 Kraków – wylane mleko i cuda nad Wisłą

W miniony weekend działy się w Krakowie rzeczy niestworzone. Po pierwsze pogoda – jakim cudem (pewnie tym nad Wisłą) temperatura, która jeszcze dwa dni przed zawodami i zaraz po nich wynosiła średnio 33–35 stopni, nagle na niedzielę spadła do 24? I uratowała nam tyłki, zapewniając świetne warunki do ścigania i kibicowania? Drugim cudem nazwałabym swój bieg, ale o tym za moment – musicie czytać do końca. A trzeci cud, choć chyba bardziej zagadka, wydarzył się w związku z moim rowerem, a dokładniej z przednim kołem.

Fot. Maratomania.pl

Sobota, popołudnie. Szykuję w domu BOlesława do wprowadzenia do strefy zmian, pompuję koła, wszystko jest ok. Jeszcze tylko przetrę go szmatką, żeby był czyściutki. I nagle moim oczom objawia się biała maź na dole ramy. I to sporych rozmiarów. Hmm, gdzie ja to tak ujebałam? Nie przypominam sobie żadnego błota, zwłaszcza białego błota, z ostatnich dni – myślę. Ale potem kaskadowo zaczynają układać mi się w głowie puzzle, tworząc obrazek pt. Wylane mleko z przedniego koła. Otóż w piątek, biorąc prysznic po krótkim rozjeździe sprawdzającym, czy wszystko działa, zauważyłam jakieś białe plamki na nogach, które ciężko było mi zmyć. Co u licha? – zastanawiałam się wtedy. Jakaś farba z łazienkowego sufitu odpadła i przykleiła mi się do ciała? Albo (to jeszcze lepsze) mydło w płynie zważyło się pod wpływem tych upałów i przyjęło taką dziwną konsystencję? XD Nie znalazłam jednak wtedy odpowiedzi o co chodzi i co tutaj się stało. Zmyłam to, wytarłam się i zapomniałam o sprawie.

Aż do sobotniego wieczora, kiedy właśnie skojarzyłam, że tamte białe plamki na nogach i ta ujebana teraz rama to nic innego jak wystrzelone z przedniego koła mleko. Które to koło – i tu właśnie tkwi ta zagadka – wraz z oponą jest całkowicie czyste, trzyma powietrze, nie ma żadnych dziur ani uszkodzeń. Co to się kurde tam wydarzyło? No idea (jeśli ktoś ma jakiś pomysł, proszę o podzielenie się komentarzem).

Ale wyobraźcie sobie mój stres i emocje. Co robić? Do zamknięcia strefy zostały jakieś 3-4 godziny. Zmieniać koło na treningowe? Nie zmieniać, skoro trzyma powietrze? A może nie zmieniać, ale być gotową na ewentualną podmianę w T1 rano, tuż przed wyścigiem?

Wybrałam trzecią opcję, choć organizacyjnego zamieszania było z tym naprawdę sporo (ostatecznie zapasowe koło czekało w bagażniku samochodu zaparkowanego niedaleko Zakrzówka). Nie wspominając o emocjach i myślach w przedstartową noc. Ojeny, ile mi to zabrało energii! I jak bardzo zakłóciło SPOKÓJ, którego jeszcze dwa dni wcześniej miałam pod dostatkiem.

Fot. IM Poland

Rano w T1 okazało się, że wszystko gra. Jak gdyby nigdy nic – powietrze trzyma, koło czarne, rama czysta. Trzeba więc szybko zapomnieć o tym incydencie, przestawić głowę na startowy fokus i cieszyć się zawodami. Ale wiadomo – łatwo pomyśleć i napisać, trudniej zrobić. Nie znoszę tego oczekiwania na wystrzał startera.

A! I jeszcze kilka słów o samej strefie. Jako że JESTĘ AWĄ GOLD, miałam niski numerek. Ale taki niski, że mój BOlesław wisiał dosłownie rower w rower z maszynami PROsów. Dokładnie pół metra od wyjścia ze strefy. Tak więc rano musiałam lawirować pomiędzy fotoreporterami dokumentującymi przedstartowe przygotowania najlepszych (co rusz łapałam się na tym, że po prostu się na nich gapię), starając się nikomu nie przeszkadzać. Ale przynajmniej może spłynęło na mnie trochę ich mocy? No i po wyjściu z wody mój rower wisiał już na stojaku samiusieńki :) Fajne to było doświadczenie, ale chyba jednak wolę więcej spokoju i prywatności przed wyścigiem…

Swim

Mimo tych perypetii starałam się pozytywnie wejść w startowy mood – nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, rajt? Trochę czasu musiałam spędzić sama, potem – gdy byłam już gotowa – znalazłam dziewczyny: Ewę i Magdę i wspólnie czekałyśmy na hop do wody. W tym roku pływanie zorganizowane było jeszcze lepiej niż rok temu bo nie wg płci i wieku, ale zadeklarowanego czasu (dziękujemy organizatorom za słuchanie i uwzględnianie naszych uwag). Byłyśmy więc w strefie czerwonych czepków: sub35 minut.

Fot. IM Poland

Zakrzówek – ach, jak ja uwielbiam to miejsce! Jeśli ktoś już tu był i pływał, z pewnością zrozumie. Dodam tylko, że mieszkamy niedaleko i często tu jestem. Nie znudzi mi się nigdy!

A plan na pływanie (tak! tym razem był plan na ten etap zawodów) był jeden: zapierdalać. Bez zamyślania, bez poddawania się flow, bez podziwiania skałek i lazurowej wody oraz szukania pod sobą tutejszego suma. Ma piec! Ma być cały czas aktywnie i dynamicznie! Tydzień wcześniej popłynęłam (też na Zakrzówku) zawody pływackie na 2 km w średnim tempie 1:48/100 m. I choć wtedy wyszłam z wody na gumianych nogach i z totalnym przytkaniem oddechu, teraz chciałam choć zbliżyć się do tego wyniku.

Było ciasno. W zasadzie do połowy trasy ciągle musiałam walczyć o pozycję, bąbelki, swój tor i miejsce przy bojce. Ale jest się już w końcu jakimś triathlonowym wyjadaczem, więc niestraszne mi przepychanki i kuksańce. Nie oddaję, ale dzielnie walczę o swoje! 

Fot. IM Poland

Płynęłam trochę w nogach, trochę sama, ale na pewno bez obijana się i jakiejś większej filozofii. Odrobinę niestety zabrakło pod koniec. Choć nawet wyprzedziłam kilka osób, to widziałam też, że bąbelki, które wcześniej jakoś (ledwo!) trzymałam, teraz są już poza moim zasięgiem. Więc byle do brzegu, byle zminimalizować straty, i tak jest (chyba) w miarę nieźle.

Może sobie nawet na zegarek spojrzę, ile wyszło, bo mam przeczucie, że raczej wstydu nie będzie. Nie było. Według oficjalnych wyników 32:05 (5. miejsce w AG). Ale że dystans był krótszy o ok. 150–200 m, to bardziej patrzę na tempo z zegarka, który pokazał 1:50/100 m. Uczciwa robota. I jak na mnie dość solidna. Fajnie, że udało mi się odbić z tego pływackiego dna, które zaprezentowałam w Hamburgu.

Fot. IM Poland

Za to w strefie to już poniżej wszelkiej krytyki. Zaplątałam się w piankę, spadła mi szybka od kasku, nie mogłam zmieścić mokrych rzeczy do worka – no dramat. Ale i tak najszczęśliwszy w swoim finale, gdy sprawdziłam, że jest powietrze w przednim kole BOlesława. No to jazda BO!

Bike

Noo, fajna jest ta trasa do ścigania na czasówce. Prosto, z dobrym asfaltem, z podjazdami, które można brać z blata, i zjazdami, na których aż prosi się wyłożyć. Nic tylko przyjąć pozycję pocisku i gnać.

Było nas sporo na trasie, aczkolwiek – w porównaniu z zeszłym rokiem – naprawdę wszyscy dobrze zrozumieli zasady gry (jedziemy lewą stroną, wyprzedzamy z prawej) i bardzo sprawnie to szło. Jak nic pan Drelich musiał przeczytać moją poprzednią relację, bo komunikacja w tej sprawie ze strony organizatorów była bardzo wyraźna i głośna. Dzięki!

Fot. Maratomania.pl

Jak mi się jechało? Raczej dobrze mi się jechało. Zwłaszcza pierwszą połowę trasy. Skupienie, trzymanie pozycji i watów, pilnowanie jedzenia i picia. Zapomniałam o tym nieszczęsnym wylanym mleku. Sporo znajomych na trasie, więc kilka słów też wymieniliśmy. A jakby kogoś interesowały szczegóły – to u nas w Krakowie na ajronmanie rozmawia się na trasie kolarskiej o książkach XD O książkach. (BTW i pssst, można ją już kupić).

Nie czułam wprawdzie jakiejś wybitnej frajdy ani flow z tej jazdy. Było wymagająco i już nieco poza strefą komfortu. Tym właśnie różni się pełny dystans od połówki. Na calaku mogę wejść w ten mój ulubiony tunel i po prostu w nim być. Bez szarpania, bez naginania. Na IM 70.3 wszystko czuć bardziej, więcej, mocniej – i były momenty, że niespecjalnie mi się ten fakt podobał XD Za to zachwyciła mnie obecność Krasusa na trasie. Siedział sobie na poboczu nieopodal zjazdu na Wieliczkę i nam kibicował. Super to było, dzięki! Sis, dużo zdrowia dla Ciebie <3

Fot. Maratomania.pl

I tak oto dojechaliśmy do Bochni, którą pozwolę sobie nazwać naszym małopolskim Roth. Ukłony dla władz i lokalnej społeczności, że im się chce i że wspierają to wydarzenie. Zawijka na rynku, wśród kibiców i głośnej muzyki, to naprawdę coś wspaniałego.

A potem trochę już się chyba zmęczyłam tym całym triathlonem XD Trudniej było utrzymać założoną moc, coraz więcej osób mnie wyprzedzało, a te podjazdy zrobiły się jakby stromsze. No nie podobała mi się ta sytuacja… Były momenty, że myślałam, że już mnie ten triathlon nie bawi, że nie mam z tego frajdy, że może trzeba odpuścić? Zrobić przerwę na jakiś czas? Coś nie mogę się spotkać z tym rowerem w obecnym sezonie…

Fot. Maratomania.pl

I nagle zobaczyłam na udach i kolanach te cholerne białe kropki (od mleka). Złe emocje wróciły, a czarne myśli stały się jeszcze czarniejsze.  Czy mam powietrze w przednim kole? Może czuję, że jest trudniej właśnie z powodu defektu? Zatrzymywać się i to sprawdzać? Ale nic mi nie podbija i nie skacze, więc może jednak wszystko jest w porządku? I takie tsunami myśli zakończone decyzją, że jadę dalej i obserwuję sytuację.

Jeszcze tylko 27 km. I jadę. Zostało 20 km. Nadal jakby w porządku (z rowerem, bo ze mną to już tak średnio). Jesteśmy już w mieście, to nawet biegiem jakoś dociągnę do tej strefy. Została dyszka. I jest ok. Wjeżdżamy na Tyniecką (tuż pod oknami naszej kamienicy), widać Wawel, jeszcze tylko ślimak na Most Dębnicki. YES! Dojechałam.

Ale do przyjemnych przejażdżek tej jazdy nie zaliczę.

Fot. Maratomania.pl

Trasę o długości 89 km, z przewyższeniem ok. 900 m przejechałam na mocy NP 2,93 W/kg, ze średnią prędkością 35,2 km/h. Gorzej niż rok temu. Cóż.

A koło wytrzymało. Zero utraty powietrza czy kolejnych białych plamek. No mówię, zagadka.

Run

No dobra. Ale teraz mamy to, co tygryski lubią (i chyba na ten moment umieją) najbardziej! Oksy na nos, diamenty na czoło i podwójna pętelka w sznurowadłach moich miętowych alfaflajów. Let’s fly!

Mimo że od jakiegoś czasu udaje mi się biegać na zawodach całkiem przyzwoicie, to obawy i znaki zapytania, jak będzie tym razem, wciąż są. Na pewno bardziej już w siebie wierzę – że mogę i że potrafię biegać (nawet po różnorodnych przygodach wcześniej). Choć może przede wszystkim ufam magicznej trenerskiej wiedzy i intuicji… Ale czy zaskoczy akurat dziś? Odpowiedzi na to pytanie nie zna nikt, acz pierwsze kilometry pozwalają postawić już jakąś diagnozę. W niedzielę brzmiała ona: kosmosu nie ma, ale jest i powinno być całkiem przyzwoicie.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Nazwałabym ten bieg mądrym. Bez przepalania, z kontrolą i pilnowaniem tempa. Ale też radosnym – niesamowicie biega się w Krakowie. Ta przestrzeń po prostu niesie i pcha człowieka do przodu! I jeśli na rowerze coś tam powątpiewałam w te moje triathlony, tak na bieganiu zdecydowanie zmieniłam już zdanie :)

Strategicznie chciałam to rozegrać standardowo: ambitnie od początku, potem przeczekać i utrzymać to, co jest, a na koniec – jakbukda – przyspieszyć. Na nawijce widzę dziewczyny: uśmiechniętą i pędzącą po swoje Martynę, skupioną i równie dobrze wyglądającą Ewę, przepięknie biegnącą Julię w swym białym kapelutku. Jak one to robią, że wyglądają tak dobrze? Człowiek od razu prostuje się, roluje miednicę i poprawia krok, widząc takie przykłady.

superowi kibice na trasie! DJ nawijający takie rymy, że nogi same niosą. Osoby z megafonami, muzą, dzwonkami i oklaskami. Kibice drący gębę „Dawaj Bo!” (znajomi) i „Brawo Bożena!” (nieznajomi). Moi ludzie: siostra z ekipą, będąca chyba wszędzie Magda z Jaśkiem, Łukasz, Kasia, Jola, Alek, Tomek, Magda, Gosia, Olga, druga Kasia, TriWajsy i oczywiście trener Jacek, nadzorujący wszystko niczym strateg na wojnie z niewielkiego wzniesienia nad wałem. Dziękuję! A na trasie ile znajomych, uśmiechniętych (mniej lub bardziej) mordek! Atmosfera była gorąca, i nie mówię tu wcale o pogodzie, która zresztą też z godziny na godzinę dawała o sobie znać podkręcając nam temperaturę i intensywność promieni słońca. Robiło się coraz cieplej.

Fot. Maratomania.pl

A ja trzymałam w miarę równe tempo w okolicach 4:25–4:35, świadomie zwalniając na podbiegu pod Wawel – i było to fajne, wymagające, acz cały czas kontrolowane bieganie. Na każdym punkcie obficie polewałam się wodą, pamiętając też o nawodnieniu i żelach (zjadłam trzy z punktów). I liczyłam, ile mi jeszcze brakuje, żeby dogonić resztę.

Na około 13. kilometrze Jacek krzyczy, że jest dobrze, że brakuje 10 sekund do drugiego miejsca. Zaraz potem Magda drze się, że minuta straty. Ludzie, no! To w końcu ile? Uzgodnijcie i dajcie mi jasne instrukcje! Stwierdziłam, że pewnie jednak ta minuta, a owe 10 sekund, o których krzyczał Jacek, to zapewne różnica w tempie na kilometr (uwielbiam hehe te swoje rozkminki podczas zawodów). Więc kurczę, faktycznie trzeba mocniej podkręcić. I jeszcze Jacek krzyczał, że „dużo osób mam przed sobą do wyprzedzenia”. Czyli może nie tylko jedną dziewczynę? No nie mogę, ta niedziela staje się zbyt intensywna!

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Od 16. kilometra nie ma już żadnej kalkulacji. Do mety zostało tylko kilka kilometrów (toż to jedno treningowe zadanie do dowiezienia – tak sobie tłumaczę), więc trzeba wykładać na stół to, co się ma. I wykładałam. Wtedy to ja już, sorunia, nie odmachuję kibicom, nie zbijam piątek i niespecjalnie uśmiecham się do obiektywów. Jestem tylko ja i trasa. Głośny, nadający rytm biegu oddech, głowa w dół i biegowa stylówka Tofika w najlepszym wydaniu (kto widział, ten wie :). Jedynym kontaktem z otoczeniem pozostaje polewanie się wodą.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

I tak mijam te osoby, które podobno miałam wyprzedzić. Niestety głównie chłopaków, co trochę mnie zaniepokoiło, że jednak nie dobiegłam żadnej laski. Ale wkrótce na szczęście udaje się złapać jedną, potem następną i jeszcze kilka. Totalnie nie wiem, czy to moja bezpośrednia konkurencja, czy nie. W sumie to nie wiem już nic, oprócz tego, że mam po prostu gnać najszybciej i najlepiej, jak tylko teraz potrafię. WALKA DO KOŃCA to moje modus operandi. Uwielbiam (choć równocześnie nienawidzę), bo idealnie domyka klamrą cały wyścig, nie zostawiając tutaj żadnych niedopowiedzeń.

Fot. Maratomania.pl

I wszystko byłoby pięknie, gdybym pod Wawelem (około 1,5 km do mety) nie stwierdziła, że o-oł… Chyba jednak wystrzelałam się ze wszystkiego. Nie mam już nic! Na podbiegu zwolniłam, starając się uspokoić oddech i rozluźnić spięte ciało. Już niedaleko. Nawet truchtem dobiegnę do tej kreski, nie?

Po czym jakieś sto metrów przed sobą zobaczyłam czerwony strój Ewy… No nie! Ja pierdolę. No przecież nie mogę tak tego zostawić. Muszę ją dojść! I okazało się, że jednak coś tam jeszcze miałam. Ostatni kilometr w tempie 4:14 jest tego najlepszym potwierdzeniem. Tak więc nie zawsze trzeba ufać odczuciom, czasem instynkt bywa silniejszy (co nie znaczy mądrzejszy). I nie oglądając się za siebie, cisnęłam mocno do mety, nie zważając już na nic i na nikogo.

Fot. Maratomania.pl

Na czerwonym dywanie był już tylko uśmiech i radość, że to mam. A za metą ulga, satysfakcja oraz oooogromne zmęczenie. Takie ogromne, że aż chciało mi się płakać. Z bólu, emocji, ale trochę też chyba z zażenowania? (Nie wiem jak nazwać to odczucie). Bo czy to normalne tak się naginać na koniec doprowadzając siebie (znowu) do jakiś mrocznych granic?

Na szczęście po kilku minutach mi przeszło i mogłam cieszyć się i celebrować wyścig jak każdy szanujący się finisher. A obwarzanki na mecie (szkoda, że nie było z solą) to najlepsza nagroda za całe to „cierpienie”.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Półmaraton – taki z naddatkiem (zliczyło mi – serio serio – 21,37 km) pokonałam w w czasie 1:35:coś, w średnim tempie 4:29 min/km. Jestem mega zadowolona biorąc pod uwagę okres treningowy, w którym jestem oraz kontekst całego wyścigu. Czyli jednak coś tam umiem w to bieganie i fajnie, że na tym ostatnim etapie mogę rozstrzygać wyścig na swoją korzyść.

A przynajmniej tak mi się wydawało, że coś biegam. Bo potem zobaczyłam, że to jest dopiero trzeci czas biegu w mojej AG (za Brytyjkami). Czyli trzeba (i da się) biegać jeszcze szybciej! Hmmm… Nie powiem, że nie mam ochoty sprawdzić, czy w moim przypadku to również (jeszcze) jest możliwe.

Fot. Paweł Bułat

Organizacyjnie całe zawody TOP of the top. Można lubić bądź nie lubić samego szefa, ale trzeba przyznać, że ludzi do współpracy dobiera sobie najlepszych. Aż miło było patrzeć, jak tam wszystko się składa w całość – shuttle busy, depozyty, super zabezpieczenie trasy, zero (przynajmniej widocznego dla nas) zamieszania, każdy wie, co do niego należy i robi to z pełnym zaangażowaniem. Świetna komunikacja przed zawodami, piękne medale i statuetki, tryskający energią konferansjerzy oraz przepiękne zdjęcia w bezpłatnym dostępie. A takie smaczki jak strefa kibica w Bochni, możliwość ponownego wejścia do zony finishera (co z reguły na podobnych imprezach jest zabronione) czy szybkie wyjaśnienie nieporozumienia wynikowego, z uśmiechem i bez pretensji – to rozpieszczanie zawodników. No naprawdę daszki z głów – pełna profeska! Dziękuję.

I oczywiście wszystkich zapraszam do wystartowania w Krakowie za rok. Ta impreza naprawdę ma duszę!

A ja? Kilka cyferek. Metę przekroczyłam z czasem 4:48:49 (40 sekund gorzej niż rok temu). Zajęłam uczciwe drugie miejsce w kategorii – pierwsze było poza zasięgiem (straciłam 13 minut), ale od trzeciego dzieliło mnie znacznie więcej niż te 10 sekund czy nawet minuta. Byłam siódmą agę grouperką overall i trzecią Polką amatorką. Not bad. Obroniłam też (ledwo! bo o niecałą minutę) tytuł najszybszej Krakowianki – fajnie, że potrafię nawiązać (jeszcze) równorzędną walkę z młodzieżą. Nie zdecydowałam się na kupno slota na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata IM 70.3 w USA.

Czy triathlon nadal daje mi frajdę i radość? Oczywiście, że tak. Czy wolę jak jest flow i wszystko dzieje się „samo”, czy jednak to poczucie satysfakcji, że dowożę mimo pewnych kryzysów? Tak. Czy właśnie piękno naszego amatorskiego trenowania nie tkwi w tej różnorodności? Pytaniach, na które nie zawsze znamy odpowiedzi? Zaskoczeniach, tych miłych, oraz tych mniej przyjemnych. Wysiłku, który doprowadza do łez. Oraz radości, która potrafi eksplodować w najmniej przewidywalny sposób. W ludziach. No kurczę, FAJNY TEN TRIATHLON. Dobrze że go mam.

Do Mistrzostw Świata na Hawajach zostało 9 tygodni. Ciekawa jestem co i ile uda się wypracować, choć jeszcze bardziej to chcę być po prostu zdrowa. Trzymajcie kciuki!

About the author

BO. Lub jak mawiają inni Bożena triathlonu. Biegam, pływam, kręcę i kocham góry. A swoje sportowe przygody opisuję tu. Zostań, poczytaj, skomentuj, przynajmniej jest śmiesznie.